Buntowniczki z zasadami

autor: Redakcja, z dnia 21.06.2017, 03:16

Sztuki dla nastolatków i o nastolatkach są w polskim teatrze rzadkością. Kilka lat temu ciekawą propozycją było "Lovv" Lindberga w warszawskiej Montowni. Teraz teatr w Gnieźnie sięgnął po "Nietykalne" Burta. Sam tekst, miejscami odklejony od rzeczywistości, porusza ważne problemy okresu dojrzewania. Pięknie odnalazły się w nim dwie młodziutkie aktorki.

Louise i Manni mają są przyjaciółkami na śmierć i życie, nie potrafią bez siebie funkcjonować. Obie mają po 17 lat i bardzo chcą zacząć żyć na własny rachunek. Pewnego dnia wyprowadzają się od swoich rodziców i zamieszkują w wymarzonej dzielnicy klubów muzycznych i dyskotek. Wynajmują obskurny pokoik z jednym łóżkiem i zaczynają wchodzić w świat na własnych warunkach. Manni, bardziej spętana dobrym wychowaniem i konwenansami od początku ma problem z wolnością, rozumianą jako prawo do robienia rzeczy dotąd zakazanych. Z czasem wychodzi jej coraz lepiej. Louise, urywała się z domu wcześniej, mieszkając jeszcze z rodzicami, więc ma częściowo przetarte szlaki, a co za tym idzie - pierwsze ważne doświadczenia za sobą. Dziewczyny upijają się każdego wieczora, a Louise zalicza także kolejnych chłopaków. Manni, która od kilku miesięcy ma starszego od siebie chłopaka, Mehira, sex traktuje bardzo serio, swój "pierwszy raz" chciałaby przeżyć właśnie z nim, bo go kocha.


Jak to zwykle w takich przypadkach bywa – z czasem pruderyjna Manni staje się coraz bardziej wyzwolona i nieodpowiedzialna, zawala kolejne egzaminy, choć miała przecież ambitne plany – chciała studiować psychologię. Coraz trudniej jej jednak połączyć naukę i pociąg do alkoholu. W dodatku, wkrótce okazuje się, że Mehir jest facetem starej daty - oświadcza się Manni, stawiając ją przed kategorycznym wyborem: ślub, dzieci i wspólne dorabianie się albo nic. Nieco przerażona perspektywą ułożonego, dorosłego życia Manni zrywa z ukochanym. Spontaniczna, rozrywkowa Louise wchodzi w nową dla siebie rolę  - staje się odpowiedzialna. Ścieżki dziewczyn niebezpiecznie się zapętlają, w imię wspólnego trwania są w stanie rezygnować ze swoich marzeń. Wierzą, że są "nietykalne", że świat ich nie rozdzieli, że wystarcza im własna obecność. Tylko Louise staje się coraz bardziej zasępiona i smutna. Ona pierwsza zrozumie, że ich wspólna droga musi się kiedyś skończyć, bo mogą przegrać swoje życie.


Gnieźnieńskie "Nietykalne" przypominają trochę historię dorastania, "ocenzurowaną"  na potrzeby pensji dla dobrze urodzonych panienek. Przekleństwa padają umiarkowanie, brakuje jakiegoś szaleństwa i zatracenia się w totalnej swobodzie wyborów. Jakby próby wchodzenia w świat dorosłych miały tylko smak alkoholu i seksu z przygodnymi chłopakami. Nie ma ćpania, kurwienia się, kradzieży, agresji, przemocy i wszystkich innych pokus, w które tak łatwo wpaść, zerwanym z rodzicielskiego łańcucha nastolatkom. Ta ucieczka jest w gruncie rzeczy nieco "bajkową" próbą samodzielnego mocowania się ze współczesnym światem. Niepełną, nie do końca prawdziwą. Jest jak francuski warkocz Manni, który przetrwa najcięższe libacje alkoholowe w postaci prawie niezmienionej. Podczas kiedy publicystyka (także polska) ukazuje pełnokrwiste, niekiedy brutalne i bezkompromisowe dorastanie współczesnych dziewczyn, tu mamy prawie Wersal w angielskiej odsłonie. Gdyby tylko tak miało wyglądać wchodzenie w dorosłość, wszyscy rodzice mogliby spać spokojnie.
Wydaje się, ze sztuka Simona Burta, wystawiona po raz pierwszy w 2002 roku w londyńskim Bush Theatre, trochę odkleiła się od aktualnych realiów, w ciągu 15 lat zmiany społeczne i obyczajowe, zasadniczo zmieniły sposób myślenia kolejnego pokolenia dorastających młodych ludzi. Pokolenie Y wchodziło w dorosłe życie ostro i bezkompromisowo.


Dlatego sceniczną wersję świata, w który wpadają angielskie nastolatki, odbieram jako poglądową. Dodatkowo, może tłumacz (Tomasz Grabiński) nieco złagodził miejski slang, którym operują dziewczyny. Rozumiem ideę, chodzi wszak o to, by nauczycielki mogły na przedstawienie z czystym sumieniem przyprowadzić szkolną młodzież. Jestem spokojna, że uczniowie sami sobie dośpiewają to, czego brakuje na scenie, wszak wyobraźni i doświadczenia im nie brakuje. Najważniejsze, że prawdziwie ukazane zostały problemy nastolatków, od wieków te same. Pytania o siebie, swoje pragnienia, strach przed samotnością, wreszcie - szukanie swojego miejsca w świecie, od zawsze są nieodłącznymi atrybutami dojrzewania. Im trudniej na nie odpowiedzieć, tym łatwiej ulec skrajnym emocjom. Każdy przechodził w życiu taki okres, tylko zmieniająca się rzeczywistość, w której przyszło mu żyć, poszerzała lub zawężała wachlarz możliwości. Szybko o tym zapominamy i wraz z wejściem w dorosłość – bagatelizujemy. Coraz trudniej nam też o empatię. Im jesteśmy starsi, tym częściej rozumowo podchodzimy do problemów nastolatków. Przegrywamy, bo najczęściej wcale nie o logiczną analizę chodzi, tylko o umiejętność współodczuwania właśnie. Wtedy dopiero może otworzyć się przed nami droga do poznania skomplikowanej psychiki młodego człowieka.


Doskonałą tego świadomość miały młodziutkie aktorki, które wcieliły się w bohaterki "Nietykalnych", tegoroczne absolwentki krakowskiej PWST: Dominika Guzek (Louise) i Kamila Banasiak (Manni). Każda z nich pokazała swoją bohaterkę prawdziwie, znajdując w niej całą paletę emocji – od subtelnych, lirycznych począwszy, na mocnych, wyrazistych, kończąc. Niełatwo wejść w skórę nastolatki, nie pozostawiając wrażenia "odgrywania" zadanej roli. Guzek i Banasiak na scenie miały po 17 lat - bawiły się, martwiły i smuciły, jakby ledwo wczoraj same wróciły z gigantu. Wielka w tym zasługa reżyserki Jany Ovšonkovej, które zapewne pilnowała, żeby aktorki przez cały czas nie straciły niczego z dziewczęcej naiwności. Dla aktora granie na kameralnej scenie, w bliskiej odległości od widza, prawie na jego nosie, jest zawsze nie lada wyzwaniem. Każdy fałsz widz momentalnie wychwyci, do tego łatwo wpaść w pułapkę przypodobania się publiczności lub slapstickowego grania na kontraście. Guzek i Banasiak umiejętnie balansowały na granicy emocji, wielokrotnie wzruszając, rozbawiając i zasmucając. Wielkie brawa należą się, debiutującej na profesjonalnej scenie, Dominice Guzek - szczególnie za piękną scenę, kiedy siedząc na podłodze pod koniec spektaklu, znakomicie potrafi oddać myśli, kłębiące się w głowie Louise, która jakby w tym jednym momencie dojrzała do podjęcia ważnej decyzji. 
Reżyserka musiała nieźle przeczołgać aktorki, bo ani na chwilę nie straciły czujności na siebie, ich dialogi do końca spektaklu nie straciły naturalności. Aktorki pięknie, w różnych odcieniach emocjonalnych, obrzucały się wyznaniem: "nienawidzę cię", nadając mu różne znaczenia – od miłości, przez zniecierpliwienie, po wkurzenie.


Szkoda, że napięcie dramaturgiczne spektaklu nie było bardziej zróżnicowane, brakowało jakiejś sytuacyjnej kulminacji, jakiegoś emocjonalnego pęknięcia, które byłoby tropem wiodącym ku wyciszeniu i przerwaniu "nietykalnego" związku dziewczyn, który każdej z nich zaczynał już ciążyć.
Pomysłową scenografię przygotowała Justyna E. Przybylska, absolwentka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, która w gnieźnieńskim teatrze robiła wcześniej scenografię do "Naszego miasta" Thorntona Wildera w reż. Piotra Kruszczyńskiego. Pokój buntowniczek obwiesiła linkami, na których wiszą ciuchy i pościel, centralnie stanęło łóżko, a z boku pralka, którą pomysłowo wykorzystuje w spektaklu reżyserka. Tempo przedstawienia i jego rytm wyznaczała muzyka Peter Gábora, absolwenta Akademii Sztuki w Bańskiej Bystrzycy. W tej samej uczelni (oraz w bratysławskim Konserwatorium) uczyła się reżyserka "Nietykalnych" Jana Ovšonková. Gnieźnieński spektakl "Nietykalnych" jest polską prapremierą sztuki Burta, powstał w ramach kolejnej międzynarodowej rezydencji artystycznej, przy współpracy Instytutu Słowackiego w Warszawie.


Autor: Iwona Torbicka


Zdjęcia: Dawid Stube/materiały teatru w Gnieźnie


Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie, "Nietykalne" Simona Burta, reż. Jana Ovšonkova. Polska prapremiera – 17 czerwca br.