facebooktwitteryoutubesoundcloudrsskalendarzjęzyk polskijęzyk angielski

publikuj na facebooku wykop tolinkdrukuj« Trzeba odgrzebywać ślady

opublikowane przez: , z dnia 28.11.2017, 06:58

Gdyby nie szaleństwo połowy XX wieku, na kaliskich ulicach słychać byłoby języki polski, rosyjski, niemiecki, jidisz. I kilka innych. Z jednego punktu w mieście można było obracając się zobaczyć dach synagogi, kopuły cerkwi, świątynie katolików i ewangelików – opowiada Izabela Fietkiewicz-Paszek, współtwórczyni Stowarzyszenia Promocji Sztuki Łyżka Mleka.

Kuba Wojtaszczyk: Polska wielokulturowa, czyli jaka?

Izabela Fietkiewicz-Paszek*: Odpowiem nieco łukiem obchodząc pana pytanie. Kilka miesięcy temu pisałam reportaż o historii Babinki – kanału, który płynął przez samo serce dawnej dzielnicy żydowskiej, zasypanego w 1942 roku przez hitlerowców m.in. książkami z kaliskich, głównie żydowskich, bibliotek i domów. Bezprecedensowa historia śmierci tysięcy książek, symboliczny akt barbarzyństwa wobec wielowiekowej obecności diaspory w Kaliszu. Dziś dawna odnoga Prosny to  długi na kilkaset metrów pas zieleni, ulubiona trasa spacerowa kaliszan. Przygotowując materiał do pracy nad tekstem przechadzałam się wzdłuż alei, pytając przechodniów, co wiedzą o tym miejscu. Reportaż przerodził się w historię o kłopotach z pamięcią, o zbiorowym grzechu zaniechania wobec Małej Ojczyzny. Okazało się, że tylko nieliczni z moich rozmówców mieli choćby blade pojęcie o tym, co kryje w sobie ziemia, po której codziennie chodzą.
Polska wielokulturowa? Polska po II wojnie światowej stała się homogeniczna. Po wielowiekowym współistnieniu – odsuńmy na moment próbę dyskusji, na ile zgodnym – zniknęły „inne” tożsamości, narodowości, kultury, wyznania, języki. Właśnie – „inne”, czyli „obce”? A może „inne” tutejsze? Ale geny i memy nie dają się tak łatwo „wysterylizować”; mentalność, przestrzeń, rodzinne albumy, język, strychy, nie wiem co jeszcze – wszystkie te mikrohistorie i mikroświaty żyją wbrew naszemu zapomnieniu czy wyparciu.
Polska wielokulturowa, czyli jaka? Ta amputowana w latach 40-tych.

Tęsknimy za takim krajem, za taką Wielkopolską?

- Mogę mówić wyłącznie za siebie – swoisty ból fantomowy po nieistniejących światach na pewno współstanowi moją świadomość, tożsamość, wrażliwość i ustawia sposób widzenia siebie i innych.  Może warto za Emmanuelem Levinasem powtórzyć, że spotykając drugiego człowieka – spotykamy mistrza, od którego uczymy się bycia wobec drugiego człowieka. Chciałabym, byśmy starali się tak rozumieć spotkanie z inną kulturą, ale i z każdą innością. Procesów, które już za nami, nie da się oczywiście cofnąć. Można – a myślę, że nawet trzeba – pracować nad świadomością, uwrażliwiać, edukować. Nasze „tu i teraz” jest silnie zakorzenione w wielokulturowości. Czasu nie cofniemy, ale warto w sobie zinwentaryzować tę wielość.

Stowarzyszenie Łyżka Mleka organizuje Kaliski Tygiel Kulturowy, aby – jak czytamy – przynajmniej raz w roku powrócić do dawnego miasta, w którym „żyli Polacy, Rosjanie, Żydzi, Niemcy, Ormianie, Grecy. Żyli, nawet jeśli nie ze sobą, to obok siebie. Nie przeciw sobie. Dzisiaj nie ma tamtych ludzi ani miejsc, które należały do nich i do ich kultury. Nie pozostało niemal nic. Próbujemy szukać tego niemal”. Sentyment, czy może coś więcej?

- Zastanawiałam się kilka lat temu, jak w tak krótkim opisie zaakcentować ideę, która miała przyświecać temu aspektowi działań stowarzyszenia. Mam nadzieję, że udało się ją zakodować w stwierdzeniu: żyli, nawet jeśli nie ze sobą, to obok siebie. Nie przeciw sobie. Kalisz był wielokulturowym, -narodowościowym, -językowym i –wyznaniowym tyglem, z nieodłączną dla różnorodności urodą, ale i z nieodłącznymi dla różnorodności problemami społecznymi. Jednak koegzystencja trwała - w przypadku Żydów 800 lat; trudno wobec tego faktu bezustannie ustawiać jednych w roli „gospodarzy”, drugich w roli „gości”. To po prostu było codzienne życie obok siebie, ze sobą.
Ostatnie kilkadziesiąt lat to Kalisz (oczywiście nie stuprocentowo) „jednorodny”, co w porównaniu z kilkusetletnią historią stanowi naprawdę moment; choć z perspektywy pokoleń urodzonych po wojnie – to zastana rzeczywistość, innej nie ma, a dostrzeżenie pod jej powierzchnią wielokulturowości, „z której my wszyscy”, wymaga wysiłku. Czy wyłącznie sentyment każe nam tam zaglądać? Może na początku tak, sentyment, ciekawość, apetyt na egzotykę? Ale z czasem robi się poważnie.

Jaki był przedwojenny Kalisz?

- Gdyby nie szaleństwo połowy XX wieku, na kaliskich ulicach słychać byłoby języki polski, rosyjski, niemiecki, jidisz. I kilka innych. Z jednego punktu w mieście można było obracając się zobaczyć dach synagogi, kopuły cerkwi, świątynie katolików i ewangelików. Przedwojenne kaliskie realia były – oczywiście jak w całej II Rzeczypospolitej – skomplikowane, 20 lat świeżej niepodległości to był zbyt krótki czas, by ukształtowało się zdrowe, obywatelskie społeczeństwo. Lubimy idealizować przeszłość, myśleć o tych latach z wielkim sentymentem, to zrozumiałe, ale warto pamiętać, że była to niezwykle złożona i pełna wewnętrznych napięć rzeczywistość.
Musimy i o tym pamiętać, że w sierpniu 1914 roku Kalisz został zbombardowany, następnie spalony przez oddziały majora Hermanna Preuskera. Był najbardziej zniszczonym miastem w Europie w czasie I wojny światowej, wyglądał jak Warszawa po powstaniu warszawskim. W dwa sierpniowe tygodnie 95 proc. zabudowy staromiejskiej przestało istnieć, wkrótce liczba mieszkańców spadła z 70 do 5 tys. To był bestialski akt wobec bezbronnego miasta bez strategicznego znaczenia. I to był koniec świetności Kalisza. Niezwykle obrazowo opisała tę tragedię Maria Dąbrowska w Nocach i dniach. Międzywojnie oznaczało więc odbudowę. Niestety dawnej urody, wielkości, wreszcie: znaczenia – gród nad Prosną nie odzyskał nigdy.
W przededniu II wojny światowej Kalisz liczył ponad 81 tys. mieszkańców, w tej liczbie ok. 27 tys. to Żydzi, a ok. 5 proc. Niemcy, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini. We wrześniu 1939 roku miasto znalazło się w Kraju Warty, zostało wcielone do Rzeszy. Co to znaczyło dla Żydów, wiemy. Wiosną 1942 roku z kaliskiego getta ostatnie 150 osób wysiedlono do Łodzi. Kalish ist judenrein geworden. I to właściwie koniec tamtego świata.

Czy nie wystarcza nam taka sporadyczna interakcja z wielokulturowością, z czymś egzotycznym?

- Ludzie przychodzą na nasze imprezy, szczególnie na koncerty, reagują bardzo dobrze, rozumiem więc, że potrzebują tego kontaktu. Zdarzają się wrogie postawy, raczej w Internecie, czyli oczywiście zazwyczaj tam, gdzie można się zasłonić za nickiem.

Jak Łyżka Mleka pomaga rozszerzyć horyzonty?

- Rozważnie. Mam ambiwalentny stosunek do renesansu kultury żydowskiej w Polsce, obawiam się tej swoistej „mody na żydowskość”, ciąży nad nią widmo „Żyda z pieniążkiem”, takiego – powiedzmy – filosemityzmu korzystającego z zestawu antysemickich kodów kultury. Krótko mówiąc owa moda często raczej utrwala obrazek z jednej strony stereotypowego Żyda, a z drugiej – polsko-żydowskiej baśni przerwanej przez Hitlera. A pamiętać trzeba, że antysemityzm nie zaczyna się wtedy, gdy bije się Żydów. Jak to ujęła Joanna Tokarska-Bakir: żywiołowy antysemityzm ustępuje tu dziś miejsca równie żywiołowemu filosemityzmowi, z pominięciem fazy przepracowania. Dlatego ważne jest, by „nie wylać dziecka z kąpielą”, by poszerzając horyzonty nie żonglować stereotypami, tak po gombrowiczowsku – nie „upupiać” żydowskości.

Co to oznacza w praktyce działań Łyżki?

- Choćby spotkania i rozmowy z takimi autorami, jak Hanna Krall, Mikołaj Grynberg, Lidia Ostałowska czy Wojciech Jagielski (to spotkanie akurat nie było organizowane przez Łyżkę, ale ponieważ je prowadziłam, odbywało się pod patronatem stowarzyszenia). Najbliższe wydarzenie, 10 grudnia, to będzie rozmowa z Anną Bikont. Trudno powiedzieć, na ile udaje się dzięki takim działaniom „przekonać nieprzekonanych”, ale mogę mieć nadzieję?
Na naszej sztandarowej imprezie, Ogólnopolskim Festiwalu Poetyckim im. Wandy Karczewskiej, też staramy się mówić o wielokulturowych korzeniach Kalisza, szczególnie, że uczestnicy festiwalu zjeżdżają do nas z całej Polski; dwa lata temu był to np. wykład Anny Tabaki o niezwykle barwnej historii ulicy Babinej. Innym „kanałem” naszych przedsięwzięć jest praca z młodzieżą, wymienię choćby konkurs na tekst literacki nawiązujący do wielokulturowości Kalisza p.n. „Na jednej ziemi” (2014 rok), do jury udało nam się zaprosić panią Bożenę Umińską-Keff. Rozstrzygnięcie konkursu odbyło się podczas spotkania z Jehudit Kafri, autorką książki Zosia. Od Doliny Jezreel do Czerwonej Orkiestry, a także z tłumaczem książki, Leszkiem Kwiatkowskim. Inny przykład – projekt „Kaliskie gry planszowe” dla uczniów Zespołu Szkół Techniczno-Elektronicznych w Kaliszu, złożony z działań edukacyjnych i artystycznych, łączący literaturę, historię regionu, sztuki plastyczne, grafikę komputerową. Końcowym etapem był konkurs na autorską grę planszową nawiązującą do historii Kalisza okresu II wojny światowej. Poziom prac, które powstały, przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Jury nagrodziło ex-equo dwa projekty, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda nam się zdobyć dla nich wydawcę. Chcę jednak dodać, że w ramach przygotowań do konkursu uczniowie mieli okazję odwiedzić Archiwum Państwowe, bywali w Muzeum im. Osiakowskich, brali udział w wykładzie dr. Piotra Sobolewskiego etc. Puściliśmy ich na żywioł dopiero na etapie pracy twórczej. Ale zabrali się do projektów już dobrze przygotowani, świadomi, nad czym – i dlaczego – pracują.

Młodzi ludzie współtworzą również artystyczne przedsięwzięcia Łyżki...

- Tak, to jeszcze inny aspekt naszych działań. W spektaklu „Była tu kiedyś ulica Złota”, czy w wieczorze poświęconym Melanii Fogelbaum, czy w innych imprezach w ramach Tygla – biorą udział nasi uczniowie. To praca u podstaw w dosłownym tego hasła znaczenia. Niejednokrotnie zaczynamy rozmowę z młodymi ludźmi „naładowanymi” przynajmniej obiegowymi powiedzonkami, jeśli nie wprost antysemickimi hasłami. Potrzeba czasu, by udało się do nich dotrzeć. I by oni zrozumieli, że przemoc i wykluczenie zaczyna się niemal zawsze na poziomie języka.
Każda edycja Festiwalu im. Wandy Karczewskiej poprzedzona jest przez polonistki z naszego stowarzyszenia spacerem po Kaliszu połączonym z pracą nad tekstem Karczewskiej pt. Rozmowa z rówieśnikiem z ulicy Widok 12, wierszem-wspomnieniem żydowskiego sąsiada poetki z dzieciństwa, dwunastoletniego Icka, wierszem osadzonym w konkretnych realiach. To bardzo ważna lekcja, po której uczniowie dobrze rozumieją, dlaczego tak wnikliwie zajmujemy się tematyką kaliskich Żydów.
Oczywiście, równolegle do wymienionych działań proponujemy takie wydarzenia, jak spektakl Marii Meyer „Graj, dla nas graj! – Wieczór pieśni żydowskich” czy choćby w ostatnią niedzielę koncert pieśni Urszuli Makosz pt. „Ownt Lid”. Co pewien czas zapraszamy na recitale Patrycji Kliber z Rozmark Café, czyli w pełni autorski projekt (muzyka kaliskiej skrzypaczki, Ireny Piechoty, do tekstów Anety Kolańczyk i moich) – muzyczną podróż przez losy kaliskich Żydów.
Nie udałoby się to wszystko, gdyby nie absolutna otwartość kaliskiego Centrum Kultury i Sztuki, które z pełnym zaufaniem wpuszcza nas z każdym pomysłem.

Czy zdarzyło się, że ktoś dzięki inicjatywom Łyżki „przejrzał na oczy”?

- Czasem potrzeba lat edukacji, a czasem wystarczy impuls, który kogoś uwrażliwi, otworzy przestrzenie, których istnienia sobie nie uświadamiał. Wiem, że to brzmi banalnie, ale nawet gdyby jedna osoba miała „przejrzeć na oczy”, to ma to wszystko jakiś sens.

Czy Łyżka Mleka powstała właśnie po to, aby śledzić wpływ innych kultur i przypominać nam o nim? 

- Pomysł na stowarzyszenie zrodził się podczas kawiarnianych rozmów z Anetą Kolańczyk, regionalistką o społecznikowskim zacięciu, poetką, polonistką, prywatnie moją serdeczną przyjaciółką. Uczestniczyłyśmy od kilku lat w tzw. życiu literackim jeżdżąc na festiwale czy wieczory autorskie, brakowało nam tego w Kaliszu. Wymyśliłyśmy stowarzyszenie, do którego (w październiku 2010 roku) przekonałyśmy kilku przyjaciół, Beatę Wicenciak, Beatę Dąbrowską, Danusię i Jurka Szukalskich, Tomka Paszka, Patrycję Kliber. To był start kuli śniegowej. Spotkania autorskie, koncerty, konkursy, projekty dla młodzieży, publikacje, konferencje, wystawy, wreszcie organizacja ogólnopolskiego festiwalu literackiego (za nami 7. edycja) to tylko hasłowy przegląd pierwszych z brzegu działań. Od początku też staramy się ocalać, przywracać do czytelniczej przestrzeni dzieła tych twórców, którzy – z różnych powodów – z niej zniknęli; wśród tych związanych z Kaliszem najintensywniej pracujemy nad przypomnieniem twórczości Wandy Karczewskiej. Ale i w tym aspekcie działań poruszamy się „międzykulturowo”, przykładem niech będzie cały cykl działań wokół książki Melanii Fogelbaum pt. Drzwi otwarte na nicość.
Początkowo nasze imprezy były poświęcone przede wszystkim najnowszej poezji polskiej, która była – mówię o kaliskim życiu kulturalnym – niemal nieobecna. Z czasem doszły inne obszary. W tym zainteresowanie wielokulturowością dawnego Kalisza i tym, co dziś po niej zostało. Lub nie.

Stowarzyszenie organizuje wiele imprez, między innymi Dzień Judaizmu...

- Rzeczywiście, od kilku lat organizujemy w Centrum Kultury i Sztuki obchody Dnia Judaizmu w kościele katolickim. Staramy się, by każdy uczeń pierwszej klasy kaliskiego ZSTE wziął udział w wydarzeniu, dla wielu z nich to pierwszy kontakt z tematem. Po tym spotkaniu zostaje nam kilka lat na pracę. W pierwszych imprezach uczniowie byli jedynie widzami – zapraszaliśmy Halinę Marcinkowską, która opowiadała o historii kaliskich Żydów, prezentowaliśmy poezję im poświęconą, wybieraliśmy filmy, które miały wprowadzać w tematykę. Od kilku edycji staramy się, by uczniowie współtworzyli program, i tak w tym roku niemal w całości byli za niego odpowiedzialni. To wymaga od nich sporego zaangażowania. Po kilku latach efekty są naprawdę imponujące. Mówiłam na początku o rozmowach z kaliszanami na temat historii dzielnicy żydowskiej; jeśli chodzi o uczniów ZSTE raczej jestem spokojna o ich wiedzę.
Impreza się zmienia – zaczęliśmy zapraszać również uczniów innych kaliskich szkół.

Jak silnie los kaliskich Żydów wpłynął na obecne miasto?

- Miasto było setki lat kształtowane przez kaliszan różnych narodowości, wyznań i kultur; jego obecny kształt jest więc sumą wszystkich wpływów, bez względu na to, czy ktoś sobie je uświadamia, czy  nie. Nie sposób ująć w jednym zdaniu, jak tkanka miasta tworzy się przez wieki, i jak kształtuje się jego duch, czegokolwiek to słowo nie definiuje. Poświęcić można (i poświęca się) temu niejedną pracę naukową. „Dzieło nazistów” miało polegać nie tylko na wyniszczeniu narodu, ale i śladów po nim, pamięci. Niestety, w dużej mierze się udało. Nie ma cmentarza żydowskiego przy Nowym Świecie, nie ma synagogi przy ulicy Złotej ani tej przy ulicy Krótkiej. Ale pamięć architektury bywa niekiedy przewrotnie sprawna. Kuczki, ślady w futrynach po mezuzach, drzewo, które rośnie przy deptaku, ale przecież pamięta czasy, kiedy wyrastało z brzegu kanału; są też zachowane budynki, choćby dawny cheder. Tyle o krajobrazie. Ale pyta pan o los Żydów, dramaty ludzi, znikanie sąsiadów, konkretnej Miriam – o ich nagłą wtedy, w 40. latach, nieobecność.
Jak los Żydów wpłynął na dzisiejszy Kalisz? Z jednej strony uchwałą Rady Miasta nadaje się – symbolicznemu dla dawnej dzielnicy żydowskiej miejscu – nazwę Rozmar(e)k, uroczyście odsłania się tablicę w miejscu dawnej synagogi. Z drugiej strony? No właśnie. Przykład. W latach 70. ubiegłego wieku na ścianie budynku Galerii „Tęcza” pojawiła się tablica wg projektu Andrzeja Niekrasza, po niemal 40 latach trafiła do muzeum, a na ścianie nowego budynku galerii odtworzono lekko przeredagowując napis z dawnej tablicy. I czytamy dziś: „W tym miejscu w latach 1939-1942 niemiecki okupant urządził obóz przejściowy dla żołnierzy polskich a następnie ludności cywilnej. Wywieziono stąd ponad 20.000 ludzi do obozów śmierci”. Wszystko się zgadza. Prawie wszystko. Otóż zarówno na starej, jak i na nowej tablicy „zapomniano” dodać, że głównymi ofiarami tego miejsca byli kaliscy Żydzi. To „przeoczenie” na początku lat 70. możemy sobie dziś tłumaczyć politycznym zagmatwaniem PRL-u, ale czym je wytłumaczyć w roku 2009? Nieznajomością historii? Złą wolą urzędników? Myślę (mam nadzieję), że to raczej brak pomysłu na jakąś „metodologię pamięci”, czy jak to inaczej ująć. Przyjeżdżają jeszcze do Kalisza ocalali kaliscy Żydzi. To ostatnie momenty, by w jakiś sposób z ich udziałem spróbować poradzić sobie z tym wszystkim.

Czy te pływy są ciągle silne?

- Bywają, najsilniejsze chyba w sztuce. Wspomnę o jednym z najpiękniejszych, w mojej opinii, hołdów dla dawnych sąsiadów (zaraz powiem, dlaczego dosłownie) – o poemacie symfonicznym Fleida, napisanym przez Mirosława Przędzika, skrzypka i kompozytora. Fleida, czyli Frania Kubiak, była sąsiadką mamy pana Mirosława, jej najlepszą przyjaciółką. Miała 17 lat, kiedy wywieziono ją do Birkenau, przed wyjazdem zostawiła pani Przędzikowej maszynę do szycia, z prośbą o przechowanie. Maszynę kilka lat temu pan Mirosław przekazał do muzeum żydowskiego w Domu Przedpogrzebowym na cmentarzu przy ulicy Podmiejskiej. Prawykonanie poematu odbyło się podczas II Dni Kultury Żydowskiej w Kaliszu, w 2008 roku. W taki sposób wraca do nas czasem historia.

Czy w Kaliszu mieszkają jeszcze Żydzi? Może działają na rzecz kultywowania ich kultury?

- Jeśli są, nie wiem o tym. Jest za to wiele osób, którym zawdzięczamy dbałość o pamięć o dawnym Kaliszu. Wymienię choćby Annę Tabakę, Macieja Błachowicza, Sławomira Przygodzkiego, Piotra Sobolewskiego, Tomasza Chlebdę, Mirosława Przędzika czy wreszcie Andrzeja Banerta – pastora na emigracji, założyciela i kustosza niezwykłego Muzeum im. G. J. Osiakowskich. Pielęgnowaniem pamięci o kulturze i tradycji żydowskiej oraz kontaktami z ocalałymi z Zagłady i ich potomkami od wielu lat zajmuje się Halina Marcinkowska, członkini Gminy Żydowskiej we Wrocławiu, opiekunka cmentarza Żydowskiego.

Historia jest mocno polityczna, tym bardziej teraz. Nie obawia się pani, że niebawem wspomnienie wielkopolskiego wielokulturowego tygla nie będzie możliwe? Polska będzie synonimem zamknięcia?

- Chciałabym powiedzieć, że się pan myli, przesadza, „nadwidzi” i niepotrzebnie jest aż takim pesymistą. Ale niestety tego nie powiem.


Rozmawiał: Kuba Wojtaszczyk
Zdjęcia: Mariusz Forecki

Izabela Fietkiewicz-Paszek –  autorka dwóch książek poetyckich: Portret niesymetryczny (2010) i Próby wyjścia (2011), tekstów piosenek, recenzji i felietonów (współpracuje z kilkoma pismami literackimi), współtwórczyni Stowarzyszenia Promocji Sztuki Łyżka Mleka, Ogólnopolskiego Festiwalu Poetyckiego im. Wandy Karczewskiej oraz projektu Rozmark Café. Laureatka II nagrody VII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Złoty Środek Poezji" na najlepszy poetycki debiut roku 2010, dwukrotna laureatka Nagrody Prezydenta Miasta Kalisza w dziedzinie upowszechniania kultury (2011, 2016), tegoroczna stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury. Aktualnie w trakcie studiów podyplomowych „Totalitaryzm – Nazizm –Holokaust” w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Mieszka w Kaliszu, pracuje w Zespole Szkół Techniczno-Elektronicznych jako nauczycielka języka niemieckiego.
Strona Łyżki Mleka: tutaj
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

Krupa u podstaw

19
Niedziela
Sierpień 2018
Emilii
Julinana
Konstancji
Sierpień, 2018
PnWtŚrCzPtSN
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829303112

poprzedni dzisiaj następny

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego