[16.03.2017, 21:52:26] Drzew zabijać nie wolno?

„A chociażby je pocięli piłami
A chociażby je kładli pokotem
Nikt nie powie
- Drzew zabijać nie wolno - ” napisał w Balladzie o drzewach Ernest Bryl.



A właśnie, że wolno. Od niedawna można je rżnąć do woli. W imię świętego prawa własności. Bo śmiecą liśćmi. Bo zasłaniają słoneczko. Precz z gatunkami inwazyjnymi. Fuj, fuj kasztanowce i akacje. Won dorodne sosny w lasach. Trzeba przywrócić równowagę gatunkową, no nie? A może stare są i chore, więc na pewno niebezpieczne. Dlaczego? Bo tak!



Czy widział ktoś stare, duże drzewo stojące obok nowego apartamentowca? Nawet, jak w niczym nie kolidują z przewidywaną zabudową, są wycinane w pień. Deweloperzy nienawidzą drzew? Nie, oni tylko kochają pieniądze. A każde drzewo to parę miejsc mniej w podziemnym garażu, to utrudnienia na budowie, mniej metrów kwadratowych mieszkań. I odpowiedni wysoki urząd ochrony środowiska to wie. I całkowicie zgodnie z przepisami pomaga jak może. Absolutnie bezinteresownie. Szkoda tylko, że deweloperom, nie drzewom.







Proceder trwał od lat. Były oczywiście jakieś tam przepisy. Mierzyć trzeba było obwód. Były precyzyjne i wysokie stawki za każdy centymetr wycinanego drzewa. Bezkarnie ciąć można było tylko owocowe. To był przepis dla zwyczajnych ludzi, którym coś tam przypadkiem wyrosło na działce. Tylko, że prawo nie dotyczyło wszystkich. Jakoś nie słyszałem, by ktoś postawił zarzuty proboszczowi, który wyciął lub ociosał na słupy telegraficzne stare drzewa na cmentarzu, wokół kościoła, czy plebanii. A takich zdarzeń były tysiące.






po oczyszczeniu otoczenia XVII wiecznego dworu widok się otworzył nieco

To samo prawo nie dotyczyło też inwestorów. Tym z kolei drzewa w szybkim tempie umierały, schły jak na komendę. Już na sam widok inwestora traciły liście i stawały się niebezpieczne. Wielkie podziękowanie należy się panom deweloperom za to, że tak troszczą się o nas i w mig rozprawiają ze wielkim zagrożeniem. Nie poddają się, bohatersko walczą z tymi strasznymi drzewami.



Jasne jak słońce, że gdyby wycięto w porę wszystkie drzewa przy drogach, wyszłoby to na zdrowie wszystkim, nie wyłączając najwyższych władz. Dopiero co, taki zielony potwór zaatakował z dużą prędkością rządową limuzynę. Cudem uniknęliśmy narodowej tragedii.



fot. Grzegorz Racheniuk

Od paru tygodni zaczęliśmy wygrywać tę nierówną walkę. Wprowadzono nowe przepisy o ochronie społeczeństwa przed drzewami. Wreszcie będzie koniec z durnymi piskami ptaszysk w gałęziach. Teraz piszczą, rozgrzane do czerwoności, łańcuchy pił. Ostatnie, ogłupiałe dzięcioły niech się uczą, jak stukać porządnie i rytmicznie. W takt toporów i siekier. Stuku puku, stuku puk dzięcioł to korników wróg... Akurat! Teraz dopiero rozwiążemy problem korników. Po całości.


był sobie park wokół pałacu w Kopicach, fot. Wojciech Misior

Warkot pił łańcuchowych od rana do nocy słychać w każdej wsi i miasteczku. Parki podworskie, ogrody pałacowe, zabytkowe aleje przydrożne kładą się pokotem. W lasach ten warkot nie oznacza nadciągającej wiosny.


komuś te piękne włoskie topole w Kaliszu przeszkadzały, google maps


tej grupy drzew po prawej stronie już nie ma, google maps

Co tam kilka hektarów lasu w Łebie. Przecież przeszkadzały. Jakieś drzewa na poznańskiej Malcie rosły? Cięcia sanitarne. Stare drzewa wokół dworu w Komornikach? To tylko przygotowanie terenu pod budowę Domu Kultury. Wiekowe kasztanowce przy pałacu w Jeziorkach? Przecież obok posadzono nowe badyle. Był kiedyś park wokół pałacu w Kopicach? Właściciel ma prawo uporządkować teren. Grupa starych włoskich topoli przed teatrem w Kaliszu? Zabytkowy park to jest dopiero po drugiej stronie Prosny, dziesięć metrów dalej. To obrazki, które widziałem w ostatnich dniach.




tak przed teatrem w Kaliszu jest teraz

Każdy może przedłużyć tę listę. W nieskończoność. Czy jest jakieś miasto i miasteczko, gdzie nie wycina się właśnie drzew? Można przecież zarobić na tarcicy. A grunt ogołocony zyskuje na wartości, bo bezproblemowo zamienia się w inwestycyjny.



Bohaterscy ekolodzy i obrońcy przyrody napisali petycję z protestem. I triumfalnie obwieścili, że od 1 marca problem wyrębu rozwiązał się sam, bo zaczął się okres ochronny dla ptaszków z gniazdkami. Nie rozwiązał się, bo drwale wcale się tym nie przejęli. Kto im udowodni, że zniszczyli jakieś gniazdeczko? Zwłaszcza, że po przejściu buldożerów nic się nie ostanie.



Jest już w opracowaniu nowelizacja przepisów. Dyskretni politycy niechcący obwieścili to wszem i wobec, by znajomi posiadacze gruntów i tartaki uwinęły się w porę.



Miliony drzew zniknęło z polskiego krajobrazu. Nigdy w naszej historii nie dokonał się taki akt barbarzyństwa wobec natury. To nie okupanci, nie najemnicy, to moi rodacy potraktowali drzewa jak łup. Czy teraz przyjdzie pora na ludzi?

Wojciech Hildebrandt
niepodpisane zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[12.03.2017, 18:17:12] Pan na spichlerzu z antykami

Podpoznańskie Wiry. Był tu kiedyś stary folwark. Otoczony wysokim, ceglanym murem. Zza pobielanej bramy widać wielki, pusty, zarośnięty chwastami podwórzec. Na osi, w oddali, atrapa dworku. Po lewej stronie ostał się spichlerz. Trzeba jeszcze przebrnąć przez wiosenne błoto i otworzyć skrzypiące drzwi. A potem wysokimi schodami wejść w zaczarowany świat antyków.



Już okazały napis ANTYKI na rozpadającym się murze zapowiada coś obiecującego. Z zewnątrz stary spichlerz specjalnie w oczy się nie rzuca i architekturą nie powala. Trzy ceglane kondygnacje przykryte spłaszczonym dachem. Przed wejściem mały zadaszony podjazd. Dekoracyjne ceglane opaski wokół niewielkich okien świadczą, że budowla pochodzi z końca XIX wieku. Trzyma się krzepko, choć remontu nie widziała. Dopiero wewnętrzna konstrukcja - labirynt masywnych, drewnianych belek - może wprawić w zachwyt. Kiedyś to byli cieśle!



Od blisko dwudziestu lat wnętrza spichlerza wypełniają dziwne dźwięki i zapachy. Nieustannie słychać stukanie, piłowanie, skrobanie i szlifowanie. W powietrzu przesyconym zapachem starości unosi się wonna nuta pokostu i politury. W ciemnościach piętrzą się stosy starych mebli, ram, bibelotów, zakurzonych tkanin i starych obrazów. Czasem okaleczonych, ułomnych i potrzaskanych. Cierpliwie czekają na swoją kolej. By dostać szansę i wrócić do życia. Pracuje nad tym kilku artystów konserwatorów, którzy potrafią cofnąć czas. Do epoki, w której królowały piękne przedmioty.





Wśród nich Tomasz Wlaźlak. Starszy, siwy już mężczyzna w czerwonej czapeczce. Z promiennym uśmiechem i ogniem w oczach chętnie pokazuje swoje pokryte patyną czasu królestwo. Setki metrów kwadratowych zagraconego świata, azylu dla tysięcy pozornie niepotrzebnych przedmiotów. Dla samego Wlaźlaka to schronienie przed aktualną rzeczywistością.





Takich ludzi nazywało się kiedyś ludźmi renesansu. Z racji rozległości zainteresowań i skali posiadanych umiejętności. Młode pokolenie nie uwierzy, że to możliwe. Wyspecjalizowani w klikaniu dwoma palcami, potraktują to jak wymysł.







Tomasz Wlaźlak to inżynier, konstruktor dróg i mostów. Był też geologiem. Wreszcie trafił do biura projektowego Pracowni Konserwacji Zabytków. Najpierw jako projektant rekonstruowanych konstrukcji dachowych w odnawianych zabytkach. Przez lata współpracował z architektami przy tak wielkich założeniach rezydencjonalnych, jak Sanssouci w Poczdamie. Projektował też ogrody. Potem zabrał się za ratowanie architektonicznych detali i mebli. Ma w dorobku konserwację gotyckich stalli dla franciszkanów w Gdańsku. Dopiero co odnawiał ołtarze w kościele w Konarzewie i pracował przy odtwarzaniu historycznych detali w pałacu w Rogalinie.





Właśnie odtwarza wnętrze rolls royce’a, pełne intarsjowanych, drewnianych płycin. I restauruje stary fortepian. Niedawno przywrócił do życia przedpotopowy magiel. Staroci szuka sam po całej Polsce i nie tylko. W opuszczonych domach, na targowiskach.


obraz Tomasza Wlaźlaka z pleneru w Skokach



Jest też malarzem. Amatorem, w najlepszym rozumieniu tego słowa. Choć pobierał nauki od mistrzów na poznańskiej Akademii. W spichlerzu, wśród antyków, wiszą jego liczne obrazy. Kolorowe i pełne ciepła. Dalekie echo impresjonistycznego zachwytu nad kolorowym światłem.







W starym spichlerzu można naprawić wyjątkowe krzesło, odnowić babciną szafę. Ale adresu tego miejsca nie znajdziesz w internecie. Pracownia z antykami jest z innego świata, tego internetowego nie potrzebuje. Kto będzie chciał tu dotrzeć, sam znajdzie drogę.











Spieszmy się odwiedzić to wyjątkowe miejsce, póki pulsuje życiem, choć ten puls słabnie z dnia na dzień. Mistrz Tomasz jest schorowany i nie ma w swoim fachu następcy. Na naszych oczach powoli odchodzi świat, zamknięty w starym spichlerzu. Miłośnicy plastikowych chińskich mebli i gadżetów z drukarki 3D nawet nie zauważą jak zniknie...



Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[28.02.2017, 18:33:38] Zamek na lodzie

W Wielkopolskim Parku Narodowym, na jeziorze Góreckim jest Wyspa Zamkowa. Na niej malownicze ruiny. Pasują do romantycznej koncepcji lokowania pseudohistorycznych budowli w pięknych okolicznościach przyrody. I do aktualnej koncepcji konserwacji przez dewastację, twórczo rozwijanej przez Park Narodowy.



Dawno, dawno temu te tereny wchodziły w skład dóbr kórnickich, będących w posiadaniu rodziny Działyńskich. Pobliski Trzebaw, wraz z jeziorem Góreckim, Tytus Działyński odstąpił siostrze Klaudynie w posagu. Objęła ona podpoznańskie włości 25 sierpnia 1825 roku, wychodząc za mąż za hrabiego Andrzeja Bernarda Potockiego. Ślub pary z najwyższej półki odbył się w niedalekim Konarzewie.



Klaudyna Potocka dobrze zapisała się w historii z racji swojego patriotyzmu. Pielęgnowała rannych powstańców listopadowych, a potem całym swym niemałym majątkiem wspierała polską emigrację, z Mickiewiczem na czele. Mniej znany jest jej mąż. A szkoda, gdyż był aktywnym uczestnikiem Powstania Listopadowego, pierwszym polskim tłumaczem koranu. Zawdzięczamy mu przetrwanie rękopisu „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”, autorstwa jego ojca.



Zameczek na jeziorze Góreckim był ślubnym prezentem dla Klaudyny od brata Tytusa Działyńskiego. Choć to maleńka rezydencja, to ważna dla historii naszej architektury. Jedna z najwcześniejszych realizacji w romantycznym kostiumie „gotyckim”. Zachował się oryginalny projekt, przypisywany znającemu się na rzeczy Tytusowi Działyńskiemu. Nie jest wykluczone, że zachowane rzuty wyszły spod ręki samej Klaudyny, wszechstronnie wykształconej i doskonale rysującej.



Co ciekawe, zachowane rzuty przyziemia i piętra wyglądają jak miniatura rodowego zamku w Kórniku. Obie budowle otoczone są wodą, rolę kórnickiej fosy pełni jezioro, a budowla umieszczona jest na wyspie. Z wejściem w środkowym z trzech traktów, zwieńczonym po bokach wysokimi sterczynami niczym wieżyczki. Podobnie, jak przy dawnym wejściu na zamek w Kórniku. I tak samo jak tam, po lewej stronie sterczała, łamiąc symetrię budynku, ceglana, „gotycka” wieża. Zameczek na wyspie zdaje się być zabawną wprawką przed wielką przebudową rezydencji Działyńskich w Kórniku. I choć pierwsze plany narysowano w 1827 roku, prace przy zamku trwały aż do 1861 roku.



Wieża udatnie fałszowała swoją krótką historię, sąsiadując z niby renesansową resztą zameczku na wyspie. Pełniła też funkcję symboliczną, była atrybutem feudalnej władzy. No i przesuwała historię rodu w głębokie średniowiecze. Nieważne, że tylko fikcyjnie. W historię sięgały także kamienne elementy lapidaryjne, przeniesione z dawnego zamku w Kórniku. Elewacje zdobił u góry „obronny” krenelaż i obiegający dookoła budynek, dekoracyjny arkadkowy, ceglany fryz. Bryła była nieregularna. W załamaniu murów mieściła też w parterze przeszkloną werandę, żeby nie powiedzieć - prawdziwy zimowy ogród. Całość nie była większa niż współczesny dom. Ot, trzy wysokie pokoje na dole, w tym salon z okrągłym aneksem w wieży. A na piętrze, dwie niższe sypialnie z osobnym gabinetem.



Mimo kieszonkowej skali, nie była to tylko malownicza budowla parkowa do letniego użytku. Miała służyć jako wygodne całoroczne mieszkanie, z pomieszczeniami wyposażonymi w nowoczesne, jak na tamte czasy, piece i kominki. Tylko dojazd był nieco utrudniony. Trzeba się było przeprawiać łodzią z Trzebawia. Chyba, że zima była tęga, to można było saniami po lodzie.





Zameczek powstawał na przełomie 1824 i 1825 roku. Małżonkowie Potoccy nie pomieszkali sobie w nim długo. Na jesieni 1830 roku zobaczyli go po raz ostatni. Wyruszyli do powstania, a potem na emigracyjną tułaczkę. W formie ukończonej budowla przetrwała zaledwie 23 lata. Bowiem już w 1848 roku, w czasie Wiosny Ludów zniszczyli go Prusacy. W okolicznych lasach działali powstańczy partyzanci. Podejrzewano, że ich sztab ukrywa się w zameczku na wyspie, dlatego przyładowano weń w armaty. Tak symbolicznie skończył się romantyzm, a opisywany obiekt już nigdy nie został odbudowany. Pozostawiony sam sobie w formie malowniczej ruiny.



Po czasach krótkiej świetności został tylko wrażliwy rysunek Kajetana Wincentego Kielisińskiego, naszkicowany z łódki, zakotwiczonej na tafli jeziora. Praca powstała około 1840 roku. Wtedy to jej wszechstronnie utalentowany autor przyjechał na stałe do Kórnika i zaczął pracę jako bibliotekarz kórnickiej kolekcji książek.



Widok przez jezioro na malownicze ruiny docenił dopiero hitlerowski gauleiter Kraju Warty, Arthur Greiser. Na wysokiej skarpie jeziora Góreckiego wybudował okazały pałac, by z jego okien spoglądać sobie na romantyczne ruiny zameczku Potockich na wyspie.





Dziś na ruiny patrzy sobie dyrektor Wielkopolskiego Parku Narodowego, którego siedziba mieści się w pałacu Greisera. Nie przeszkadza mu wcale, że cenne mury dosłownie rozpadają się w oczach. Na widoku dyrekcji Parku, jakiś czas temu wykuto i ukradziono z głównej ściany zameczku cenne, bo renesansowe najpewniej, kamienne kartusze herbowe. Były sporych rozmiarów, wmurowano je z sześć metrów ponad ziemią. Złodzieje musieli więc mieć sporą łódź, drabinę, liny i dużo czasu na wykuwanie zabytkowych rzeźb. Na ścianie doskonale widocznej z pałacu dyrekcji Parku. Widocznie pracownicy byli tak zajęci, że niczego nie zauważyli.



Park Narodowy najbardziej dba o wysoki mur, zwieńczony tłuczonym szkłem, wokół swojej rezydencji. Bardziej niż poprzednicy, bo zamurowano nawet przejścia wzdłuż widokowej promenady i ciągle przedłuża się kończącą go palisadę, idącą głęboko w jezioro.



Nikt z pracowników Parku nie widzi też, że na wyspie właśnie dogorywają ostatnie stare drzewa. Dorzynane przez bobry. Te przemiłe zwierzątka, korzystając z całkowitej ochrony gatunkowej, robią w ścisłym rezerwacie na wyspie, co tylko chcą. Chronią naturę jeszcze lepiej niż minister Szyszko. Jakoś nikt nie zauważył, że w Wielkopolskim Parku Narodowym są gatunkiem inwazyjnym, nieobecnym w Wielkopolsce przynajmniej od 700 lat. Niedawno zameczek na wyspie widoczny był właściwie tylko zimą, przez bezlistne gałęzie. Pracowite bobry odsłoniły go już zupełnie. Jaki starodrzew rósł na wyspie, możemy sobie przeczytać w książkach.



W normalnych czasach, kiedy w jeziorze Góreckim można było się kąpać, pływałem na wyspę. Nie była to wyprawa dla każdego, bo to dobre kilkaset metrów. Dzisiaj można tam dotrzeć tylko zimą. Po lodzie. Można pieszo, można na łyżwach. Widziałem też kiedyś na tej trasie rowerzystę. Przez kierownicę miał przewieszone wyjące tranzystorowe radio. Był kompletnie pijany. Sunął, po gładkiej jak szkło lodowej powierzchni, niekoniecznie w linii prostej. Wewnętrzny żyroskop utrzymywał go w pionie, mimo znacznych wychyleń. Też chciał zwiedzić zameczek na wyspie.



Jeśli jeszcze tam nie byliście, musicie koniecznie się wybrać. Ale dopiero w następną zimę. I pod warunkiem, że będzie sroga, a lód gruby.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora
plany i rysunek zameczku pochodzą z książki Jana Skuratowicza Dwory i pałace w Wielkim Księstwie Poznańskim

[czytaj więcej i komentuj]

[23.02.2017, 23:04:23] Obszczymury w wolnym mieście

Są jak szczury. Grasują nocą. Kompulsywnie znaczą swoimi odchodami terytorium. Szczególnie samce. Prymitywne osobniki o małych mózgach, pozbawione kultury. Wyczulone na każdą czystą ścianę, odnowiony dom, przywrócone piękno zabytku. Tam fajdają z ogromną lubością.



Jak kiedyś analfabeci podpisywali się krzyżykiem, tak oni stawiają nierówne kulfony. Wyuczyli się z mozołem kilku liter. Każdy innych. Najbardziej opóźnieni w rozwoju potrafią zrobić zaledwie jakiś prosty znaczek. Tylko tym się od siebie różnią.



Mają instynkt stadny. Tam, gdzie jeden nafajda, zaraz pojawiają się inni. Rywalizują ze sobą, przekrzykują się gryzmołami, walą je jeden na drugim. Wlezą wszędzie, na wysokie ściany i na każdy dach, do każdego autobusu i tramwaju. Ryzyko to dla obszczymura sama radość.



Pozują na artystów. Roi się im, że uprawiają sztukę ulicy. Poronione dzieci street artu i graffiti. Są tagerami, bo zasyfiają wszystko wokół siebie tagami, nie jakimiś znaczkami przecież. Syf nazwany po angielsku ma urastać do rangi sztuki.



Nie ma w tym zaburzonym działaniu żadnej kreacji. Niczego twórczego. Absolutne zero pomysłów. Żadnej myśli. Proste zaspokajanie zwierzęcej potrzeby defekacji. Jest czysta ściana, to podnosimy łapkę i chlast.


pod tymi kamerami na narożniku Urzędu Miasta maluje się najlepiej

Oczywiście w każdej społeczności występują osobniki wyłamujące się z ogólnie przyjętych reguł społecznego współżycia. Ale po coś mamy pewien porządek prawny i instytucje powołane do jego przestrzegania. Jest straż miejska, policja, są sądy i prokuratura. No i mamy wszechobecny w mieście monitoring.





Zadziwia absolutna bezradność tego rozbudowanego systemu wobec małej grupki gówniarzy, którzy niszczą nasze pieczołowicie odnawiane miasto. Marnują nasze pieniądze. Odbierają chęć do upiększania otoczenia. Obojętnie co zrobimy, za chwilę pojawi się taki obszczymur i to zniszczy. I będzie się nam śmiał w oczy, bo co mu kto zrobi?





Oczywiście, historia zna wyjątki od tej reguły. Po latach żmudnej pracy dochodzeniowej zastępów policji, w 2012 roku ujęto osobnika o ksywie Pive. To znaczy, nagrał go na gorącym uczynku właściciel sklepu, któremu tenże osobnik zniszczył kilka razy wejście do lokalu. Policja nie była zainteresowana zatrzymaniem wandala, sugerując niską szkodliwość czynu. Dopiero, gdy sprawę nagłośniły media, sprawcę zatrzymano. Nisko szkodliwe czyny wyceniono na 230 tyś. złotych, bo Pive dodawał do farby kwasu.





Wnikliwy sąd analizował filmik grubo ponad rok. Przestępcy groziła kara do pięciu lat więzienia. Ale bidulek okazał się bezrobotnym i czuły na jego niedolę sędzia ukarał go grzywną w wysokości tysiąca złotych. Miał do tego naprawić szkody, które wyrządził. Ale z braku czasu zlecił to firmie malarskiej. Jakoś nie słyszałem, żeby sąd, z którego zakpił, odwiesił mu karę roku więzienia. A miał taki obowiązek, bo Pive swoje gryzmoły powinien był usunąć w ciągu trzech lat. Trzy lata minęły, a jego napisy łatwo znaleźć.





W lipcu 2013 roku w rękach policji znalazł się inny obszczymur, niejaki Potse. Tym razem sądowi nie chciało się zajmować jego sprawą i od razu przyjął propozycję kary, podaną przez przestępcę. Dziesięć miesięcy prac społecznych i trzy tysiące złotych dla wspólnoty mieszkaniowej zafajdanej kamienicy! Jednej kamienicy, bo tylko tego dotyczyła sprawa. Media zapowiadały kilkadziesiąt następnych spraw dotyczących Potse. Tylko, że o żadnej już nie usłyszeliśmy, a Potse znów zdążył zapaskudzić całe miasto.





Od tego czasu na froncie walki o czyste ściany nastała cisza. Choć ci, którzy niszczą nasze miasto, robią to na oczach wszystkich, nikt ich nie goni i nie łapie. Policja i straż miejska ma ważniejsze zadania. Trudno się oprzeć wrażeniu, że przez nieudolność tych służb, obszczymury mogą się czuć absolutnie bezkarni. Sądy też pokazały po czyjej stoją stronie.





Trzeba złożyć wielkie podziękowania wszystkim, toczącym nierówną walkę, właścicielom posesji. Nie poddawajcie się. Nie wypuszczajcie pędzli z rąk. Efekty waszej syzyfowej pracy są widoczne. Tylko dzięki wam zwycięstwo jest coraz bliżej.



Poznań czysty i piękny nie musi być mrzonką i wspomnieniem staruszków sprzed wojny. Takiego miasta chcemy i mamy prawo się domagać. To wcale nie takie trudne do osiągnięcia. Trzeba tylko chcieć i wypełniać swoje obowiązki. Zwłaszcza, że całe miasto wie, kto w nim paskudzi. Obszczymury się przecież podpisują i chwalą tym na lewo i prawo. Czy naprawdę musimy podawać ich nazwiska i adresy?

P.S. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez autora na Starym Mieście w Poznaniu.

Wojciech Hildebrandt

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2017 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego