facebooktwitteryoutubesoundcloudrsskalendarzjęzyk polskijęzyk angielski

publikuj na facebooku wykop tomapadrukuj« Czas przedstawienia – życie spektaklu

opublikowane przez: redaktor, z dnia 18.07.2018, 14:13

30 czerwca na deskach Teatru Nowego w Poznaniu po raz ostatni stanęło "Dwunastu gniewnych ludzi". Spektakl od dnia premiery cieszył się nieustającą popularnością wśród widzów i został zagrany 115 razy.

"Dwunastu gniewnych ludzi" na zawsze pozostanie dla mnie jednym z najważniejszych teatralnych przeżyć. Spektaklem, który widziałam wielokrotnie – jako pracownik Teatru Nowego i jako widz. Uwielbiałam wracać na widownię Dużej Sceny, która stawała się polem działań dwunastu wspaniałych aktorów. Miałam ulubione momenty, na które czekałam podczas każdego z przedstawień, kwestie niektórych postaci zostały ze mną do dziś. Ten spektakl był teatralnym "pewniakiem" – zabierałam na niego kolejnych przyjaciół, mając pewność, że wyjdą z niego zachwyceni i nigdy się nie pomyliłam. Ostatni raz "Dwunastu" oglądałam w maju tego roku, siedząc w ostatnim rzędzie na balkonie, po długiej przerwie. Wzruszenie ściskało mi gardło i wtedy postanowiłam, że postaram się zachować ten spektakl, zbierając wspomnienia aktorów i realizatorów spektaklu.

 

DWUNASTU WSPANIAŁYCH

Na kilka dni przed premierą "Dwunastu gniewnych ludzi" mocna muzyka Michała Lisa rozbrzmiewała w całym teatrze. Słyszeliśmy trwające na scenie próby, czuliśmy tętno spektaklu, jego intensywny rytm. Przemykając za sceną, z ciekawością i niepokojem spoglądaliśmy na wiszącego nad nią wielkiego dobermana. Mijaliśmy aktorów w eleganckich smokingach, nie kryjąc zachwytu. Mieliśmy wrażenie, że w teatrze dzieje się coś wyjątkowego.
Spektakl, który po obejrzeniu wraca w myślach wielokrotnie, który zachwyca precyzją struktury i porywającą grą aktorską, który brzmi w uszach długo po wyjściu z teatru, który wzrusza i prowokuje do namysłu nie zdarza się w teatrze codziennie. Takim spektaklem bez wątpienia było "Dwunastu gniewnych ludzi", w roboczych repertuarach zapisywane skrótem 12GL. Kolejne przedstawienia cieszyły się ogromną popularnością i chociaż życie przyniosło podczas sześciu lat liczne zmiany w obsadzie, spektakl nigdy nie stracił swojej jakości i piękna. Jak żaden inny w repertuarze Teatru Nowego pokazywał, że również w teatrze wszystko ma swój czas. Z premierowej dwunastki gniewnych część aktorów odeszła do innych teatrów, a dwóch: Wojciecha Denekę i Tadeusza Drzewieckiego pożegnaliśmy na zawsze.

W przeciwieństwie do filmu, w którym bohaterowie siedzą przy stole, w dusznym, zamkniętym pomieszczeniu, skazani na siebie i pojawiające się kolejne uzasadnione wątpliwości, poznańscy przysięgli pozostawali w nieustannym ruchu za sprawą choreografii Rafała Urbackiego. Dla wielu z nich intensywna praca z ciałem i bliskość fizyczna stanowiły na początku prawdziwe wyzwanie, które podjęli z odwagą. "Im dłużej bylem w procesie z aktorami, gdy widziałem ich coraz większe zaangażowanie i wiarę w ten spektakl, oddałem całe swoje serce tej pracy. Niezwykłe były odcienie zażyłości, czułości, rywalizacji i opieki między tymi dwunastoma mężczyznami" – wspomina choreograf. Ruch na równi z muzyką, rytmem i słowem był jednym z języków tego spektaklu. Napędzał aktorów, podkreślał znaczenie ich słów oraz odbywającej się między nimi nieustannej gry i mocno oddziaływał na publiczność.

Z roku na rok wywalczenie przedłużenia licencji stawało się coraz trudniejsze, a w tym – mimo ogromnych wysiłków działu literackiego – definitywnie odmówiono Nowemu kontynuacji grania. Po 115 graniach, 30 czerwca 2018 roku przysięgli zatrzymali się z przodu sceny po raz ostatni, a widzowie Teatru Nowego w Poznaniu pożegnali spektakl kilkuminutową owacją na stojąco.

 

Mimo przerwy sezonowej i wakacyjnego czasu udało mi się namówić aktorów i realizatorów "Dwunastu gniewnych ludzi" na podzielenie się wspomnieniami o spektaklu, za które serdecznie dziękuję.

 

PIOTR KRUSZCZYŃSKI – DYREKTOR TEATRU NOWEGO W POZNANIU

Pamiętam, że postawiłem przed Radkiem Rychcikiem bardzo konkretne, trudne w tamtym czasie zadanie – międzypokoleniowej integracji zespołu. Rozmawialiśmy o tym, by biorąc aktorów z dwóch, a nawet trzech pokoleń, pomógł mi w budowaniu mocnego teamu i w tworzeniu dobrej, twórczej atmosfery w Nowym. Aktorzy w tym spektaklu rzeczywiście stworzyli świetny zespół, traktując się nawzajem z ogromnym szacunkiem. W przypadku młodych aktorów wobec starszych jest to poniekąd naturalne, ale tak pozytywne nastawienie starszych w stosunku do młodszych było szczególną wartością tej pracy.

Niewiele osób wie, że nasz kultowy spektakl miał wyglądać zupełnie inaczej. Radek przedstawił plan scenografii wykonany przez Annę Marię Karczmarską, który został już skierowany do realizacji w naszych pracowniach. W tym czasie wyjechał na tournée po Stanach Zjednoczonych z "Samotnością pól bawełnianych" i stamtąd poprosił mailem o całkowite wstrzymanie produkcji scenografii, bo "wszystko trzeba zmienić". Przyznaję, że podszedłem do tej zmiany z dużym niepokojem; sporo czasu poświęciliśmy rozmowom, jak tekst ożywić na scenie, a Radek był już po dwóch tygodniach pracy z aktorami. Pracownie wstrzymały produkcję, a ja – oddech.

Zmiana okazała się bardzo korzystna, a wynikała z analizy dotychczasowych prób. Radek stwierdził, najprościej rzecz ujmując, że nie chce dać aktorom możliwości realistycznego siedzenia na krzesłach i realistycznego grania przy stołach. Wszystkie meble zostały usunięte. Pozostał parkiet, dwanaście mikrofonów na statywach i ogromny doberman wiszący złowrogo do góry nogami. Premiera wywołała entuzjazm.

 

MATEUSZ ŁAWRYNOWICZ – PRZYSIĘGŁY NR 8

Pamiętam ten moment doskonale. To był mój debiut na deskach Teatru Nowego w Poznaniu i stres z nim związany był równie wielki, jak adrenalina i podniecenie towarzyszące pracy nad spektaklem i poznaniem wszystkich – począwszy od aktorów, przez realizatorów, na technice kończąc. Mała sala prób, dwunastu facetów, na stole egzemplarze i Radek Rychcik zapowiadający nam, że nasza przygoda opierać się będzie na zespołowości i ogromnym zaufaniu do siebie, do partnera, że zasada "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" stanie się naszym mottem.

Mógłbym wiele opowiadać na temat tej pracy, ale chyba istotą naszego spotkania przy tym tytule jest – wiem, że dziecinnie to zabrzmi – miłość do siebie. Nie było spektaklu, przed którym nie uścisnęliśmy się jak przyjaciele. Całe to nasze testosteronowe szaleństwo, otwartość, zabawy w uzbrojonych w argumenty i bezbronnych chłopców, odłożyło mi się już w sercu na zawsze.

 

ZBIGNIEW GROCHAL – PRZYSIĘGŁY NR 4

To było dosyć rewolucyjne – tak to muszę nazwać. Jestem jednym z pięciu aktorów, którzy zagrali wszystkie przedstawienia. Pracuję 52 lata w teatrze, przeżyłem różne mody teatralne, polegające na tym, jak dochodzić do prawdy, jak budować postać i co jest potrzebne na danym etapie. Mogę w wielkim skrócie określić pracę nad tym spektaklem jako zupełnie nowe aktorskie doświadczenie.

Przyszedł młody reżyser, przyniósł mnóstwo historii filmowych, pokazał nam materiały dotyczące trudnych środowisk amerykańskich, potem obejrzeliśmy film z Henrym Fondą – wszystko miało być pomocne w rozumieniu idei "Dwunastu gniewnych ludzi". W pewnym momencie stanęliśmy jednak w takim punkcie, w którym nagle zaczęliśmy rozumieć, że odchodzimy od klasycznego teatru psychologicznego, a zmierzamy w kierunku totalnego działania. Zaczęliśmy się turlać, ocierać o siebie – dwunastu mężczyzn, którzy nagle na rożne sposoby odczuwają swoją bliskość, swoją cielesność, pozbywają się swojego wstydu. Uczyłem się nowego języka w teatrze, nowych znaków teatralnych.

Poczuliśmy niezwykłą więź, która towarzyszyła nam do końca – to była wspólna kreacja. Wszystkich nas porywała pasja tworzenia niesamowitej atmosfery, bycia w czymś, co niby nas dzieli, ale po aktorsku nas łączy. Bardzo często po spektaklu było niezwykle napięte milczenie, a potem zawsze burza oklasków – to było wyjątkowe przedstawienie, które miało niezwykłą moc oddziaływania na widzów, na ich wyobraźnię.

Z moich wieloletnich doświadczeń teatralnych to jest takim, o którym nigdy nie zapomnę. Będę zawsze pamiętał tę atmosferę grania.

 

ANDRZEJ LAJBOREK – PRZYSIĘGŁY NR 10

Praca nad tym spektaklem była fantastyczna, być może dlatego, że nie było żadnej kobiety. Jak w teatrze antycznym był porządek, były emocje twórcze, nie było gadania po próżnicy. To męskie grono było idealne.

Dla każdego aktora największą przyjemnością jest zagranie w spektaklu, w którym można sobie naprawdę pograć – stworzyć pełnowymiarową postać, mającą ręce, nogi i myśli. Dramat amerykański jest pełen tego typu postaci. Przyjemność polegała też na tym, że każdy z nas, każdy z dwunastu musiał być inny.

Kiedy dostałem rolę, założyłem sobie, że to będzie człowiek, który niekoniecznie się tam dobrze czuje, taki, który chciałby każdą sprawę załatwić w 10 minut i iść do domu. Pomyślałem, że jest tam trochę materiału, żeby zagrać chamidło, ponuraka, któremu życie nie pasuje. Jeżeli ktoś nie myśli tak jak on, to jest dla niego skończony – zero tolerancji dla innych, zero myślenia o świecie w sposób przyjazny – wszystko musi być takie, jak on chce, albo tego nie ma. Wymyśliłem, że powinienem mieć cały czas ręce w kieszeni, że ten smoking nie przeszkadza mi być największym chamidłem. Chciałem pokazać faceta beznadziejnego – dla którego otoczenie nie ma absolutnie znaczenia.

Dla mnie to jeden z najlepszych spektakli, jaki grałem w życiu. Będę go miał zawsze pod czułą warstwą pamięci, tego typu spektakle rzadko się zdarzają.

 

NIKODEM KASPROWICZ – PRZYSIĘGŁY NR 11

Nie byłem w ekipie dwunastu od początku - rolę Przysięgłego nr 11 dostałem w zastępstwie po Cezarym Łukaszewiczu, który przeniósł się̨ do teatru do Wrocławia.

Moją "premierę̨", czyli debiut w tym spektaklu, wspominam z wielkimi nerwami – widziałem to przedstawienie wcześniej dwa razy na żywo oraz niezliczoną ilość razy na nagraniu wideo i wiedziałem, jak bardzo precyzyjna jest konstrukcja spektaklu, jak i mojej roli.

Kiedy po pierwszym przedstawieniu z moim udziałem opadła już kurtyna, z wrażenia i emocji ugięły się pode mną nogi i musiałem się położyć́. Niestety nie wziąłem pod uwagę̨, że brawa nie ustały i kurtyna powędrowała do góry. Oczom widzów ukazał się rząd jedenastu aktorów w nienagannych smokingach oraz dwunasty... leżący na scenie.

Będzie mi brakować́ tego spektaklu – był zrobiony perfekcyjnie, jak szyty na miarę, wszystko w nim pasowało, czego mieliśmy dowód w entuzjastycznych recenzjach widzów. Dawał nam nie lada frajdę̨, myślę, że wszyscy koledzy ze składu lubili w nim grać. Z sentymentem będę wspominać́ ten spektakl i kolegów, z którymi dane było zagrać, szczególnie tych, których z nami już nie ma – Wojtka Denekę i Tadeusza Drzewieckiego.

 

MICHAŁ GRUDZIŃSKI – PRZYSIĘGŁY NR 9

Zagrałem Przysięgłego nr 9, robiąc zastępstwo za świętej pamięci Wojtka Denekę. Nie wszystko mi się podobało w tym spektaklu, gdy go oglądałem jako widz, ale jak zacząłem w nim uczestniczyć, to już w wszedłem w tę przygodę. Ilu panów, tyle charakterów, tak różnych, tak inaczej podchodzących do tej okrutnej rzeczywistości. Miałem dwie czy trzy próby. Nie obeszło się bez pomocy kajecika, a potem zostawiłem go sobie na rolę jako rekwizyt. Zgrał mi ten kajecik, w którym zapisuję różne rzeczy, bo trochę jestem odmieńcem w zestawie tych panów. Nie akceptuję tego rodzaju podchodzenia do sprawy, do ludzi – separuję się tam.

Podczas ostatniego grania pozwoliłem sobie na dowcip. Ja zawsze się boję tych zielonych przedstawień, bo to nie jest takie łatwe wymyślić coś fajnego, co jest zabawne, żeby jednocześnie nie psuć roli. Tym razem w scenie, w której pokazuję, jak starszy pan podchodzi do drzwi, zamiast kuleć, zacząłem stepować. Bardzo się to spodobało publiczności.

 

GRZEGORZ GOŁASZEWSKI – PRZYSIĘGŁY NR 2

Sztuka "Dwunastu gniewnych ludzi" była – od czasów, kiedy studiowałem w Łodzi – na liście moich ulubionych. Uwielbiam film Lumeta i jestem fanem autorskiej ekranizacji Nikity Michałkowa "12". Nie marzyłem nawet o tym, że kiedyś będę mógł wcielić się w jednego z dwunastu przysięgłych.

Z racji mojego ówczesnego emploi reżyser zobaczył mnie w roli ławnika nr 2 i często w pracy podkreślaliśmy charakterystyczną dla tej postaci chłopięcość, bezradność i jakiś rodzaj naiwności, która świadomie użyta może stanowić skuteczny oręż w gronie dwunastu dyskutantów.

Na jednej z prób Radek poprosił nas, żebyśmy zastanowili się, jaki atrybut pasuje do naszej postaci. Prawie od razu pojawił mi się w głowie pluszowy miś! Nie wiem, czy moja wyobraźnia pobiegła tą drogą, bo widziałem w przysięgłym nr 2 chłopca, który z jakichś powodów nie może porzucić dzieciństwa, trzymając się kurczowo maskotki, od zawsze pozwalającej mu przetrwać w trudnych chwilach. Czy może dlatego, że dowiedziałem się, najprawdopodobniej od Janka Czaplińskiego, że aktor, który grał tę postać w ekranizacji z 1957 – John Fiedler – znany był ówczesnej amerykańskiej publiczności z "Kubusia Puchatka", w którym użyczył głosu Prosiaczkowi. Tak czy inaczej pomysł pluszowego misia bardzo mi się podobał. Podszedłem podekscytowany do reżysera, żeby podzielić się z nim moim odkryciem. Radek od razu ten pomysł zaakceptował i dodał: "Ale rozerwiesz go na strzępy". Z czasem coraz bardziej rozumiałem wagę tego gestu.

 

JAN CZAPLIŃSKI – DRAMATURG

Sześć lat grania tego spektaklu, ponad sto przedstawień – ten czas, te zmiany, te śmierci, zastępstwa, to, jak ludzie zmieniają się w ciągu tylu lat – to wszytko stało się kanwą osobnej, bardzo ciepłej, ludzkiej historii, równoległej wobec historii opowiadanej w samym spektaklu. Myślę, że "Dwunastu gniewnych ludzi" – jedyny spektakl, przy którym współpracowałem, który "dożył" setnego grania – było dla mnie pierwszą w życiu okazją do poczucia, co znaczy "czas przedstawienia".

Trudno wspominać ten spektakl, nie wspominając Wojciecha Deneki i Tadeusza Drzewieckiego – wspaniałych aktorów, pięknych ludzi – dwójkę eleganckich, wytwornych, szalenie życzliwych starszych panów, legend poznańskiej sceny. Cieszę się, że miałem okazję ich poznać i zrobić z nimi ten spektakl. Pamiętam pierwszą próbę: przyszli ubrani w pełnych garniturach, bo dla nich, aktorów starej daty, pierwsza próba była spotkaniem, na które przychodzi się ubranym elegancko. Nie spotkałem się już chyba potem z tym teatralnym zwyczajem. Pamiętam też pierwszą próbę monologu pana Wojciecha – monologu o tym, co znaczy starość. Z poczciwego, eleganckiego staruszka przeobraził się w sceniczne zwierzę. Zaproponował coś tak mocnego i świeżego, tak przejmującego, że mogliśmy temu tylko przyklasnąć. Zszedł ze sceny, podziękował za próbę i podreptał w swoją stronę. 

 

RADEK RYCHCIK – REŻYSER

"Dwunastu gniewnych ludzi" Reginalda Rose’a to wybitny tekst o odpowiedzialności i sprawiedliwości. To tekst – ćwiczenie z demokracji. To lekcja mówienia i dowodzenia swoich racji. Dlatego jest bardzo popularnym tekstem inscenizowanym wśród uczniów w anglosaskich szkołach i na tamtejszych uniwersytetach. Siła tego tekstu to jego język, to burza dyskusji, która wymaga ruchu. W naszym przedstawieniu udało się ten ruch myśli i figur języka zainscenizować. Nie ma tu stołu. Jest parkiet i 12 mikrofonów, które zmieniają pokój dla ławników niemal w salę taneczną. Retoryka wymaga ciała w ruchu, logika i argumentacja przyjmuje formę tanecznych figur. To morderczy taniec, który odkłada się w zmęczonych członkach ciała.

Tekst Rose’a pochodzi z czasów, w których wśród ławników nie było kobiet ani ludzi o innym kolorze skóry niż biały. Ten obraz nie jest już na szczęście aktualny.

Przedstawienie "12 gniewnych ludzi" to 6 lat wspaniałej przygody bycia z aktorami, mężczyznami w różnym wieku. To bezcenna możliwość obcowania z czasem, który często jest bezwzględny. Ten czas uczy nas pogody. Jestem ogromnie wdzięczny za przygodę, za spotkanie niesamowitych mężczyzn, za pracę, która inspiruje i uczy.

 

AUTORKA: Agata Wittchen-Barełkowska

Zdjęcia: Bartłomiej Jan Sowa / Teatr Nowy w Poznaniu

 

Reginald Rose, "DWUNASTU GNIEWNYCH LUDZI", premiera: 2 marca 2012 r.

Przekład i dramaturgia: JAN CZAPLIŃSKI, reżyseria: RADOSŁAW RYCHCIK, scenografia i kostiumy: ANNA MARIA KARCZMARSKA, muzyka: MICHAŁ LIS, choreografia: RAFAŁ URBACKI, inspicjent: JÓZEF PIECHOWIAK

Aktorzy: MICHAŁ KOCUREK – Przewodniczący, GRZEGORZ GOŁASZEWSKI – Przysięgły nr 2, SZYMON MYSŁAKOWSKI (gościnnie)/TOMASZ NOSINSKI, (gościnnie) – Przysięgły nr 3, ZBIGNIEW GROCHAL – Przysięgły nr 4, MARIUSZ ZANIEWSKI – Przysięgły nr 5, MARIUSZ PUCHALSKI – Przysięgły nr 6, SEBASTIAN GREK – Przysięgły nr 7, MATEUSZ ŁAWRYNOWICZ – Przysięgły nr 8, MICHAŁ GRUDZIŃSKI – Przysięgły nr 9, ANDRZEJ LAJBOREK – Przysięgły nr 10, NIKODEM KASPROWICZ – Przysięgły nr 11, JANUSZ ANDRZEJEWSKI – Przysięgły nr 12, ANNA MIERZWA – Głos Sędziego

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

Krupa u podstaw

19
Niedziela
Sierpień 2018
Emilii
Julinana
Konstancji
Sierpień, 2018
PnWtŚrCzPtSN
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829303112

poprzedni dzisiaj następny

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego