[08.07.2018, 01:04:52] Wybuduję sobie zamek

Któż się tak nie bawił w piaskownicy? Wiaderko, łopatka i kupa piachu wystarczyły, by zbudować zamek z piasku. Zwykle z takich zabaw się wyrasta. A co się dzieje jeśli nie? Gdy dziecięce wizje ktoś dorósłszy realizuje potem w gigantycznej skali?



Historia polskiej architektury pisana jest zamkami i pałacami. Każdy ród, który chciał coś znaczyć w Rzeczypospolitej potrzebował godnej własnych ambicji rezydencji. Słynęły w Europie siedziby kresowych królewiąt. Do legendy przeszły te Podhorce Koniecpolskich, Sobieskich i Rzewuskich, czy Nieśwież Radziwiłłów. Jak długa i szeroka była Rzeczpospolita, tak toczyła się budowlana batalia kto ma wspanialszą siedzibę. To domy wyznaczały społeczną hierarchię. Chłop dostawiał ganek do swojej chałupy, zazdroszcząc zagrodowemu szlachcicowi. Właściciel zaścianka wstawiał pośrodku swego drewnianego dworu wysoki, murowany portyk, by pałac udawał. Często syn zostawiał starych rodziców we dworze, by obok pałac wystawić. Co z tego, że większość pokojów nigdy nie została zagospodarowana, zimą na głucho zamknięta i ciemna. Gdy na karnawałowy bal zjechali kuligiem sąsiedzi, było się czym pochwalić. Nic to, że cały tydzień wcześniej próbowano nagrzać wyziębione komnaty i w paradnej sali świec wetknięto w żyrandole sto razy więcej, niż używano ich na co dzień. Pałac nie był pałacowi równy, więc rosły magnatom w rezydencjach kolejne piętra, boczne skrzydła, oranżerie, ananasarnie,
limoniarnie. Stajnie z marmurowymi żłobami i lustrami i wodotryski w ogrodach. A co! Pokazać się i królom dorównać to był zadanie życia.



Skończyło to się jak skończyło. Szlak trafił Rzeczpospolitą i przyszła swoja kolej także na tych, co ją przehandlowali. Zaborcy skutecznie wyrównali w dół budowlane ambicje Polaków. Nie stało już nowych „małych Wersali”. Czasy rozbiorów to nie były czasy wielkiego budowania. I wojna światowa, a potem rewolucja na kresach wschodnich wielu pałacom i zamkom przyniosła zagładę. Po odzyskaniu niepodległości też nie wróciła dawna koniunktura na nowobogackie rezydencje. A pod koniec II wojny światowej Armia Czerwona z upodobaniem paliła i wysadzała w powietrze siedziby polskich panów. I tak zostało ich wiele. Nawet przybyło tysiące nowych pałaców i zamków, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, na Mazurach, Pomorzu, Ziemi Lubuskiej, Śląsku. Te przez ponad czterdzieści lat komunizmu, te ostatnie były obce podwójnie, nie dość że były symbolem znienawidzonej klasy bogaczy, to jeszcze były niemieckie aż do fundamentów. Szkopy sami uciekli, a polskich posiadaczy zamków i pałaców pogoniono pod pretekstem reformy rolnej. Wymyślono nawet zakaz zbliżania się do swoich dóbr na odległość mniejszą niż 30 km. I zaczęły się czasy bezlitosnej zemsty na zamkach i pałacach, które w niektórych regionach Polski trwają do dzisiaj.



Ostatnie rezydencje magnackie, czy siedziby najbogatszych przemysłowców, budowano na początku XX wieku, już tylko siła rozpędu historii. I wszystkim się wydawało, że to koniec ostateczny tej formy architektury. Nie sprzyjała im polityka i finanse. Po II wojnie zabrakło prawdziwych fortun, a żerujący na nieustających brakach wszelkich towarów dorobkiewicze, zwani prywaciarzami, skrzętnie ukrywali swoje majątki. Wszelkie wyróżnianie się tępione było przez socjalistyczne władze z całą bezwzględnością. A nowoczesność zdawała się prowadzić architekturę zupełnie w inną stronę. Wszyscy sądzili, że nieodwracalnie.



A tymczasem, po roku 1989 odzyskana wolność rykoszetem zaznaczyła się w naszej architekturze. Puściły sztywne i idiotyczne normy budowlane, zaczęły się też masowe wobec budowlanego prawa samowole. Wyszły z Polaków, dotychczas przyczajone najgorsze cechy, pieniactwo i warcholstwo. Szybko znalazła swoje odzwierciedlenie wśród szybko wzbogaconych nuworyszy staropolska zasada – zastaw się, a postaw. Postaw sobie zamek. A co! Kto bogatemu zabroni. A że żadnego sensu to nie ma, bo udawana obronność śmieszna tylko jest, to nic.



Nie tylko czasy się zmieniły. Kiedyś szlachetnie urodzona młódź kształciła się w Europie. Stamtąd czerpano wzory, sprowadzano architektów Włoch i Francji. Ziemianie sami znali się na architekturze i potrafili włączyć się w proces projektowania swoich rezydencji. Nie przypadkiem w programie nauczania dla szkół rycerskich, w drugiej połowie XVIII wieku widniał przedmiot architektura! A i historia sztuki miała swoje miejsce w kanonie edukacji człowieka wykształconego. A dzisiaj? Wiedzę o architekturze zastąpiły obrazki z internetu. A tam plastikowe zamki z Disneylandu wydają się ładniejsze od jakichś Wersali.



W tym powrocie do form dawno przebrzmiałych, w wolnej Polsce pierwsi byli Cyganie. Ich często niedokończone, potworne wille w stylu
barokko-rokokokko straszą przy wjeździe do wielu polskich miast. Cóż, niełatwo było przesiąść się z kolorowego, konnego wozu, do murowanej rezydencji. I nie przypadkiem widziałem wyelegantowaną cygańską rodzinę, warzącą strawę, przy ognisku, na łące przed własnym pałacem.



Polscy inwestorzy szybko poszli w ślady Romów. Żeby wymienić zamkopałac w Łapalicach na Kaszubach. Tam to cierpiący na przerost ambicji stolarz dostał pozwolenie na budowę domku o powierzchni 170 metrów kwadratowych, a z rozpędu wzniósł ich 5000. Miało być elegancko, z czystością formy i z przełamaniem standardów. Sam ochoczy zapał nie wystarczył, więc zachwyceni turyści tysiącami nawiedzają tę kuriozalną ruinę, upstrzoną dwunastoma wieżami.





Można też swoje chorobliwe ambicje zaspokoić inaczej. Jak w Bobolicach, w Jurze Krakowsko Częstochowskiej, gdzie właściciel malowniczych ruin, zabudował je jakby nigdy nic. I odtąd na wszystkich serwisach turystycznych pojawiały się zdjęcia nowego zabytku, który nigdy wcześniej tak nie wyglądał. Kto by się taki mi drobiazgami przejmował. Konserwator, swój człowiek, nie protestował, bezinteresownie oczywiście. A podochocony inwestor kupił już sąsiedni zamek w Mirze i cichutko naprawia mury. Hurrapatrioci z Warszawy zaczęli jawnie nawoływać do odbudowy wszystkich zamków kazimierzowskich. Co prawda bez podania źródeł finansowania, ale dla drukujących pieniądze to nie problem. Aż strach się bać.



Nie wszyscy wiedzą, że Wielkopolska ma w tej zamkowej rywalizacji wybitne osiągnięcia. Na zachód od Kościana, w Katarzyninie, od kilku lat trwa gigantyczna inwestycja. Na gołym polu wyrosło gmaszysko o czterech wieżach w narożnikach. Pośrodku głównej elewacji piętrzy się na kilka pięter ponad dach, ślepa, betonowa ściana. Ubogacona plastikowymi oknami. Niby jeden z zamków nad Loarą, ale bez Loary i bez całej ich historii. Albo nadmuchana do absurdu kopia pałacu w Tarcach, też w Wielkopolsce zresztą. Myślałby ktoś, że oto jesteśmy świadkami narodzin nowej siedziby magnackiej, jakiejś odhibernowanej książęcej rodziny. Nic z tego. To skromny właściciel hurtowni i paru sklepów, buduje dom weselny Cztery Wieże.



W utrzymanym w stylu klasycystycznym (sic!) obiekcie znajdować się będą 52 pokoje, dające łącznie 110 miejsc noclegowych. We wnętrzach hotelu mieścić się będą także dwie dwupoziomowe sale balowe z tarasami zewnętrznymi oraz dwie sale konferencyjne. Dzięki temu nowy hotel będzie miejscem, w którym organizowane będą zarówno wesela i okolicznościowe przyjęcia, jak i szkolenia, biznesowe spotkania oraz firmowe eventy. Dodatkowe goście do swojej dyspozycji będą mieli restaurację, bowling, bilard, basen, gabinety zabiegowe, kompleks saun oraz kort tenisowy.” Tyle zapowiada reklama nowego zamczyska, otwarcie wkrótce.



Na koniec mam sensację zamkową na pierwsze strony tabloidów. Pora odkryć tajemnicę budowanego w pełnej konspiracji zamku w Stobnicy, w Puszczy Nadnoteckiej, niedaleko Obrzycka. Wielka inwestycja prowadzona jest na wyspie położonej na zalewie. Całość ukryta w lesie, za wysokim płotem. Plotki mówią, że pracownicy budowlani mają zakaz mówienia o tej inwestycji, nie wolno jej fotografować, rekwiruje się nawet komórki wchodzącym na budowę.



Budynek stanowić będzie formę piętrzącej się bryły zwieńczonej dominantą, z 15 kondygnacjami w wariancie minimum, a 29 pięter w wariancie maksimum. „Na szerokiej bazie dolnej kondygnacji zaprojektowano zestaw brył piętrzących się w górę i stopniowo wytracających wysokość. Najwyższym akcentem będzie smukła dominanta. (…) Budynek zaprojektowano z płaskimi dachami-tarasami, (…) z dużą różnorodnością form: balkony, wykusze, nadwieszenia i prześwity.” Tak informuje dokument do którego dotarłem. Budynek ma mieć prawie 48 metrów wysokości w wariancie minimum, a 70m w maksimum. Przewidywane kominy kotłowni mają mieć skromne 40 metrów wysokości. Powierzchnia zabudowy to 10 lub 14 tys. m2.



Teren inwestycji znajduje się na chronionym obszarze Natura 2000 Puszcza Notecka, który z założenia wyklucza duże inwestycje budowlane. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie przeszkodziło to uchwalić planu, w którym akurat w tym miejscu, na pustkowiu, w lesie, przewidziano możliwość zabudowy wielorodzinnej. Cud prawdziwy. Podobnie zadziwia Raport o oddziaływaniu tej wielkiej inwestycji na środowisko. Jeden profesor i czterech doktorów, całym swoim autorytetem poparło te inwestycję. „Konstytucyjna zasada zrównoważonego rozwoju wymaga wzięcia pod uwagę nie tyle samych racji przyrodniczych – ale, rozsądnej równowagi pomiędzy racjami przyrodniczymi, społecznymi i gospodarczymi. W takim ujęciu zaniechanie inwestycji jest wariantem mniej korzystnym”

Naukowcy analizując możliwość rozbijania się ptaszków o ściany zamczyska, porównali nową inwestycje do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Zaraz jednak dodali, że ten warszawski jest wyższy. Oczywiście, zdaniem naukowców, wycięcie sosnowego lasu pod inwestycję nie przeszkadza przyrodzie. Wszyscy chcą nowego zamku. Czy tu ktoś kpi z prawa?

Nie. Po prostu wszyscy kochają zamki.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia z Łapalic, Bobolic wikipedia, ze Stobnicy wykop
pozostałe zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[30.06.2018, 17:30:31] Koniec Polski

Jest takie miejsce na koniuszku półwyspu helskiego, gdzie kończy się ląd, a zaczyna morze. Tu najbardziej spektakularnie czuje się, że tu kończy się Polska. Anna Odulińska, w swoim obronionym właśnie magisterskim projekcie dyplomowym, nadała temu miejscu piękną i wyszukaną formę.



Poznański Uniwersytet Artystyczny szeroko prezentuje prace swoich studentów. Ważnym wydarzeniem są doroczne wystawy dorobku wszystkich pracowni i pokazy najlepszych dyplomów. Niedawno uczelnia dała mieszkańcom Poznania okazję do spotkania z projektami dyplomowymi przyszłych architektów, w ciągle otwartych na sztukę przestrzeniach Starego Browaru. Podczas shoppingu trafić można było na obronę pracy magisterskiej i obejrzeć wystawę projektów dyplomowych całego wydziału. Niektóre z nich obowiązkowo powinni zobaczyć miejscy decydenci. Wprowadzały one świeże spojrzenie na kształtowanie miejskiej przestrzeni, prezentowały nowe sposoby myślenia o mieście. Pokazywały jak tworzyć miejsca przyjazne mieszkańcom. Z wizją i bez eliminującego rozsądek i myślenie gorsetu biurokracji. Te dwa światy, z jednej strony urzędników z ich paragrafami i dobrej architektury i urbanistyki z drugiej, rozjeżdżają się w realu coraz bardziej. Z tym większą przyjemnością oglądałem prace młodych architektów, którzy nie boją się ograniczeń i wierzą, że można zmieniać świat. Szkoda, że tylko na papierze i przez krótki moment prezentacji dyplomu. Bo niektóre projekty warte były szerokiego upowszechnienia i realizacji.



Tak jak wymieniona przeze mnie we wstępie praca magisterska Anny Odulińskiej, wykonana pod kierunkiem dr hab. inż. arch. Eugeniusza Skrzypczaka, o odstraszającym nieco tytule Centrum Poznawcze Procesów Depozycyjnych Morza Bałtyckiego. Czytając nazwę można by się spodziewać naukawego gmaszyska, jakiegoś pomnika geologii z dużą ilością piasku, co go to morze i wiatr namywa i wymywa. Nic bardziej błędnego.



Zakończenie półwyspu helskiego to miejsce wyjątkowe. Przez wiele lat broniło się przed turystycznym zalewem, bo była tu baza wojskowa i teren ten był prawie niedostępny dla zwykłych ludzi. Wyszło to na dobre i unikalnemu środowisku przyrodniczemu i tradycyjnej zabudowie kaszubskiego miasteczka. Czas obecny to gwałtowne zmiany, wymykające się spod kontroli dzikie inwestycje turystyczne i chaotyczny rozrost egzystujących tylko sezonowo obiektów. A już samo wysunięte w morze położenie tego miejsca naraża je na szybką erozję. Każdy sztorm zmienia linię brzegową. Na największe zniszczenia narażony jest fragment między portem morskim, a cyplem. Tu urywa się w pustkę nadmorska promenada. Znikają w bałaganie ostatnie zabudowania gospodarcze portu. I zaczyna się zdewastowana przez człowieka i naturę przestrzeń nazywana ładnie rezerwatem. Tu kończą się falochrony, a procesy erozji brzegowej są największe na spotkaniu wód wpływającej do morza Wisły i pływów oraz prądów otwierającego się w tym miejscu Bałtyku. I to tym właśnie, ważnym, a zapomnianym przez wszystkich miejscem, strefą buforową między miastem a rezerwatem, zajęła się w swoim projekcie młoda architektka.



Obiekt Centrum jest przedłużeniem głównej miejskiej promenady i jednocześnie swoistym falochronem zasłaniającym najbardziej narażoną na zniszczenie linię brzegową terenów cennych przyrodniczo. Dolna część zanurza się pod wodę, co pozwala odwiedzającym wejść w zaskakującą relację otaczającym ich morzem. Do obiektu wchodzi się długą, łagodnie opadającą rampą. Zejście unaocznia warstwy geologiczne przekroju linii brzegowej. Naturalne, kamienne i piaszczyste powierzchnie wprowadzają w przestrzenie ekspozycyjne. Będzie w nich miejsce na pokazanie specyficznej bałtyckiej flory i fauny. Będzie też można przyjrzeć się falom i ich oddziaływaniu jakby od wewnątrz. Obserwować przez przeszklenia i w wielkich szklanych cylindrach ich dynamikę, razem z szumem i efektami świetlnymi, które fale wywołują. Będzie też możliwość obserwacji morskiego dna, z całą jego zmiennością.



Górna część budynku wychodzi na spotkanie morzu ażurową, prostą w formie wieżą widokową i łączy się pośrodku z istniejącą kładką, prowadzącą do rezerwatu. Główna część obiektu kończy się właściwie panoramicznym molem. Z widokiem z jednej strony na Zatokę, a z drugiej na poszarpane wiatrem sosny rezerwatu. Wszystko to razem pozwoli w wyjątkowy sposób odczuć potęgę tego żywego i nieustannie zmiennego organizmu jakim jest Morze Bałtyckie.









Co ciekawe nie potrzeba do tego wielkiego oceanarium, ze sztuczną imitacją środowiska i plastikowymi stworami jak w spektakularnym obiekcie w niemieckim Stralsundzie. Autorka zaproponowała nam architekturę skromną, tak świetnie wpisaną w unikalny krajobraz, że prawie jej nie widać. Jej dolna część, w zależności od pogody zanurza się lub wynurza z morza. A górna pozwala morzu i piaskowi przepływać przez nią. A widz może uczestniczyć w tym prawdziwym spektaklu natury. Mamy tu do czynienia z przypadkiem, gdy dobra architektura staje się integralną częścią natury. I niepotrzebnie autorka projektu obawiała się jak będzie przyjęta przez komisję tak minimalistyczna forma obiektu, że za mało tu architektury.



Cóż żyjemy w czasach, gdy wielu wydaje się, że wielka architektura to tylko gigantyczne kubatury o schizofrenicznych formach. A figę! Małe jest piękne. Tak jak w przypadku tego projektu. Może stanie się cud i uda się go zrealizować? Serdecznie tego autorce i Helowi życzę.

Wojciech Hildebrandt

zdjęcia projektu Anna Odulińska
pozostałe zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[27.06.2018, 21:21:33] Nieme kino pełne muzyki

Zdawać by się mogło, że nieme kino to zamknięty rozdział kultury. W powszechnej świadomości trwa kilka tytułów, trochę filmików Chaplina i niewiele więcej. A polski, spory dorobek filmowy z tych czasów jest zupełnie zapomniany. Poznański muzyk i kompozytor Waldemar Rychły, znalazł sposób by tchnąć w niemy film nowe życie. Jego filmowe ilustracje muzyczne przywracają naszej kulturze istotny fragment narodowego dziedzictwa. Tego nie da się przecenić.



Epoka niemego kina trwała króciutko. Te nieco ponad trzydzieści lat rozwoju techniki filmowej zdefiniowało wszystkie zasady języka filmowego, które są aktualne do dzisiaj. Filmy nieme pozwalały na opowiadanie długich i skomplikowanych historii. Posługiwały się efektami specjalnymi, długimi ujęciami, istniał montaż równoległy i stosowano retrospekcję. No i nigdy nie oglądano ich w ciszy. Dźwięk towarzyszył im od samego początku, już na pierwszych pokazach braci Lumiere grał na sali pianista. Bywało, że projekcji towarzyszyła muzyka niewielkich zespołów muzycznych, dla których komponowano specjalne utwory. Z jednej strony ilustrowały one dźwiękonaśladowczo wydarzenia ekranowe, a z drugiej grały na emocjach, podnosząc dramatyzm wyświetlanych scen. Produkowano dla kin instrumenty organowe, które mogły imitować różne dźwięki, z odgłosami piorunów i pędzących koni włącznie. A czasem nawet zamawiano ilustracje muzyczne do filmów u sławnych kompozytorów.



Do tej zapomnianej nieco muzycznej tradycji komponowania i wykonywania na żywo muzyki do filmów niemych nawiązuje Waldemar Rychły. Ma on w swoim dorobku już kilka zilustrowanych, dużych pozycji filmowych. Żeby wymienić tylko takie filmy jak „Bartek zwycięzca”, „Ponad śnieg”, niemiecki „Golem”, czy rosyjskie „Szczęście”. Wyjątkowe miejsce w tym dorobku zajmuje „Cyganka Aza”. Film znany też pod tytułem swojego literackiego pierwowzoru, z jednej z najbardziej poczytnych, choć dziś zapomnianej powieści Ignacego Kraszewskiego „Chata za wsią”. Po swojej pierwszej publikacji w odcinkach, w połowie XIX wieku ta sentymentalna opowieść zrobiła furorę w Europie. Przetłumaczono ją na kilka języków, głównie słowiańskich. Gabriela Zapolska zmajstrowała z niej sztukę teatralną, Ignacy Paderewski użył motywów z tej powieści do swej opery „Manru”. Sfilmowano ją w Rosji i w Polsce.





Polska wersja „Cyganki Azy” została zrealizowana w Poznaniu, w 1926 roku w wytwórni Diana. Dzisiaj stolica Wielkopolski niewiele znaczy na filmowej mapie Polski. Może dlatego, że jest to jedyne wielkie polskie miasto bez wyższej szkoły filmowej, czy teatralnej. A mało kto wie, że przed wojną Poznań próbował skutecznie rywalizować w produkcji filmowej z Warszawą, Lwowem, czy Krakowem.



Tak pompatycznie zapowiadano to dzieło w krajowej prasie: „CYGANKA AZA”
Nowy wielki film polski. Wkrótce ożyje na ekranie „Chata za wsią”, znakomita powieść J. I. Kraszewskiego. Będzie to debiut wytwórni „DIANA-FILM” w Poznaniu (1926)/.../ Reżyserował Artur Twardyjewicz, który pracował dawniej w znanej rosyjskiej wytwórni Chażonkowa. Operatorów było dwóch: zdjęcia plenerowe wyk. Max Fassbender, dawny szef-operator „Ufy" Berlińskiej, wnętrza zaś nakręcał znany warszawski operator Albert Wywerka. Ciekawą nad wyraz osobliwością tego filmu jest międzynarodowa obsada ról i w ogóle współpraca przedstawicieli różnych krajów, istna wieża Babel w miniaturze! Główny operator-Niemiec, reżyser Polak, wśród gwiazd jedna Amerykanka i jedna Rumunka, wśród statystów - autentyczni Cyganie. A oto obsada głównych ról. Zacznijmy od mężczyzn. Rolę młodego cygana Tumry wykonał Władysław Bracki, b. artysta Teatru Szyfmana, obecnie Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Adamem jest Ziemowit Starski, b. partner słynnej Wiery Chołodnej, jeden z wykonawców świetnego filmu „Strzał”. Rolę Janka odtworzył Antoni Piekarski, świetny aktor charakterystyczny, pamiętny z filmów Biegańskiego „Zazdrość” i „Otchłań pokuty”, obecnie reżyser Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Starym chłopem Lepiukiem jest Arseniew, b. dyrektor Teatru Kameralnego w Moskwie i członek znakomitej trupy Stanisławskiego. Rolę lokaja wykonał Michał Melina, zdolny aktor charakterystyczny, zaś Aprasza - Chmielewski z teatru „Reduta".



A oto role kobiece. Urocza Kazimiera Skalska (obecnie pani Albrechtowa) odtworzyła rolę Motruny; cyganką Azą jest Irena Jedyńska, b. primabalerina teatru królewskiego w Madrycie, a potem Opery w Buenos Aires, obecnie primabalerina Teatru Wielkiego w Poznaniu, rodem warszawianka. W roli Jagi wystąpi Lydia de Rogossa b. artystka teatru królewskiego w Bukareszcie; w roli Fanny Wanda Jurkieczowa, b. artystka teatru krakowskiego, a Maryną będzie miss Tina Valen, autentyczna Amerykanka, b. artystka wytwórni „Metro Pictures”. Co za rozmaitość typów i ras! A jakie wdzięczne pole do porównań! Należy dodać, że przy nakręcaniu „Chaty za wsią” wynikały częste nieporozumienia językowe, na szczęście zażegnane pomyślniej, niż przy budowie biblijnej wieży.



Niektóre wnętrza naświetlono w pałacu hr. Żółtowskiego w Jarogniewicach pod Poznaniem, zdjęcia zaś plenerowe zostały wykonane w Ojcowie i koło Pieskowej Skały pod Krakowem, a więc w jednej z najbardziej malowniczych okolic naszego kraju. Tam zdarzył się pani Skalskiej niemiły wypadek: ukąsiła ją żmija; szczęściem, obeszło się bez groźniejszych następstw, dzięki lekom cygańskim, zaaplikowanym przez autentycznego wodza tych Nomadów, Józefa Kolompara, który uczestniczył w zdjęciach na czele watahy, złożonej z 30 osób”.



Podkreśliłbym udział w tym filmie genialnej polskiej tancerki Ireny Jedyńskiej. Profesjonalni tancerze znają to nazwisko, bo napisała ona aktualny do dzisiaj podręcznik „Tańczymy lepiej i piękniej”. Warto pamiętać o wielkiej primabalerinie poznańskiej opery z lat 1924-31. Irena Jedyńska jako nastolatka występowała w słynnym Baletts Russes w Paryżu, a potem w zespole Diagilewa objechała świat. W poznańskiej produkcji jedyny raz zagrała główną rolę filmową.





Właśnie tę polską wersję kinową „Cyganki Azy” miałem przyjemność oglądać w noc świętojańską, na plenerowym pokazie w Grodzisku Wielkopolskim. W wyjątkowo zimną, pierwszą noc tego lata. Projekcji tego niemego filmu, na wielkim, nadmuchiwanym ekranie, towarzyszyła grana na żywo, gorąca muzyka Waldemara Rychłego z zespołem.



Muzycy, okutani z zimna w polarowe koce, grali z zadziwiającą energią. Iskry zdawały się iść z fletów i gwizdków Joanny Zieleckiej. Płakały i śpiewały skrzypce Dominiki Dołżyńskiej. Wszystko to spowite w narastające, gęste rytmy gitarowe i zaskakujące efekty perkusyjne kompozytora Waldemara Rychłego. Nie wiem jakim sposobem nie zesztywniały muzykom palce, gdy temperatura spadła do 10 stopni. Muzycy zagrali z godną podziwu werwą. W każdym razie energia tej muzyki pozwoliła widzom zapomnieć o przenikliwym zimnie i przeżyć miłosną tragedię bohaterów filmu. I wzruszyć się tak samo jak prawie sto lat temu wzruszali się pierwsi widzowie.







Wykonywana na żywo muzyka podniosła jeszcze wyrazistą ekspresję mimiki i gestów aktorów. A nie była to tylko nastrojowa ilustracja dźwiękowa. Kompozytor sięgnął do autentycznych dokumentów muzycznych z epoki powstania powieści Kraszewskiego i miejsc, gdzie toczyła się akcja dzieła. Do folkloru wołyńskiego, zapisanego w 36 tomie Oskara Kolberga i tradycyjnych motywów muzyki cygańskiej. W filmie pokazane jest spotkanie trzech światów, świata ziemiaństwa i arystokracji, biednej wsi wołyńskiej w zderzeniu z żywiołem cygańskiego taboru. Każdy z tych fabularnych wątków znalazł swoje muzyczne odzwierciedlenie. Począwszy od bałkańskich wręcz motywów folkloru cygańskiego, rytmów pełnych wolności i swoistego szaleństwa, otwartych i pełnych szerokiego oddechu oraz powietrza. Przeplatają się te wątki z tradycyjnymi polskimi melodiami ludowymi, gęstymi od kolorów i nostalgii. A od czasu do czasu do czasu wkradały się w muzyczną opowieść poważne i spokojne nuty dworskie.



W ciemności zimnej nocy pełna folkowego temperamentu muzyka wypełniła przestrzeń wokół nas szczelnie i intensywnie. I urwała się w ciszę nagle, tak jak urywa się film. Ostatnie jego sceny nie zachowały się bowiem i filmowy dramat pozostał w niepokojącym zawieszeniu. Parafrazując słowa Mickiewicza – wszystkim się zdawało, że Rychły wciąż gra jeszcze... a to echo grało.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora
korzystałem z materiałów Waldemara Rychłego

[czytaj więcej i komentuj]

[20.06.2018, 21:11:33] Oddajcie skarby z Gołuchowa

„Na zamku w Gołuchowie w powiecie pleszewskim umieściłam zbiór dzieł sztuki różnego rodzaju, które zbierałam w długim lat szeregu. Życzeniem jest moim, aby te dzieła sztuki się nie rozproszyły i aby zbiór ten zachował się pełny i cały po wsze czasy” Tak dobitnie zapisała w statucie utworzonej przez siebie, rodzinnej ordynacji Izabela z Czartoryskich Działyńska.



I dodała jeszcze „ Spodziewam się, że zbiór powyższy ogółowi pożytek przyniesie, wywołując i podnosząc upodobanie do sztuki i zmysł piękna; oglądanie tych zbiorów ma być dostępne dla każdego”. Spadkobiercy, aż do 1939 roku szanowali wolę fundatorki. Niestety najwspanialsza wielkopolska kolekcja dzieł sztuki, uszczuplona w czasie wojny, pozostaje od tego czasu ciągle porozrzucana po muzeach i magazynach w różnych miejscach.



Izabela Elżbieta Maria Teresa Emanuela Anna Zofia z Xiążąt Czartoryskich Działyńska pasję kolekcjonerską miała w genach. Jej babka, też Izabela z Flemingów Czartoryska, była twórczynią znakomitego muzeum w Puławach. Jej ojcem był książę Adam Jerzy Czartoryski, przywódca polskiej emigracji w Paryżu. Uciekł on z Królestwa Polskiego po klęsce Powstania Listopadowego i konfiskacie majątku przez carskie władze. Razem z nich wyjechała trzyletnia Izabela. Zamieszkali w Hotelu Lambert. Młodziutka księżniczka wychowywała się w światowej stolicy kultury, odebrała staranne wykształcenie, uczyła się też rysunku, malarstwa i rzeźby. Kochała sztukę i wcześnie zaczęła zbierać piękne rysunki i grafiki.



W roku 1857, w wieku lat 27 poślubiła hrabiego Jana Kantego Działyńskiego, właściciela Kórnika i Gołuchowa, też wielkiego kolekcjonera. Państwo młodzi wrócili zamieszkali w Wielkim Księstwie Poznańskim, w zaborze pruskim. Tu Izabela zamieniła opuszczony i zrujnowany zamek w Gołuchowie w swój ziemski raj. Nie od razu, bo skomplikowana przebudowa, prowadzona we współpracy z najlepszymi francuskimi architektami, ze słynnym konserwatorem średniowiecznych budowli, Eugène Viollet-le-Duc na czele, trwała kilkadziesiąt lat. Ale to sama Działyńska była prawdziwym autorem wielkiego założenia pałacowego, z dawnym zamkiem, oficyną mieszkalną i ponad stuhektarowym parkiem. Wraz ze wspaniałą kolekcją dzieł sztuki było to dzieło jej życia. Nie mając dzieci poświęciła się mu bezgranicznie.



Przebudowa gołuchowskiego zamku miała na celu przystosowanie go do funkcji muzealnych. I choć liczne gabloty wzorowano na tych w Louvrze, nie miało to być zwykłe muzeum. To miała być prawdziwa świątynia sztuki. Żadne tam minimalistyczne puste ściany i tabliczki „nie siadać”, „nie dotykać”. Nawet architektura pełna była zabytkowych detali, przywiezionych z Włoch i Francji i współczesnych dekoracji, wzorowanych na najwspanialszych, francuskich realizacjach pałacowych. W końcu rozległe wnętrza miały pomieścić jedną z najwspanialszych kolekcji sztuki XIX wiecznej Europy.







Zbiór był bardzo liczny i różnorodny. Począwszy od zabytków starożytnych, egipskich, greckich i rzymskich. Wśród nich wyjątkowa w skali światowej kolekcja „wazonów greckich” jak hrabia Działyński nazywał greckie naczynia ceramiczne. Było ich ponad 260, różnych rozmiarów i kształtów.



Jak pisał o nich dawno temu zachwycony Marian Sokołowski „Są to wielkie amfory, tak zwane hydrye, stamnosy, oxybaphony, kylixy, oenochoe, lekythosy, rytony i inne, o najrozmaitszych nazwiskach, do których brzmienia sama ich piękność każe się przyzwyczaić. Możemy na nich śledzić nieledwie cały rozwój tej sztuki, od najdawniejszych czasów, od epoki geometrycznej czy też orientalno-zwierzęcej idąc, przez czasy czarnych figur na czerwonym tle, do czerwonych na czarnym, czyli do najświetniejszego i artystycznie najpiękniejszego. (…) Niektóre z tych naczyń, pokryte bachicznymi i ofiarnymi scenami, są tak w przedstawieniach swoich pełne religijnego nastroju i tej idealnej zadumy w rysach i ruchach postaci, że przypominają najpiękniejsze grupy fryzu Fidiasza w ateńskim Partenonie. (…) W znacznej ich części uderzają przede wszystkim te lekkie, pełne gracji i życia, a tak młodzieńcze, tak znamionujące czas i epokę, sceny porwania...” Dzisiejszy widz nie zna już tych greckich słów, małe ma pojęcie o mitologii, ale na pewno zachwyci się lekkim, mistrzowskim rysunkiem dekoracji naczyń, którego siła nie zestarzeje się nigdy. Obok waz starożytnych prezentowane były też urny z wykopalisk prowadzonych przez Działyńskiego w okolicy Gołuchowa.





Ważna częścią kolekcji, ukrytą na co dzień w wielkich szufladach biblioteki, był liczący ponad osiem tysięcy sztuk zbiór szkiców, rysunków i rycin. Wśród nich ponad sto było autorstwa Albrechta Dürera, z cykli poświęconych Życiu Marii, Pasji i Apokalipsy. Były też dzieła Lucasa Cranacha. Wiele grafik przedstawiało polskie motywy patriotyczne, portrety królów, sławne bitwy, wielkich ludzi i zwyczajne sylwetki polskich wojaków. Z czasów wielkiej chwały Rzeczpospolitej.





Były też w kolekcji eksponowane były gobeliny, jedwabne pasy szlacheckie, rzędy końskie, zbroje i biała broń. Pokazywane w towarzystwie portretów królów i magnatów. Ze szczególnym uwzględnieniem rodu Leszczyńskich, dawnych właścicieli Gołuchowa i Czartoryskich, aspirujących do równie wysoko w przyszłej, wymarzonej i oczekiwanej, odrodzonej Polsce.





Osobno pokazywano setki małych płytek pokrytych emalią, średniowieczne relikwiarze i sprzęty liturgiczne, weneckie szkło, wyroby z kości słoniowej i ceramikę oraz przedmioty ze srebra i złota. Oprócz licznych obrazów dawnych mistrzów malarskich, z portretem infantki przypisywanym Velazquezowi były też rzeźby z różnych epok. Od starożytnych posągów, kolumn i sarkofagów, po średniowieczne i renesansowe madonny. Zamkowe wnętrza wypełniały liczne zabytkowe meble. Dodać do tego należy wspaniałe, autentyczne kominki, przeniesione tu z całej Europy, mozaiki ścienne, boazerie, kamienne i drewniane portale. Nawet na elewacjach wmurowane były historyczne, kamienne detale.



Gołuchowska kolekcja była przedmiotem dumy Wielkopolan. Mimo chłodnego charakteru fundatorki ceniono jej dorobek kolekcjonerski i jego udostępnienie dla wszystkich. Muzeum w Gołuchowie dawało możliwość bezpośredniego obcowania z dziełami wielkich cywilizacji, w całym przekroju historii sztuki zachodniej. Było tez znane i doceniana na świecie, choćby przez liczne publikacje. Budziło zainteresowanie nie tylko zwiedzających i publiczności. Nic też dziwnego, że już w czasie I wojny światowej, właściciele wywieźli kolekcję do Drezna. Gołuchów leżał w pobliżu granicy rosyjskiej i obawiano się rabunku ze strony wojsk rosyjskich.



Podobnie, w przededniu II wojny, księżna Ludwika Czartoryska zabezpieczyła część zbiorów, wywożąc je do Warszawy i zamurowując je tam, w piwnicach swojego pałacu. Część, zwłaszcza wyroby złotnicze ukryto w pałacu w Sieniawie. Reszta, zapakowana w stalowe skrzynie pozostała w Gołuchowie. Tak zastali je niemieccy okupanci. Kulturalni, fantastycznie wykształceni niemieccy historycy sztuki i wyrachowani złodzieje w jednym, zjawili się w gołuchowskim muzeum już w grudniu 1939 roku. Profesor K.H.Clasen zarządził tymczasowe otwarcie muzeum. Pod nazwą Heimat-Museum działało ono do wiosny 1940 roku. Potem wywieziono zbiory do Poznania. Najpierw składowano je w jednym z pawilonów targowych, a potem w poznańskiej katedrze. W maju 1942 roku zabezpieczono je w muzealnym schronie.



W międzyczasie Niemcy znaleźli też skrzynie z zabytkami ukryte w Warszawie. Oficjalnie, wobec odmowy współpracy przez księżną Czartoryską, zbiory zostały zarekwirowane w styczniu 1943 roku. Ukryto je przed nadchodzącym frontem w kilku miejscach na terenie Rzeszy. Krótko po wojnie większość zrabowali Rosjanie i wywieźli do leningradzkiego Ermitażu. Część zbiorów znaleziona w austriackim zamku Fischhorn wróciła do Polski w 1946 roku. Były to gobeliny, pasy kontuszowe, emalie, przedmioty z kości słoniowej, ceramika i 10 albumów z grafikami. W tymże roku Związek Radziecki oddał część zbiorów graficznych i kolekcję obrazów. W roku 1956 Rosjanie oddali kolekcję greckich waz, zbiór włoskiej ceramiki i resztę zbiorów graficznych.



Ocalała znaczna większość obiektów z kolekcji gołuchowskiej. To prawie cud. Mimo strat przedmiotów zrabowanych na własne konto przez niemieckich historyków sztuki, którzy potem handlowali nimi w berlińskich antykwariatach. I pomimo zaginięcia niektórych zabytków przechowywanych w Warszawie. Rosjanie też nie oddali wszystkiego. Trochę przepadło tez na miejscu w Gołuchowie. Najpierw jak przewalał się tu front. Potem, gdy wojsko polskie urządziło z zamku szpital dla wenerycznie chorych i rąbano wyposażenie na opał, a także potem, gdy był tu magazyn zboża.





Ale historia gołuchowskiej kolekcji czeka dopiero na happy end. Bo tylko niewielka część zbiorów wróciła do Gołuchowa. Zbiory odzyskane po wojnie zostały zagarnięte bezprawnie przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Dostały się też do Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu. Przy aktywnym udziale wybitnego warszawskiego historyka sztuki, profesora Lorenza. On też w czasie okupacji, jako dyrektor warszawskiego muzeum, współpracował z Niemcami przy zabezpieczaniu ukrytej w Warszawie części zbiorów. A zaraz po wojnie przyjechał do Gołuchowa, jako dyrektor departamentu w ministerstwie kultury, by sprawdzić, co tam można jeszcze wyrwać i wywieźć.





Dzisiaj gospodarzem w gołuchowskich włościach jest poznańskie Muzeum Narodowe. Po wykupieniu całej nieruchomości przez ministra dziedzictwa narodowego, za 20 milionów złotych, od fundacji rodziny Czartoryskich. Rodziny, która już dawno zapomniała o patriotycznej misji swoich przodków. Muzeum Narodowe, jako prawowity, prawny opiekun kolekcji gołuchowskiej, przypomniało właśnie piękną wystawą postać jej twórczyni, Izabeli Działyńskiej. I skomplikowane losy jej rodziny.



Możemy też zobaczyć na własne oczy wyjątkowe fragmenty kolekcji. W większości z własnych, gołuchowskich ekspozycji i poznańskich magazynów. Pierwszy raz od prawie 80 lat można je oglądać razem z gołuchowskimi eksponatami z Muzeum Narodowego w Warszawie, Krakowie i Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu. Niestety zagarnięte przez te muzea po wojnie dzieła sztuki nie wrócą jeszcze do Gołuchowa. A tylko tam jest ich miejsce, zapisane ręką fundatorki.



Ta świetnie zaaranżowana wystawa nie pokazuje nawet jednego promila gołuchowskiej kolekcji. Ale nawet ta niewielka jej część zaskakuje swoją klasa i zachwyca. Mamy rzadką okazję zobaczyć nigdy nie pokazywane, stare grafiki. Wzruszył mnie mały miedzioryt z madonną i dzieciątkiem Barthela Behama sprzed 1540 roku i polscy jeźdźcy Stefano della Belli. Podobnie jak rysowane cudowną, syntetyczną kreską postacie i konie na greckich wazach oraz pięknie malowany, renesansowy sekretarzyk i egipski naszyjnik o kolorach tak świeżych, jakby zrobiony był wczoraj. Zauroczył mnie też nieduży portret metresy francuskiego króla, o szyi okolonej kryzą i oczach pełnych niepokojącym spojrzeniu. Polecam.



Tylko należy żałować, że wystawie nie towarzyszy katalog. Prezentowanie takiej wyjątkowej ekspozycji bez katalogu jest niepoważne. Nie da się też czytać większości napisów pod eksponatami. Naklejone na przezroczystych płytkach rzucają cień, który nakłada się na napis. Można stracić oczy. Zawsze można przeoczyć jakąś literówkę, można napisać przypadkiem, na drzewie genealogicznym zaraz przy wejściu, że któraś z babek Izabeli pochodziła z rodu Morszynów, zamiast Morsztynów. To się może każdemu zdarzyć. Tylko nie rozumiem, dlaczego przez tydzień po zwróceniu na to uwagi pracownicy Muzeum, nie można było dokleić jednej literki. Na szczęście takie drobiazgi nie umniejszają rangi tej wystawy.



Życie sztuką. Gołuchów Izabeli z Czartoryskich Działyńskiej. Wystawę można oglądać od 27 maja do 19 sierpnia 2018 roku w głównej siedzibie Muzeum Narodowego w Poznaniu, przy alejach Marcinkowskiego. Wielkopolska ma obowiązek walczyć o zwrot swojego gołuchowskiego dziedzictwa. Prędzej, czy później to musi nastąpić. Ta wystawa nam wszystkim o tym przypomina.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora
w tekście korzystałem z informacji ze świetnej monografii Gołuchów pióra Róży Kąsinowskiej

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego