[25.05.2017, 20:05:13] Obiekt wyłączony z eksploatacji

Już nie bucha tu para. Nie zgrzyta żelazo o żelazo, nie śmierdzi swojsko smarem. Na ścianie lakoniczny napis: „obiekt wyłączony z eksploatacji”. Zabytkowa parowozownia w Gnieźnie. Wielkie dzieło techniki i wspaniały ślad naszego dziedzictwa. Syf i ruina.





A było pięknie. Kolej ruszyła do Gniezna w 1872 roku. Z Poznania i Bydgoszczy. W 1875 - z Oleśnicy. W krótkim czasie powstał pruski dworzec z całym, ciągle rozbudowywanym zapleczem.





Wzniesiono lokomotywownię i budynki administracyjne. Wybudowano zespół dwóch wielkich hal wachlarzowych na 54 lokomotywy wraz z dwoma obrotnicami i wieżą wodną. Postawiono żuraw węglowy, elektrownię, nastawnie i piaskownie. Obok zlokalizowano stację wąskotorówki. Powstało całe kolejowe miasto w mieście. Z częścią noclegową, kotłownią, remizą strażacką, warsztatami, szkołą i kolejowa apteką. Przed wojną pracowało tu trzy tysiące osób. A całe Gniezno liczyło 34 tys. mieszkańców.



Po wojnie było już tylko gorzej. Do lat osiemdziesiątych coś tam jeszcze modernizowano. Stary, stylowy dworzec zastąpiono prymitywnym, prostackim pudłem. Elektryfikacja kolei i wprowadzenie lokomotyw spalinowych doprowadziły do stopniowego wygaszania gnieźnieńskiej parowozowni. Jeszcze w 2009 roku naprawiano tu parowozy. A do 2012 wagony towarowe.



Całkiem niedawno zespołu zabudowań strzegła ochrona. Teraz już nikt ich nie pilnuje. W kolejowym mieście mieszkają tylko menele, balują bezdomni. Teren zarasta chwastami, drzewa samosiejki mają już po kilka metrów. Ubywa szyb. Wyszabrowane wnętrza świecą pustką, choć mury i dachy wciąż są zdrowe.





Właścicielem całego kompleksu historycznych zabudowań są spółki wyrosłe z PKP. Widać mają w głębokim poważaniu historię polskich kolei i zachowanie naszego technicznego dziedzictwa. Gdyby udało się tereny gnieźnieńskiej parowozowni przehandlować za duże pieniądze…O! To byłoby co innego! Ale miejsce nie nadaje się na centrum handlowe. Dlatego zamienia się w ruinę.





Podobnych lokomotywowni wachlarzowych jest w Polsce wiele. W samej Wielkopolsce kilka. Mała i najbardziej znana z kolekcji parowozów - w Wolsztynie. Ciekawa w Pile. W Jarocinie stworzono z lokomotywowni skansen. Podobnie jak w Pyskowicach, Skierniewicach i Jaworzynie Śląskiej. Działają jeszcze chyba w Lublinie i Szczecinku. W Ełku, Kętrzynie i Katowicach niszczeją. Ale ta w Gnieźnie jest w Polsce największa i najbogatsza w obiekty. Ciągle jeszcze wyposażona w sprawne urządzenia sprzed lat.





Powolnego niszczenia gnieźnieńskiego kompleksu nie zahamuje pełna zaangażowania, wytrwała praca Gnieźnieńskiego Stowarzyszenia Miłośników Kolei. Bo nie są u siebie. Grupa pasjonatów od lat walczy o uratowanie unikalnego w Europie kompleksu. W końcu prawie każdy gnieźnianin ma lub miał w rodzinie kolejarzy.





Od 2010 roku na terenie parowozowni Stowarzyszenie organizuje Dni Pary. Tegoroczne właśnie się zakończyły. Sympatyczni i fachowi przewodnicy dwoili się i troili. Można było zwiedzać kolejowe obiekty, przejechać się drezyną. Prezentowano wystawę techniki rodem z PRL-u i fotografii kolejowej. Jeździły miniaturowe modele lokomotyw. Była projekcja filmu i koncert orkiestry dętej. Chętni mogli przejechać się starym pociągiem, zaprzężonym w prawdziwy parowóz.





W tym roku, w czasie Dni Pary parowóz ciągnął wagony, jak z czasów westernów, do Trzemeszna i Czerniejewa. Za 20 złotych można było wytrząść się na całe życie. I popatrzeć, jak starzy maszyniści z Wolsztyna smarują koła lokomotywy i z fasonem gwiżdżą, zanim wyruszą. Nie tylko dzieci były zachwycone.



Od niedawna, dokładnie od 15 maja br. przywrócono regularne połączenia kolejowe z użyciem parowozów. Kursują między Poznaniem i Wolsztynem oraz Wolsztynem, a Lesznem. Pomysł napawa optymizmem. Nie wszystko co stare, musi na kolei trafić szlag.





Może i dla jedynej w Polsce, tak dużej i bogatej w obiekty, parowozowni w Gnieźnie nadejdą lepsze czasy. PKP SA podpisało niedawno porozumienie z miastem Gniezno w kwestii zagospodarowania 17 hektarów niezabudowanych terenów kolejowych i 8 hektarów kompleksu parowozowni. W deklaracjach ma być cudownie. Mieszkania, hotele, tereny rekreacyjne. Miasto, lokalni politycy, władze samorządowe próbują działać. Do Warszawy wędrują listy i petycje:„…Szanowna Pani Premier, wychodząc naprzeciw dalekosiężnym planom rządu w dziedzinie polityki historycznej i zachowania dziedzictwa narodowego, a także zrównoważonego rozwoju naszej Ojczyzny, wnosimy o zainicjowanie powstania Narodowego Muzeum Kolejnictwa jako instytucji, która będzie hołdem dla wszystkich kolejarzy polskich poprzez krzewienie wiedzy o czasach pary i dróg żelaznych wśród następnych pokoleń”.



Słowa, słowa, słowa. A tymczasem na szczytach władzy, przekazano właśnie 120 milionów na budowę nowych obiektów, z przeznaczeniem na zbiory kolejowe. W Odolanach pod Warszawą. Na wzniesienie czegoś o nazwie Stacja Muzeum. A w Gnieźnie widać chyba fundamenty marketu w pobliżu parowozowni. Pożyjemy, zobaczymy. Tylko, czy kolejowe zabytki w Gnieźnie dotrwają?

Wojciech Hildebrandt
kolorowe zdjęcia autora
fotomapa google maps

[czytaj więcej i komentuj]

[18.05.2017, 22:01:27] Dywan z wiosny

Jak dobrze, że są w Poznaniu miejsca, gdzie rządzą kolory. Takie, których nawet miejski plastyk nie przerobi na szaro. Co roku, przez kilka majowych dni, można oglądać wielki kwiatowy dywan w parku przed Operą. Jest pięknie, jest radośnie. Stolica Wielkopolski robi się wesoła i przyjazna.



Poznański dywan kwiatowy układany jest już od 5 lat. Z inicjatywy Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Ogrodnictwa, w skrócie SITO. Nie jest to pomysł oryginalny i jedyny, bo ta sama organizacja już trzy lata wcześniej zaproponowała go Bydgoszczy. Tam na dużym trawniku, na wyspie Młyńskiej, układa się kolorowe wzory już od 2011 roku.





Dekoracje kwiatowe najdłuższą tradycję mają w Spycimierzu pod Uniejowem, w województwie łódzkim. Tam - od dwustu już lat - mieszkańcy ozdabiają teren przed swoimi posesjami na okoliczność święta Bożego Ciała, tworząc długi kwiatowy chodnik, po którym stąpa potem procesja.





Wszyscy słyszeli zapewne o wielkim kwiatowym szoł przed brukselskim ratuszem. Kolorowe święto kwiatów odbywa się tam od 1971 roku, co dwa lata. Układane są na prostokącie o wymiarach 77 x 24 metry. Ostatnio z udziałem sztucznych ogni i innych bajerów - laserów. Widowisko urodziło się w głowie architekta krajobrazu E. Stautemansa, który wcześniej zdążył zdobyć sławę na świecie, jako projektant wielkich kompozycji kwiatowych w Niemczech, w Kolonii i Hamburgu, w Luksemburgu, Paryżu, Londynie, Bredzie, Amsterdamie, Hadze, Wiedniu i Palencji. Poza Europą - w Colombus w USA i brazylijskim Buenos Aires. Z największą taką realizacją na czele, w Gandawie, gdzie kwiatowy dywan osiągnął rozmiary 164 x 42 metry.



W Brukseli dekoruje się rynek specjalnie w tym celu hodowanymi begoniami wielkokwiatowymi, dumą belgijskich ogrodników. Celem jest promocja begonii oraz samej Brukseli i Belgii, co udaje się znakomicie, przewyższając oczekiwania pomysłodawców. W Spicymierzu używa się wszystkiego, co w ogródkach można znaleźć. W Poznaniu, kompozycje układa się z wielu tysięcy główek tulipanów.



Nie potrzeba w tym celu transportować ich z Holandii, bo wielkich plantatorów tych pięknych kwiatów mamy na miejscu, w Wielkopolsce. Ba, pod samym Poznaniem nawet. Na pierwszych dywanach kwiatowych można było podziwiać tulipany z plantacji pana Królika z Chrzypska, a ostatnio z gospodarstwa państwa Barbary i Michała Szymanowskich w podpoznańskich Gołuskach. Uprawiając tulipany na cebulki, dla pobudzenia ich rozrostu, główki kwiatów specjalnie się obcina. Wcześniej trafiały na kompost, a od paru lat lądują w parku przed operą, by przez kilka dni jeszcze cieszyć oczy przechodniów.







Swoją drogą, niewiele osób wie, że nie trzeba wcale jechać do Holandii, ojczyzny uprawy tulipanów, by zobaczyć feerię tulipanowych barw, pokrywających pola, aż po horyzont. Takie „holenderskie” pejzaże mamy i w Wielkopolsce.



Projekty i wykonanie poznańskich dywanów kwiatowych jest w rękach studentów poznańskiej architektury krajobrazu, energicznie działających w uczelnianym kole naukowym na Uniwersytecie Przyrodniczym. Efekt ich pracy, projektowej i fizycznej, można było podziwiać obok fontanny, za pomnikiem Mickiewicza i Poznańskimi Krzyżami, blisko Zamku Cesarskiego i Auli Uniwersyteckiej.



W tym roku tematem kwiatowej kompozycji był rowerzysta, ukazany syntetycznie, jak logo, dosiadający niezgrabnego trochę roweru. Projekt jest autorstwa Anny Pudelskiej, młodej architektki krajobrazu, która osobiście, wraz z grupą ochotników pracowała przy jego realizacji. Mogli na niego spoglądać pojedynczy kolarze, przemierzający ścieżkę rowerową przed samą operą. Nie jeździ ich tam wielu.



Miejsce układania kwiatowego dywanu jest wspaniałe. Bo i urbanistyczne i architektoniczne otoczenie wielkiego, kolorowego trawnika jest bardzo reprezentacyjne. Ciekawe jest też jego ukształtowanie. Nie nudny prostokąt, a rozległa, zielona powierzchnia kilku tysięcy metrów kwadratowych. Wznosi się lekko i chowa ciekawie między stare platany.





Szkoda, że kwiatowego dywanu nie zobaczyła bojowo nastawiona grupa rześkich staruszków, mająca swoją comiesięczną zbiórkę przy pomniku katyńskim, w sąsiednim parku za Zamkiem. Mogliby ukoić widokiem kwiatów stargane rządzą zemsty nerwy. I wyciszyć się po gromkich, patriotycznych okrzykach.





Dochodziły one z oddali do uszu spacerowiczów, podziwiających tegoroczną, kwiatową kompozycję. A ludzi wciąż przybywało i przybywało. Młodzi i starsi. Całe rodziny z dziećmi. Najbardziej zachwycone były maluchy. Biegały jak oszalałe, wyrzucając w powietrze naręcza kwiatów, kładły się w nich i zanurzały, jak w wodzie. Starsi siadali dyskretnie na granicy kompozycji i robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Uśmiechnięci od ucha do ucha i przyjaźni wobec siebie. Ktoś przysiadł, żeby poczytać książkę. Para zakochanych położyła się w kwiatach trzymając za ręce. Przecież jest wiosna. Jest pięknie i majowo. I nie wszyscy chcą sobie skakać do gardeł.



A jeszcze nie tak dawno straż miejska i policja goniła tu spacerowiczów, wchodzących na trawniki i moczących nogi w fontannie. To tu zaczęła się poznańska, obyczajowa rewolucja parkowa. Do władzy dotarło, że trawniki są dla ludzi. A fontanna nie służy tylko do tego, by były prezydent miasta, z podwiniętymi nogawkami, triumfalnie ją uruchamiał. W świetle kamer, oczywiście.



Poznańskie dywany kwiatowe to świetna promocja miasta. I to darmowa. Bo najłatwiej dać patronat honorowy i czekać, aż studenci sami to zrobią. Jakieś tam kwiatki „nie pasują do profilu miasta”, więc od pięciu lat odrzucane są prośby o dofinansowanie tego wspaniałego przedsięwzięcia. Co nie przeszkadza, żeby kolorowe zdjęcie z wydarzenia pan prezydent wstawił jako tło swojego fejsbukowego profilu. Koronny dowód na sukces kwiatowego dywanu.

Wojciech Hildebrandt

zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[09.05.2017, 19:50:42] Na zachodzie zmiany

Jest taki spektakl, na który nie zwracamy szczególnej uwagi. Każdego dnia absolutnie wyjątkowy. Źródło niewyczerpanych inspiracji grafomanów i nieuleczalnych miłośników kiczu. Obowiązkowy w tle każdego romansu. Zachód słońca. Kto go nie lubi? Awangardowe artystki i mięśniaki oczywiście zaprzeczą. Ale w głębi duszy (te pierwsze) i w przerośniętym sercu (ci drudzy) cichutko westchną.



W mieście jest z tym niebieskim zjawiskiem problem. Bo do zachodu słońca potrzebny jest horyzont. Taka linia graniczna między ziemią, a niebem, gdzieś daleko, na skraju nieskończoności, za którą chowa się słońce. A w mieście horyzontu nie masz. Zasłonięty coraz wyższymi domami, w ściśniętej, zagraconej przestrzeni przebija się z rzadka lub wcale. Gdzieś tam ta nasza dzienna gwiazda wpada, jeśli w ogóle ją widać przez zasłonę smogu. Robi się ciemno i już. Zapalają się latarnie i po kłopocie.



Ale zdarzają się takie dni, gdy natura przypomina się sama. Feerią światła na największym ekranie świata. Jak wczoraj.



Padało przez cały dzień. Ku uciesze zieleni traw i pierwszych liści, która nasyciła się do granic fluorescencji. Pod wieczór wiatr ucichł i nawet wiosennie ptaki przestały się wydzierać. Spod ołowianego nieba wychynęło słońce. Jego pomarańczowe refleksy nagle rozlały się po ścianach we wnętrzu domu.





Wyszedłem w ogród. Ze zmrużonymi oczami, pod słońce. Z tyłu, za drzewami jest pas zaoranego świeżo pola. Za nim ciągnie się pasmo kwitnącego rzepaku. Prawie poziomo oświetlone, ostatnimi promieniami słońca, żółte kwiaty zatraciły swój zimny, ostry ton. Zbrązowiały i pociemniały łagodnie, tworząc delikatne obramowanie dla drogi, ciągnącej się w oddali. Zaznaczonej coraz bardziej szczerbatym szpalerem wysokich topoli.







Drzewa odcinają się drobną koronką gałęzi od linii horyzontu i wystają wciąż jeszcze ponad budowle, nieustannie rozrastającego się miasta. Hen, daleko, przybywa domów i wielkich hal, zaznaczonych coraz liczniejszymi punkcikami świateł. A jeszcze niedawno widać tam było tylko kościelną wieżę na tle ciemnego masywu starodrzewia, z zapuszczonego jak dżungla, podworskiego parku. Dalej była tylko pustka i ciemność.





Nad tym to sielskim krajobrazem rozegrało się spektakularne widowisko z udziałem światła i mroku. Wielka bitwa chmur, z przewidywalnym zakończeniem. Dynamiczna, jak we współczesnym kinie sensacyjnym. Zakomponowana z podziwu godnym rozmachem. Dramatyczny pokaz potęgi natury.



Chmurzasta kotara zaczęła się ukośnie unosić, jak po wyrysowanych po przekątnej całego nieba liniach. W kilku osobnych, promieniście zasnutych warstwach. Ciężkie, granatowoołowiane i zimne. Na krawędziach obrzucone, jak koronką, słonecznym światłem, pełnym subtelnych, ciepłych tonów. Zaś w odsłoniętym trójkącie nieba, zgoła inna snuła się opowieść. Na głucho zaróżowionym tle, poganiały fioletowe, strzępiaste obłoczki. Z drugiej strony raziły ostre smugi, coraz bardziej ogniście światłem od dołu obrzeżone.



Słońce, wielkie i ciemnoczerwone, jakby zatrzymało się na chwilę, zanim zapadło się za linię horyzontu. Ale nawet wtedy, gdy już zniknęło, zalało gorącym blaskiem całe niebo, słabnąc sekunda po sekundzie.



Po przeciwnej stronie, zażółcone resztki słonecznych promieni zarumieniły jeszcze drzewa i zapaliły tęczę. Przesiane przez gałęzie, kolorowym rastrem pokryły okna. Niczym ostatnie echo minionego dnia.



Zapadły ciemności. I tylko lampy w altanie i zimowym ogrodzie odcinały się od mroku. Pora wracać. Zwłaszcza, że granatowy firmament - z wyczyszczony z chmur do cna - ziąb zapowiadał. Chociaż to już maj, szło na mróz.



Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[30.04.2017, 20:00:00] Woźniki. Cud w lesie

Nad podmokłymi łąkami las wyrósł dookoła potężny. I tylko zimą, przez bezlistne drzewa jadąc szosą z Poznania, przed Grodziskiem Wielkopolskim, dostrzec można w oddali samotną, jasną bryłę kościoła. Na wzgórzu zwanym Wyrwał, nieopodal maleńkiej wsi Woźniki. W piękny wiosenny dzień warto zjechać z głównej trasy ku temu miejscu.



Chceszli cudowne odwiedzić miejsce lub piękne budownicze dzieła twych przodków oglądać i uczcić?...Wśród łąk obszernych, na których gęste olchy i wierzby rozsiane, wznosi się mały pagórek, na nim klasztor woźnicki. Wśród tej zielonej bujnej przyrody w miejscu, tak dalekim od zgiełku miasta, może się zaiste człowiek wdzięcznej skłaniać u stóp krzyża... Widziałem inne klasztora w Polsce; mało z nich tak głębokie sprawiają wrażenie, jak woźnicki.” - opisywał w 1837 roku leszczyński Przyjaciel Ludu. Nic się nie zmieniło.



Zjeżdżając z szosy, wiodącej z Poznania do Grodziska Wielkopolskiego, drogowskazy poprowadzą kawałek leśnym duktem, aż po wielką, murowaną bramę. Wysiądziesz z auta między potężnymi sosnami i nie opędzisz się od powitania przez dwa klasztorne kundle, ufne i wesołe. Widać, że przyjezdni nie tylko na tacę dają, ale i coś dla psów w kieszeniach przywożą. Ptaki wysoko drą się jak szalone, ziemia intensywnie pachnie lasem po ostatnim deszczu. Słońce przeziera przez gałęzie i pokazuje drogę ospałym jeszcze pszczołom z franciszkańskich uli.





Pozostaje kilkanaście kroków pod górkę, aby oczom ukazała się, całkiem niespodziewanie, smukła i rozpisana w barokowe pilastry i gzymsy, elewacja kościoła. Zadziwiający desant najlepszej włoskiej architektury w środku wielkopolskiego lasu.





Nie zawsze była tu taka idylla. Pierwsze zabudowania kościoła i klasztoru powstały w Woźnikach w 1660 roku z fundacji Macieja Kazimierza Rogalińskiego. Zrazu szachulcowe budynki objęli reformaci. Niespokojne to były czasy i nic dziwnego, że wszystko strawił ogień w 1706 roku. Cztery lata później ruszyła odbudowa.



Tym razem Franciszek Mielżyński sprowadził do Woźnik świetnego włoskiego architekta, Jana Catenaciego. Z licznej rodziny budowniczych, pochodzących ze szwajcarskiego regionu Ticino. W Wielkopolsce działał już jego wuj i ojciec. Sam Jan Catenaci kończył właśnie prace przy kościele filipinów na Świętej Górze pod Gostyniem. Z Woźnik też doglądał budowy poznańskiej fary i kolegium jezuitów, kościoła cystersów w Obrze i Przemęcie, cysterek w Owińskach i kościoła św. Mikołaja w Lesznie, a także w Białczu Starym pod Kościanem. Nie licząc pomniejszych realizacji i kilku rezydencji magnackich.



Na szczęście. wystarczyło mu czasu na dopieszczenie zespołu klasztornego w Woźnikach. Nie bez kłopotów konstrukcyjnych, bo podmokły grunt wymagał palowania pod fundamentami. Mimo peryferyjnego położenia, jego architektura wyróżnia się z surowych świątyń reformackich finezją architektonicznych dekoracji. Wbrew ograniczeniom, wynikającym z reguły tego zakonu. Kościół ukończono w 1723, klasztor w 1750, a jeszcze do 1775 roku zakonni snycerze, Tomasz Mielnarski i Adam Sikorski cyzelowali ołtarze, ławy, konfesjonały, szafy i boazerie w zakrystii. Klasztor odgrywał niepoślednią rolę z zgromadzeniu. Tu wybierano przełożonych prowincji, była wspaniała biblioteka i ponoć prowadzono nawet drukarnię, działała też szkoła teologiczna.



Do czasu. Wkrótce po zaborach, Państwo Pruskie rozprawiło się ze zgromadzeniami zakonnymi i zagarnęło ich majątek. W roku 1836 klasztor skasowano, wygoniono zakonników, zostawiając tylko jednego na dożywociu.

Jak pisał rok później anonimowy autor z Przyjaciela Ludu: „Samotność, cisza i to powolne zniszczenie, co wydziera jedną cegiełkę po drugiej z łona kościołów, szczególny nadaje charakter okolicy i jej świątyni. Nikt tam nie urąga się z jej upadku; nie igrają uliczniki po niegdyś samotnym cmentarzu; woźnicki klasztor, acz smutny, próżny, jeszcze cię czcią napełnia. Wstąpisz w jego progi, ileż to obrazów przeszłości nie powita cię w przedsieniu? Wizerunki cnych fundatorów, porozrzucane między obrazami cudów S. Franciszka woźnickiego (…). Nie mogłem przejść z klasztoru, tak nieklasztornego, do świątyni; pobiegłem odetchnąć w ogrodzie. Ogród wielki, obszerny i zewsząd długim opasany murem. Nie zastałem w nim ani chłodników, ani tych krytych bindarzyków, które dawniej w każdym bywały wirydarzyku: wycięto albo też opuszczono część tego ogrodu, który jest jeszcze pustszym i smutniejszym od klasztoru. Zaprowadził mnie wreszcie szanowny gwardyan do kościoła, który daleko piękniejszym znalazłem od grodziskiego klasztornego. Wysokie sklepienie i moc światła, sprawują, że kościół się nadzwyczajnie świeżym wydaje. Mało jest w nim zabytków (…) sam jednak kościół woźnicki jest tak piękny, że zadosyć uczyni ciekawości pobożnego przychodnia”.



Po śmierci ostatniego mieszkańca, w 1842 roku klasztor z kościołem trafił w ręce Mielżyńskich, którzy uczynili z niego rodowe mauzoleum. Zmuszeni przez władze, rozebrali większość zabudowań klasztornych. Freski na ścianach zamalowano wapnem. Wyposażenie z czasem rozparcelowano po okolicznych parafiach.

Ołtarz główny i dwa boczne wylądowały u karmelitów bosych w Poznaniu, jeden w Skórzewie, organy trafiły do kościoła w Czarnkowie, monstrancja do Ptaszkowa. Trzy ołtarze, konfesjonały i ambona pojechały do Buku.



Ściany zaczęły pękać, okna powybijano, dach przeciekał. Jeszcze sporadycznie urządzano w Woźnikach doroczne odpusty. Ostatni w 1926 roku. Potem obiekt uznano za ruinę i opuszczono ostatecznie. W czasie II wojny światowej Niemcy zrobili tu magazyn zrabowanych, cennych rzeczy. A po wojnie, upaństwowione ruiny przekazano Dyrekcji Lasów Państwowych.

Szczęśliwie dla obiektu, w pozostałościach klasztoru urządzono mieszkanie gajowego. Może to drobiazg, ale sadzę, że fakt stałej obecności mieszkańców, zapobiegł całkowitej dewastacji kościoła. A nowy właściciel naprawił chociaż dach w kościele, służącym za magazyn.





W takim to stanie odwiedził Woźniki nietuzinkowy ksiądz kanonik i proboszcz poznańskiego św. Wojciecha, Hieronim Lewandowski. Zobaczył „tynki uszkodzone... połacie murów zmurszałe, drzwi wejściowe uszkodzone, wszystkie okna powybijane, bez szyb, ogołocone ściany kościoła, bez ołtarzy. Kościół bez posadzki. W kościele suche gałęzie, worki z trocinami, narzędzia rolnicze i konny wóz”.

Ksiądz Lewandowski dokonał cudu. Przywrócił do życia miejsce od 140 lat martwe. Przekonał władze kościelne, że to ma sens. Wynegocjował z władzami komunistycznymi przekazanie, państwowej wtedy własności kościołowi. To nie było takie zwyczajne w czasach socjalizmu, że komunistyczny wojewoda i pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego PZPR, dali się przekonać do wydania zgody na odbudowę kościoła i klasztoru.






niezwrócony ołtarz boczny, obecnie w kościele w Skórzewie

Ksiądz Lewandowski zaczął, jego dzieło przez wiele lat kontynuowali ojcowie franciszkanie. A Wielkopolanie pomogli. Pamięć o woźnickim sanktuarium była tak trwała, że na pierwsze nabożeństwo w 1976 roku, jeszcze w pustym jak stodoła wnętrzu, przybył tłum 10 tyś. wiernych.
Do 1992 roku udało się zrekonstruować brakującą część wschodniego skrzydła klasztoru, łącząc je z kościołem. Niesamowite, że odzyskano znakomitą większość jego pierwotnego wyposażenia. Z wyjątkiem jednego bocznego ołtarza, bo nie chciał go oddać kościół w Skórzewie i organów, które pozostały w Czarnkowie. Udało się odsłonić malowidła w zakrystii i odrestaurować podziemia z szczęśliwie zachowanymi trumnami fundatorów. Obiekty można zwiedzać i dostać gorącą herbatę.



W budynku klasztornym aktywnie działa dom rekolekcyjny. Mieszka w nim na stałe pięciu zakonników franciszkanów. Funkcjonuje klasztorna pasieka, więc można kupić pyszny miód. Do kościoła w Woźnikach ludzie ciągną, jak pszczoły do miodu. Nie tylko turyści. W zwykłą niedzielę, gdy odwiedziłem to miejsce, już na różańcu był pełen kościół. A na mszę po nim ludzie ciągnęli tłumnie. Na parkingu stało jakieś dwieście aut, chociaż nie ma tu nawet parafii.

Widać jest w tym pięknym miejscu coś, co przyciąga. Co pozwoliło przetrwać mu ciężkie czasy i wrócić do życia. Zapowiada się piękna pogoda na majówkę. W Woźnikach może być niezapomniana.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora
fotografie archiwalne klasztoru franciszkanów w Woźnikach
w tekście korzystałem z informacji ze strony internetowej klasztoru w Woźnikach

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2017 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego