[16.04.2017, 18:49:03] A zasłona rozdarła się...

Wszyscy znają te słowa? Stało się to w najważniejszym momencie Ewangelii. W kulminacji wszystkich wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym: „Jezus, zawoławszy donośnym głosem, skonał. Wtedy zasłona w świątyni rozdarła się na dwie części - od góry aż do dołu”. To samo znajdziemy u świętego Marka i Mateusza. Najbardziej namacalny, obok trzęsienia ziemi, pękających skał i ciemności, materialny znak śmierci Chrystusa.



I dzisiaj wydarzeniu temu przypisuje się wiele znaczeń. Do świątyni wstęp mieli tylko kapłani. A do jej części najświętszej tylko arcykapłan, jedynie raz w roku. Przez swoją śmierć Chrystus otworzył świątynię dla wszystkich, którzy uwierzyli w to, co dokonało się na krzyżu. Rozdarcie zasłony jest symbolicznym końcem starotestamentowego Kościoła, upadku kultu Starego Prawa i otwarciem na oścież dostępu do Boga - dla każdego. Boża obecność wyszła z zamkniętej czeluści świątyni, jak po symbolicznym rozdarciu szat przez Ojca po śmierci Syna. Bóg jest wszędzie.





Świątynia jerozolimska miała dwie zasłony. Zewnętrzna wisiała u wejścia do gmachu. Ta druga, najważniejsza, oddzielała miejsce najświętsze, kryjące Arkę Przymierza. Jej powstanie szczegółowo opisuje Księga Wyjścia - Pan nakazał Mojżeszowi: „Zrobisz też zasłonę z fioletowej i czerwonej purpury, z karmazynu i z kręconego bisioru, z cherubami wyhaftowanymi przez biegłego tkacza. I zawiesisz ją na czterech słupach z drzewa akacjowego, pokrytych złotem. Haczyki do zasłony będą ze złota, a cztery podstawy ze srebra. Powiesisz zaś zasłonę na kółkach i umieścisz wewnątrz poza zasłoną Arkę Świadectwa, i będzie oddzielała zasłona Miejsce Święte od Najświętszego”. Użyto najcenniejszych materiałów, złota i srebra, najdroższych barwników, fioletu, purpury i karmazynu. I utkano ją z najcenniejszej w całej historii tkaniny, bisioru. Niesłychanie cienkiego, lśniącego złociście i przepuszczającego światło. Tę wyjątkowo wytrzymałą tkaninę wykonywano z nitkowatej wydzieliny wielkich małży, żyjących na dnie Morza Śródziemnego. Służyła do przymocowywania muszli do podłoża.







Zasłona w jerozolimskiej świątyni była ogromna. Józef Flawiusz podaje, że przedstawiono na niej wizerunek całego sklepienia niebieskiego. W apokryficznej Protoewangelii Jakuba z 2 połowy II wieku napotykamy taki oto opis „ Zebrała się rada kapłanów i mówili: Uczyńmy zasłonę dla świątyni Pańskiej. I rzekł kapłan: Zwołajcie do mnie dziewice, które są bez skazy, z pokolenia Dawida. I odeszli słudzy, i szukali, i znaleźli siedem. I przypomniał sobie kapłan o dzieweczce Maryi, że ona jest z pokolenia Dawida i bez skazy przed Bogiem. I słudzy odeszli i przyprowadzili ją. I wprowadzili ją do świątyni Pana. I rzekł kapłan: Ciągnijcie tu losy, która będzie przędła złoto, i azbest, i len, i jedwab, błękit i szkarłat, i prawdziwą purpurę. Maryja wylosowała prawdziwą purpurę i szkarłat. I wziąwszy je, odeszła do swego domu. W owym czasie zaniemówił Zachariasz i zastępował go Samuel aż do chwili, gdy Zachariasz znów odzyskał mowę. A Maryja wziąwszy szkarłat, zaczęła prząść”.





W pierwszych wiekach chrześcijaństwa zastanawiano się nad znaczeniem motywu rozdarcia świątynnej zasłony. Tertulian w dziele Przeciw Marcjanowi stwierdza, że zasłona świątyni rozdarła się na dwoje z tego powodu, że cherubiny, które strzegły miejsca Świętego, opuściły świątynię. Bo prawdziwą świątynią stało się ciało Chrystusa. Św. Hieronim pisze, że Bóg posłał swego anioła, aby rozdzielił zasłonę przybytku. A Grzegorz z Nazjanzu w swojej mowie wygłoszonej w 380 r. w Konstantynopolu, określił rozdartą zasłonę jako „tajemnicze drzwi do niebios”. Cyryl Jerozolimski, pod koniec IV wieku uzasadniał, że ponieważ podczas śmierci Jezusa jego ciało, które osłaniało boską naturę, zostało zbezczeszczone, zewnętrznym znakiem tego było zniszczenie zasłony świątynnej, za którą mieszkała boska obecność. Św. Ambroży uznał rozdarcie zasłony za jeden ze znaków obecności Boga w Chrystusie. Św. Augustyn wyjaśniał, że za zasłoną przybytku ukrywała się Boża sprawiedliwość, pochodząca z wiary. Leon Wielki widział w rozdarciu zasłony oddzielającej Miejsce Najświętsze od pozostałej przestrzeni świątyni, symbol potrójnego przejścia: od Prawa do Ewangelii, od Synagogi do Kościoła i od wielu ofiar Starego Przymierza do jednej ofiary Jezusa Chrystusa.



Wobec wizualnej siły i wyrazistości tego biblijnego wydarzenia, dziwi niezmiernie pomijanie go, w przebogatej przecie, ikonografii związanej z męką i śmiercią Chrystusa. W wielomilionowym zbiorze scen pasyjnych nie było miejsca na scenę rozdarcia zasłony. Może antropomorficzne, pełne okrucieństw, cierpienia i krwi, przedstawienia ofiary bardziej przemawiały do wiernych? Wiele z nich nawet nie pokrywało się z zapisem biblijnym. Inne, jak scena zmartwychwstania, były ilustrowane, mimo że umknęły opisowi ewangelistów.



Tym bardziej zachwyca dzieło stworzone na czas Wielkiej Nocy przez Pawła Napierałę w poznańskim kościele jezuitów. Wielka zasłona przedzielająca wnętrze świątyni na całej wysokości, między prezbiterium, a nawą główną. Monumentalna instalacja nosząca nazwę Acceptatio/spotkanie. Chciałoby się rzec spiritus, laboris et crucis acceptatio. Spotkanie starego i nowego porządku, czasu minionego i nadchodzącej przyszłości. Przez rozdartą zasłonę.



A ta jest niezwykła. Absolutne zaprzeczenie perfekcyjnych, barokowych, białych, gipsowych dekoracji ścian kościoła wokół. Zwielokrotnionych gzymsów trzymanych krótko w ryzach geometrii wykreślnej. Unosząca się w powietrzu płachta zasłony, zdaje się wymykać prawom fizyki. Bura, umęczona, postrzępiona, jakby nadpalona u brzegów, nadwątlona w swym wiekowym trwaniu. Trochę jak sukno turyńskiego całunu, a może lśniąca, wyprawiona na gładko skóra przedpotopowej bestii? O bogatej, pomarszczonej fakturze, przepuszczająca światło.





Ale nie blady poblask stanowi o dramatyzmie tego dzieła. Jego kwintesencją jest laserowy strzał światła, rozrywający kurtynę wąską, mieniącą się pryzmatycznie kreską pośrodku. Jak boskie światło przeszywające świątynną zasłonę jerozolimską. Światło - synonim Boga. W przyciemnionym wnętrzu kościoła robi to piorunujące wrażenie. To nie tani efekt nowoczesnej technologii z użyciem rzutnika. Nic bardziej mylnego.



W cichym wnętrzu niezbyt często odwiedzanego, trochę niedocenianego, poznańskiego kościoła, możemy oglądać wybitne dzieło sztuki abstrakcyjnej. Zaskakujący i spektakularny przykład, że sztuka współczesna może nieść głęboki, filozoficzny przekaz. Być źródłem refleksji. Jakże innej od rozchwytywanych w mediach, krzyczących modnie Pańskich Grobów - z wojennymi zdjęciami, legowiskami bezdomnych, czy fruwającymi, wypchanymi ubraniami. Taka publicystyka pod publikę. U jezuitów mamy do czynienia z prawdziwym dziełem sztuki. Niełatwym w odbiorze, może wymagającym komentarza i wiedzy teologicznej. To trudne. Łatwiej ulokować świętą figurę w dziurze z pogniecionego papieru pakowego i ustawić kwiatki.



Tym bardziej docenić trzeba ten wyjątkowy eksperyment artystyczny, podjęty odważnie na gruncie sztuki religijnie zaangażowanej i to we wnętrzu świątyni katolickiej. Po dawnych mistrzach tej sztuki ślad zaginął. W naszych czasach to królestwo kiczowatych, pokolorowanych, gipsowych obrazów w 3 D. Pełnych wychodzących ze ścian, tęczowych promieni z betonu i prześlicznych wizerunków o mrugających, niebieskich oczach. Dosłownych i prostackich.





Docenić należy wielką rolę mecenasów poznańskiej zasłony, jezuitów. W poznańskim Kościele, od wielu już lat pełnią oni wybitną rolę w kreowaniu i prezentowaniu sztuki dużej i całkiem małej. Od prowadzenia warsztatów artystycznych z pisania ikon i gotyckiej kaligrafii, po prowadzenie ambitnej, ważnej w skali Polski, Galerii U Jezuitów. Ojcowie jezuici nie dbają o poklask i podejmują wiele działań w obszarze kultury. Są bardzo ważną instytucją na kulturalnej mapie Wielkopolski. To nie do przecenienia. Dzięki!



Gratulacje należą się też autorowi wielkanocnej instalacji. Czuję, jak niewystarczająca jest ta nazwa, kojarząca się z przypadkowym zbiorem przedmiotów, którym autor usiłuje narzucić rolę dzieła sztuki. Ale praca Pawła Napierały to dużo więcej niż obraz. Wszechstronnie wykształcony twórca tego sakralnego dzieła niedawno miał wystawę swoich prac, właśnie w Galerii U Jezuitów. Ma umiejętności godne mistrzów renesansu - jest malarzem, historykiem sztuki i konserwatorem. Na co dzień pracuje w poznańskim Muzeum Narodowym, w pracowni konserwacji malarstwa i rzeźby polichromowanej.



W Wielki Piątek nie widziałem w kościele jezuitów tłumów. Szkoda. Nie codziennie w naszym mieście dzieje się wielka sztuka. O randze wykraczającej poza polski ogródek. Przesadzam? Możesz jeszcze sprawdzić. Zasłona spadnie dopiero po 23 kwietnia. Biegnij!

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[10.04.2017, 14:15:44] Figurama - ludzki dramat

Wrzuciłem w wyszukiwarkę hasło Figurama. „Figura ma nowego faceta!”, centrum fitnessu w Manilii, klinika medycyny estetycznej w Puerto Rico... nie, nie, nie. Nie o to mi chodziło. Wreszcie mam – Stary Browar i Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu zapraszają do podziwiania niezwykłości ludzkiego ciała... Do tego rubaszny plakat z ludzikiem.



I jeszcze data i miejsce. Miejsce to Słodownia w Starym Browarze i nowe Atrium Uniwersytetu Artystycznego. Wystawa czynna do 20 kwietnia. Wielka przestrzeń i wielki temat w sztuce – człowiek. Nie, nie ma żadnej niezwykłości, żadnej tam baby z brodą, choć sam Ribera poświęcił jej wspaniały obraz. Rozczarowani będą też poszukiwacze figlarnego seksu. Nic z tych rzeczy. Nikt tu nie robi sobie jaj. Po prostu wielki pokaz prac studenckich, poświęconych ludzkiej postaci. Tylko tyle i aż tyle.





Figurama to międzynarodowa konfrontacja artystyczna o wieloletniej już tradycji. Zapoczątkowana w 2001 roku przez czeskich pedagogów, profesorów Karela Pokornego z Wydziału Architektury Uniwersytetu Technologicznego w Brnie oraz Borisa Jirků z Akademii Sztuki, Architektury i Designu w Pradze. W kolejnych latach dołączały do imprezy następne uczelnie z Czech, Słowacji, Niemiec, Polski, Węgier, Hiszpanii, USA, Korei, Austrii, Słowenii i Japonii.





Na tegorocznej poznańskiej wystawie organizatorzy pokazali szeroką prezentację obrazów studentów z Poznania, z Brna, Usti nad Łabą, Pardubic, Ostravy, Pilzna, Pragi, Katowic i Budapesztu. Zapowiedzianych prac z Niemiec nie znalazłem, ale za to ucieszyły mnie rysunki z Węgier, których zapomniano wymienić w zapowiedziach.

Nie potwierdziła się też informacja, że "wystawa ma charakter płynny". Żadnego lania wody nie stwierdziłem




świetne węgierskie studium anatomiczne


Gyula Funtak, najmniejsza, ale wielka praca jak domyślam się węgierskiego pedagoga



Wielkie słowo w rozwoju cywilizacji, jakim jest humanizm, miało zawsze swoje odzwierciedlenie w sztuce. Człowiek był osią artystycznej edukacji na pierwszych nowożytnych Akademiach, w Rzymie, Madrycie i Paryżu. Artystów rysujących i malujących postacie uważano za wielkich, a tych od martwych natur na przykład, za gorszy sort. Latami studiowano antyczne rzeźby i malarskie dzieła mistrzów renesansu. Studium z natury, z żywego modela, było podstawą artystycznego warsztatu.


piękny rysunek Agaty Strażyńskiej

Cytując Tadeusza Borutę: „Szczególnie ciało ludzkie, jego pełne harmonii kształty, było obiektem sztuki. Towarzyszyła temu wiara, że przez studiowanie pięknych kształtów ukazuje nam się piękno duszy, a ta odsłania prawdę o boskiej harmonii sfer. Celem sztuki było więc dotarcie do odwiecznej niezmiernej prawdy, transcendentnej wobec rzeczywistości, ale w niej, poprzez piękno, odciskającej się. Estetyka klasyczna dawała stosunkowo mocny fundament, który pozwalał zarówno definiować przedmiot twórczości, jak i wydawać sądy wartościujące. (…) Przetrwała ona w nauczaniu artystycznym niemal do początku dwudziestego wieku”.





Jakieś sto lat temu, antyczna jeszcze triada prawdy, dobra i piękna wydała się artystom zbędnym balastem. Jeszcze w 1912 roku Marcel Duchamp roztrzaskał ludzką postać w Akcie schodzącym po schodach. Kubistyczne doświadczenia Picassa z ludzkim ciałem przypominały kinowe „Masakry piłą mechaniczną”. Ponoć refleksja zastąpiła przedmiot. A w końcu czarująco diabelska sztuka nowych mediów skutecznie zastąpiła - swoimi nieograniczonymi możliwościami - refleksję.



Pracownie rysunkowe ze studium postaci i rysunkiem anatomicznym powoli traciły znaczenie na uczelniach artystycznych i znikały jak grzyby bez deszczu. Im dalej na Zachód tym szybciej. Na poznańskiej uczelni najdłużej opierała się nowoczesnym trendom świetna pracownia rysunkowa profesora Bogdana Wojtasiaka i Waldemara Masztalerza. Podobnie działo się w byłych krajach socjalistycznych. Paradoksalnie, ślady programu dawnej Akademii w studiowaniu postaci, przetrwały najszerzej na uczelniach byłego Związku Radzieckiego.





Z tym większym zainteresowaniem warto śledzić takie inicjatywy jak Figurama. Całkowicie w poprzek nowym trendom w sztuce. Na szczęście. Choć z jakością prezentowanych prac jest spory problem. Zbiór przedstawia ponoć wyselekcjonowane, najlepsze dzieła, które mają być wizytówką programów edukacyjnych, uczestniczących w przeglądzie uczelni. A rozrzut jakości prac jest kolosalny. Bardzo wiele z nich to tylko pracowite odrabianie kolejnego, zadanego tematu. Szkolne i bez pomysłu. Człowiek rysowany tak samo jak stołek czy wazon, zmienia się w pustą i nudną kukłę. I wielkie formaty tu niczego nie zmienią. A nieudolność w anatomicznym odwzorowaniu prawdy o ludzkich proporcjach jest w niektórych pracach kompromitująca - zarówno dla autorów jak i pedagogów. Koń jaki jest każdy widzi - to brednia absolutna. Nie każdy. A rysunkowe studium postaci jest bezwzględną miarą jakości tego widzenia.


z krainy potworów




...i skarpet z cienia

Aranżacja wystawy przypominała trochę wielkie rozwieszone pranie. Z tą różnicą, że przestrzeń Słodowni w Starym Browarze, obroniła się przy tej koncepcji siłą obrazów. Czego nie można powiedzieć o nowoczesnym Atrium Uniwersytetu Artystycznego. Powieszenie prac w pionie, w kilkunastometrowych słupach i obwieszenie korytarzy na kilku piętrach, nie tworzyło żadnej uporządkowanej całości. Ta przestrzeń, mimo że nafaszerowana nowoczesnymi wystawienniczymi gadżetami, nie spełniła oczekiwań. Mamy wielkie suwnice, wielokondygnacyjne przestrzenie i nie zawahamy się ich użyć – zdawał się mówić organizator. Powstał wyraźny przerost formy nad treścią. Dotyczy to też, towarzyszącej Figuramie, wystawie rzeźb figuralnych z poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego na wewnętrznym dziedzińcu. Monumentalnie tu i zimno.







Są na wystawie także prace wspaniałe. Wielkie, choć czasem o wyjątkowo małych wymiarach. Warto przewędrować między zalewem obrazów takich sobie, by je znaleźć i posmakować. I docenić. Polecam zwłaszcza organizatorom, którzy nie raczyli umieścić przy pracach nazwisk autorów. To zupełnie niezrozumiałe lekceważenie studentów. I najlepszy przykład, że we współczesnej sztuce człowiek się nie liczy. Ważniejsze jest popisywanie się możliwościami wystawienniczymi. Szkoda.


ta praca podobała mi się najbardziej... niestety była anonimowa


Daria Hancharowa



Z tego powodu nie mogę podpisać fotografii niektórych, świetnych obrazów. Za wyjątkiem tych, które autorzy sygnowali na samej pracy. A szczegółowej informacji o pracach nie było na otwarciu wystawy. Bo, wbrew zapowiedziom, nie towarzyszył jej katalog, ani nawet jakakolwiek krótsza informacja. Poza dowcipnym na siłę plakatem, z postacią męską, z lekko poruszającym się kutasikiem. Zabawne, ale nie na temat. I też anonimowe.



Na uroczyste otwarcie wystawy przyszło mnóstwo ludzi. Byli autorzy, sam inicjator – profesor Boris Jirků i władze Uniwersytetu Artystycznego. Mam nadzieję, że zobaczy ją też szeroka wielkopolska publiczność. Powrót do źródeł dobrze robi. Polecam wszystkim.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[31.03.2017, 16:47:21] Najstarsze zdjęcie Poznania

Jest rok 1849. Wielebny Georges Wilson Bridges rozstawił swój aparat w otwartym oknie pruskiego archiwum, w budynku dawnego zamku królewskiego na Wzgórzu Przemysła. Skierował soczewkę - umieszczoną na przedniej stronie niedużej, drewnianej skrzyneczki - w stronę wieży poznańskiego Ratusza.





Czas naświetlania wynosił kilka minut. Autor fotografii wywołał ją w roztworze kwasu galusowego i azotanu srebra, po czym starannie zawinął w kilka warstw bibułki i ciemny papier. Wkrótce wyruszył w drogę. Przez Wiedeń do Wenecji, gdzie powstały kolejne wizerunki miast i historycznych budowli.



Tak mogła wyglądać historia powstania pierwszego zdjęcia z Poznania. Nieopisany negatyw, zachowany w nienajlepszym stanie, poznańscy historycy znaleźli niedawno i zidentyfikowali w kolekcji najstarszych negatywów, w zbiorach szkockiego Uniwersytetu St. Andrews.



Cenna kolekcja obejmuje ponad tysiąc negatywów z motywami głównie z krajów, położonych nad Morzem Śródziemnym. Z Włoch, Sycylii, Aten, Konstantynopola, Palestyny, Egiptu i Algierii. Ich autor nigdy nie wykonał z nich pozytywowych odbitek. Po jego śmierci spoczęły w uniwersyteckim archiwum.



Odkryte zdjęcie, po przekształceniu w pozytyw, staje się czytelniejsze. Przedstawia wyniosłe zwieńczenie wieży. Na postawie o kształcie klasycznego, greckiego monopteru, wspartego na ażurowej, smukłej kolumnadzie. Charakterystyczne dla XVIII wiecznego, klasycystycznego zwieńczenia wieży poznańskiego Ratusza. Precyzja odwzorowania, zwłaszcza ostrość, pozostawia wiele do życzenia. Negatywowy efekt, utrwalony na papierze pokrytym światłoczułym chlorkiem srebra, był taki sobie. Początki fotografii były trudne...







Wykonywano je najstarszą fotograficzną techniką negatywowo-pozytywową, wynalezioną w 1839 roku przez W.H.F. Talbota i od jego nazwiska zwaną talbotypią lub kalotypią. G.W. Bridges nauczył się jej od samego wynalazcy, w 1846 roku. Potrafił tworzyć negatywy i utrwalać je, ale nigdy nie opanował procesu wykonywania odbitek. W tym celu wysyłał je do Talbota, z którym współpracował. W odróżnieniu od popularniejszej dagerotypii, kalotypia pozwalała na uzyskanie wielu odbitek na papierze solnym. Minusem kalotypii, inaczej jak w przypadku dagerotypii i negatywów szklanych, była jej niewielka ostrość. Technikę tę wykorzystywali często podróżnicy, bo była stosunkowo prosta i nie wymagała osobnego laboratorium. Stała się podstawą do rozwoju fotografii w jej współczesnej formie. Sama kalotypia była popularna do lat 70. XIX wieku. Mimo prostoty i kolejnych udoskonaleń poszła w zapomnienie.






Technika powstała w wyniku, niezbyt udanych prób, rysowania pejzaży z użyciem camera obscura. Właśnie problemy z rysowaniem natchnęły Talbota do pracy nad rozwojem fotografii. Jeśli rysujecie i wam nie wychodzi, nie załamujcie się. Zawsze można coś przy tym wymyślić. Jak nie fotografię, to może chociaż grafen. Cudowny materiał, odkryty podczas smarowania ołówkiem po papierze. Nie przypadkiem pierwsza w historii książka fotograficzna, wydana przez Talbota, nosiła tytuł „Ołówek natury”.



Sam trochę próbuję. Nietrudno zrobić to lepiej niż wielebny Bridges.







Wojciech Hildebrandt
na okoliczność prima aprilis anno domini 2017 historię tę wykreował :)

rysunki autora

[czytaj więcej i komentuj]

[26.03.2017, 13:44:00] Wejść w obraz jak w życie

Muzeum Okręgowe Ziemi Kaliskiej to nie moja bajka. Szare zdekompletowane gabloty, wypłowiałe marne fotokopie na ścianach. Nawet wielka, zakurzona makieta dawnego miasta i prawdziwe czaszki wetknięte w dziury ze styropianu to trochę za mało jak na XXI wiek. Nie wierzyłem, że coś mnie tu zaskoczy. A tu proszę, taka niespodzianka.



Trwa właśnie wystawa czasowa, o przekornej nazwie „Martwa natura jak żywa”, prezentująca kolekcję pięknych przedmiotów ze zbiorów Muzeum Ziemi Kłodzkiej. Jak ciekawie pokazać szklane naczynia i metalowe kufle, dzbany, talerze, czy sztućce? Zwykle ustawia się je rzędem, za szybą w gablocie. Nuda i banał. Potrzebny jest pomysł. Kuratorka wystawy, Joanna Stoklasek- Michalak zbudowała z tych przedmiotów martwe natury. Włożyła je w autentyczne, oryginalne stare ramy do obrazów. Dodając prawdziwe owoce, orzechy, pieczywo, muszle i tkaniny. Martwe natury w 3D.







Kameralne historie prezentowane są na ciemnym, neutralnym tle. W półcieniu wielkiej, nowoczesnej sali wystawowej. Ożywione wewnętrznym światłem. Nie jest to jakaś mistyczna emanacja, tylko zwyczajne ledy, ukryte za ramą. Efekt i tak jest magiczny. Niejednoznaczny i niepokojący. Szyby wprawione w ramy sugerują zrazu, że mamy do czynienia z płaskim obrazem o niesłychanej iluzyjności. Ale każde poruszenie głową, każdy krok w bok lub w przód, zmieniają perspektywę i prawdziwie wprowadzają oko w realną przestrzeń obrazu.







W żartobliwy sposób zrealizowano tu odwieczne marzenie malarzy. Udało się uzyskać idealną iluzję przestrzeni, bo to prawdziwa głębia, która tylko udaje płaski obraz. A w całej historii malarstwa było odwrotnie.







Prezentowana seria żywych obrazów nawiązuje zresztą do najlepszych malarskich dzieł, autorstwa holenderskich i hiszpańskich mistrzów - Willema Claesza Hedy, Pietera Claesza, czy Francisco de Zurbarana. Reprodukcje ich dzieł w pomniejszeniu, towarzyszą ekspozycji.





Prezentowane w tak ciekawy sposób przedmioty są wyjątkowe. Muzeum w Kłodzku ma się czym pochwalić. W swoich zbiorach posiada dzieła rzemiosła artystycznego z Niemiec, a w szczególności z Dolnego Śląska i powojenne z Polski. Są najwyższej klasy. Obiekty pochodzą z różnych okresów, od XVIII wieku do współczesności. Taki historyczny misz masz gromadzi się w każdym tradycyjnym domu. Występował obok siebie na mistrzowskich martwych naturach. Łącząc się, harmonijnie lub na zasadzie kontrastu, w spójną kompozycję.





W naszych czasach ranga takich pięknych przedmiotów rośnie. Standaryzacja i przemysłowa produkcja nie służy wartości artystycznej przedmiotów użytkowych. Rozpadają się już po krótkim użytkowaniu. Są byle jakie. Do wszystkiego i do niczego. Szybko się opatrzą i znudzą, błyskawicznie zużywają fizycznie i moralnie. W nieustającej pogoni za nowością, po niedługim czasie lądują na śmietniku.



Nie to co kiedyś. Dawniej nawet najzwyklejsze przedmioty z naszego otoczenia odznaczały się indywidualną urodą. Choć skromne, potrafiły emanować pięknem. Ich wykonanie nosiło ślady ludzkiej ręki. Były trwałe, wręcz nieśmiertelne. Choć czasem wykonane ze zdawałoby się kruchych materiałów - szkła czy płótna. Można było je pieścić w rękach, napawać się ich widokiem. Jak to mówił wybitny znawca pięknych przedmiotów, Franciszek Starowieyski, służyły do „mienia”.





W kaliskim muzeum, zestawione w kompozycjach żywych obrazów, zaczynają współbrzmieć ze sobą, jak instrumenty w dobrej orkiestrze. I przenoszą nas w czasie do tych uczt dawnych, śniadań pańskich i wystawnych podwieczorków, do minionego świata luksusowych przyjemności stołu na pokaz. Choć nie sięgniemy po cytrynę, bo zaschła nieco, a i bułka czerstwą się wydaje. I nie latają tu, jak w starych obrazach motylki, a po owocach nie łażą muchy. Martwe natury swoje życie już miały. Na tej wystawie dostały swoją własną przestrzeń.



Ktoś może zatrzymać się w oglądaniu na warstwie czysto wizualnej. Miękki blask cynowego dzbana i lśnienie kryształowego kielicha to czysta przyjemność. Ale kompozycje zanurzają się też w świat symboli i głęboko ukrytych znaczeń. W końcu, szczerbata czaszka niekoniecznie musi towarzyszyć posiłkowi, a w martwych naturach często się pojawia. Memento mori jest nieodłącznym elementem vanitas. A myśli o nietrwałości rzeczy tego świata są nieodłączną częścią kontemplacji dawnych martwych natur. Nie bez powodu te najlepsze powstały w czasach reformacji i były odbiciem religijnych dylematów. Wypełniły w sposób naturalny lukę po świętych obrazach, które były w krajach Reformacji zakazane. I dotykały pytań natury teologicznej.



Prezentowane na wystawie kompozycje nie dorównują, jakością artystycznego układu, swoim malarskim pierwowzorom. Dostrzegam to wyraźnie, bo sam wielokrotnie układałem tysiące kompozycji rysunkowych i malarskich martwych natur. Pewnie dlatego jestem tak krytyczny. Nie umniejsza to jednak wartości tej świetnej wystawy. Można ją jeszcze oglądać do końca miesiąca. Kto zdąży, nie pożałuje.

Wojciech Hildebrandt
fotografie autora

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2017 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego