[17.02.2017, 23:36:00] Muzeum głuchej ciszy

Jest w Poznaniu takie miejsce, gdzie pozamykane w szklanych gablotach eksponaty, są jak kolekcja pięknych motyli. Przyszpilone, pozbawione życia. Utopione w ciszy, choć sensem ich bycia jest muzyka. Tak wegetują instrumenty muzyczne. W wyjątkowym, jedynym w Polsce, Muzeum Instrumentów Muzycznych.



Każdy powinien znaleźć je bez trudu, bo ten oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu ma znakomitą lokalizację. Tylko, gdy pytam przechodniów na Starym Mieście, jak doń trafić, odpowiedzi są dziwnie nieprecyzyjne. - Gdzieś tu jest, chyba na Rynku. - Nie byli Państwo? - Byliśmy, byliśmy parę lat temu, w noc muzeów... ciemno było.



Właściwie, trudno się dziwić przechodniom. Te trzy wspaniałe, renesansowo-barokowe kamieniczki wyróżniają się tylko brudnymi, zapuszczonymi elewacjami. Siedziby poznańskiego Muzeum Narodowego na Starym Rynku można rozpoznać po ich totalnym zapuszczeniu.



Piszę w liczbie mnogiej, bo obok Muzeum Instrumentów Muzycznych, na wprost głównej elewacji ratusza, Muzeum Narodowe ma jeszcze dwie inne kamienice. Jedyne na Rynku autentyczne od podziemi, aż po dach. Z gotyckimi murami, belkowanymi stropami zdobnymi w renesansowe kasetony. Ktoś ze starych poznaniaków pamięta jeszcze sensacyjne odkrycie rzeźbionych realistycznie główek, wypełniających te kasetony? Jak na Wawelu. Nikt ich nie widział od lat. W XXI wieku można skutecznie ukryć dwie potężne, zabytkowe kamienice. I nie ma skandalu, nie ma afery. Na parterze Muzeum Narodowe zastosowało chytry kamuflaż. Udostępniono lokal antykwariatowi. W bramie obok, drzwi zamknięte są na głucho. Sikają tu od czasu do czasu pijacy z sąsiedniego wyszynku. Puste i niszczejące od ponad trzydziestu lat budynki nikogo nie interesują. Media jakieś dwa lata temu napisały o dziurawym dachu, ale szybko zapomniały o temacie. Władze miasta też mają inne problemy niż jakieś tam zabytki. W końcu to aż 300 metrów od Urzędu Miasta, a kamienice przecież jeszcze się nie zawaliły. Nie mają potencjału dla dewelopera lub na market. Można udawać, że ich nie ma.



Muzeum Instrumentów Muzycznych straszy pustymi, zakratowanymi witrynami. Główny portal wyposażono w napis: Wejście obok. Jak w sklepie spożywczym. Od ulicy Woźnej wisi pordzewiała tablica z PRL-owskim orzełkiem, z nieudolnie domalowaną koroną.



Samo Muzeum Narodowe robi co może, żeby nie pałętali się tu zwiedzający. Na głównej stronie internetowej można przeczytać, że „oddział (Muzeum Instrumentów Muzycznych – przyp. red) jest nieczynny do odwołania, część ekspozycji zostanie otwarta 5 lipca br.” Wyjątkowo dociekliwi mogą się przekonać, że to nieprawda, że da się wejść i nawet trochę pozwiedzać. Prawie za darmo, bo co to jest 7 złotych za bilet normalny, a 1 złoty dla studenta. A w sobotę całkiem bezpłatnie. Tłumów nie ma. W każdym razie, w piękną niedzielę, podczas mojego kilkugodzinnego zwiedzania, przewinęły się cztery osoby. A kilka kroków dalej, na Rynku, były ich tysiące.



Dla pasjonatów muzeum przygotowało informator o ekspozycji. Ten, jedyny dostępny materiał, opracowano… 25 lat temu. Piękny jubileusz i kpiny ze zwiedzających w jednym. Ale przynajmniej można się dowiedzieć, jak kiedyś było tu pięknie. Kiedyś. Bo dzisiejsza ekspozycja, to zaledwie kilka salek na parterze i jeszcze mniej na pierwszym piętrze.





A z historycznego informatora dowiadujmy się, że jest tu sala koncertowa na 180 miejsc, „gdzie odbywają się liczne koncerty”. Koncerty są i dzisiaj - dokładnie jeden, sylwestrowy. Wystarczy. Były tu też kiedyś spektakularne wystawy czasowe. Ktoś ze starych poznaniaków pamięta? Była specjalna sala, poświęcona Chopinowi, z fortepianem, na którym grał, z jego historycznymi portretami, maską pośmiertną i odlewem dłoni. Była.





Dawno temu, na piętrze działała świetna kawiarnia. Można było siedzieć latem na rozłożystych parapetach otwartych szeroko okien i przy kawie podziwiać wspaniałe widoki - na ratusz i domki budników. Zachłanne muzeum zlikwidowało kawiarnię i teraz nic się tu nie dzieje.



Na pytanie, czemu jest tak mało sal z eksponatami, pada odpowiedź - na górze ekspozycja jest w przygotowaniu. Kiedy otwarcie? Nie wiadomo. Miło tu, ciepło i spokojnie. Prawie trzy tysiące obiektów kisi się bezpiecznie w magazynach. Dlaczego miałoby się coś zmienić?



Podobno brakuje pieniędzy. Tylko dlaczego właśnie teraz Centrum Kultury Zamek i Biblioteka Raczyńskich triumfalnie obwieszczają, że przyznano im, na świetnie przygotowane plany, blisko 30 milionów złotych. Można? Można, tylko trzeba chcieć. Muzeum Narodowe w Poznaniu ma problem nawet z napisaniem karteczek przy eksponatach w nowo wybudowanym Zamku Przemysła, a co tam jakiś oddział...



Nie byłoby się czym podniecać, gdyby te zbiory były nieciekawe. Ale to trzecie w Europie, po Brukseli i Berlinie, takie muzeum. Pełne arcydzieł o wielkiej wartości dla historii muzyki. Materialnych przykładów ważnego wkładu polskich mistrzów lutniczych w wysoką kulturę dawnej Europy. Mamy się czym chwalić i z premedytacją tego nie robimy. Nie chcemy, by przyjeżdżali tu goście z całej Europy. Niech idą w rynek na wódkę.





Już same fragmenty kolekcji, udostępnione dla zwiedzających, wprawiają w zachwyt. Można je celebrować godzinami. Cudowne przedmioty o fantazyjnych liniach. Malowane, rzeźbione, niepowtarzalne. Kruche i delikatne, a liczące sobie czasem setki lat. Kwintesencja ludzkich umiejętności, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Nie jakieś tam podłe grajotka, jak w dzisiejszym chińskim sklepie, tylko arcydzieła wyrafinowanego rzemiosła artystycznego. Chciałoby się je dotknąć, przejechać palcami po śladzie ręki mistrza, powąchać zapach starego drewna.



Dzisiaj nieliczni goście mogą co najwyżej polizać te skarby przez wypucowane szyby. Wszystkie zaprezentowane są w systemie: gablota, parę instrumentów z numerkami i dwie karteczki z lakonicznym opisem numerków. Po lewej - po polsku, po prawej - po angielsku. Drętwy, inwentaryzacyjny spis przedmiotów o fantazyjnych nazwach.



Nie dowiemy się niczego o szałamajach, dulcianie dyszkantowym, sordunie basowym, czy cynku krzywym tenorowym. Nie poznamy - perwersyjnej zapewne - historii fletu eunucha. Nie wzruszy nas opowieść o sztorcie, krumhornie czy serpencie. Choć zachwyci nas viola da gamba i arcylutnia, nie mówiąc już o cytarze i oboju d`amore, też się o nich niczego nie dowiemy.



Musimy poprzestać na zachwycie piękną formą surdynki, bo nikomu nie chciało się wydrukować na kartce, że ma ona „płytę wierzchnią świerkową; spodnia część żłobiona w kształcie wydłużonego owalu, składa się z pięciu pasków drewna prawdopodobnie śliwkowego, przedzielonych wzdłuż korpusu cienkimi paskami kości słoniowej; w górnej i dolnej partii spodu umieszczono płytki z kości słoniowej, zdobione grawerowanym i wypełnionym czerwonym pigmentem motywem roślinnym; główka surdynki przedstawia uskrzydlonego lwa, wykonana jest prawdopodobnie z kości; szyjka i komora kołkowa wykonana z drewna owocowego; boki i tylna część komory inkrustowane są prawdopodobnie kością ryflowaną i zatartą farbą koloru czerwonego; podstrunnica wykonana w technice inkrustacji monochromatycznej, z drobnych elementów w kształcie kwadratu i prostokąta (prawdopodobnie heban i kość).”







Mniejsza o subtelne szczegóły, ale na wystawie nie dowiemy się nic o typach instrumentów, o ich historii i rozwoju. Nic o polskim wkładzie w ten rozwój. Same nazwiska Dankwarta i Groblicza tego nie zastąpią. Nie ma tu żadnej informacji, co w historii budowy instrumentów znaczą takie nazwiska jak Amati, Guarnieri, czy Guadagnini. Są tylko jakieś skrzypce i przy nich te nazwiska, opisane wyczerpująco, jak w książce telefonicznej. Szczytem jest wywieszony plakat ze zdjęciem ostatniego nabytku muzeum, „dopiero co” kupionego klawesynu, na którym grał Wolfgang Amadeusz Mozart. Kupiono go w 2012 roku.



Muzeum nie pokazuje nic ze zbiorów rękopisów muzycznych, starodruków, pamiątek po muzykach, ikonografii, archiwaliów muzycznych. Nie prezentuje instrumentów ludowych ani instrumentów z kultur pozaeuropejskich. Nie pokazuje pracowni lutniczej.



Najgorsze, że w Muzeum Instrumentów Muzycznych panuje głucha cisza. Nie usłyszymy żadnego dźwięku na żywo. Nie odtworzymy brzmienia poszczególnych instrumentów z audioprzewodnika, jak w każdym tego typu muzeum na świecie. Nie dostaniemy żadnej płyty z muzyką instrumentów z kolekcji. Nie zobaczymy filmu z koncertu. Głuche muzeum muzyki to kompletny absurd.



Muzeum Instrumentów Muzycznych żyje jak jętka jednodniówka. Tylko jeden dzień w roku, a właściwie jedną noc. Tylko w Noc Muzeów. Wtedy jest tu gwar i ruch. Walą tłumy. Sale wypełnia cudowna, żywa muzyka historycznych instrumentów. Potem cała instytucja zapada w letarg.



Jaka szkoda, że nikomu się nie chce wykorzystać potencjału tego miejsca. Nawet dziecko, w minutę mogłoby sprawdzić w necie, jak to się robi w XXI wieku. Choćby w pobliskim Berlinie. Paru poznańskich lutników też mogłoby coś doradzić.



Co tam jakieś instrumenty muzyczne. Zwłaszcza, że w mieście muzyki i licznych festiwali muzycznych, mieście sławnych na całym świecie orkiestr i zespołów muzyki dawnej, mieście słynnych od pokoleń lutników - nikogo zdaje się to nie obchodzić. Czy aby na pewno?

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[06.02.2017, 15:51:49] Cztery pory roku w altanie

Słowo niewiadomego pochodzenia, choć brzmi z włoska. Nie tak kojąco jak jej staropolskie odpowiedniki: letniaczek, ciennik, albo po prostu chłodnik. Altana - niewielka, ażurowa budowla ogrodowa, o otwartych ścianach, dająca schronienie przed słońcem i deszczem. Jedzono w niej, odpoczywano w upalne dni. Dawno, dawno temu i dzisiaj też.



Altana to nieustająca inspiracja dla wszelkiej maści grafomanów i zakochanych. W końcu rym altana – zakochana zobowiązuje. Choć przydarzyło się ckliwie ją wykorzystać nawet Mickiewiczowi:
„Kędy szpaler altanę obrasta.
Na darniowym siedzeniu coś bieleje w cieniu:
To siedziała w bieliźnie niewiasta...”



Okropne, ale wieszczowi wszystko wolno. Gałczyński był bardziej finezyjny pisząc:
„Właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
Rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
Wiosenne gwiaździste niebo...”



Mimo nadmiaru zdań, w sedno altany trafił poeta podpisany Sławek:
„Gdzieś w ogrodzie jest altana.
W dzikie wino oplatana.
Ona jest tam dla wygody.
Odpoczynku i ochłody.
Ocieniona i w zieleni.
Urok cudny jej doceni.
Kto w altanie tej się skrywa.”



W malarstwie altana zaznaczyła swą obecność znacząco. A to za sprawą niesamowitego obrazu Aleksandra Gierymskiego. Jego dzieło „W altanie” trafiło nawet do szkolnych czytanek. I dobrze, bo nikt w historii polskiego malarstwa nie dał takiej odpowiedzi na propozycje impresjonistów. Nikt nie zbudował tak wielogłosowej symfonii światła i kolorów, sączących się w letni dzień przez listewkowe ściany ogrodowej altany. Zjawisko nie do sfotografowania, a co dopiero do namalowania. A Gierymski tego dokonał.





Moja altana, ta ze zdjęć, jest między zimowym ogrodem, a tym właściwym. W miejscu lekko podniesionym i ocienionym przez wysokie grusze. W najwęższej części ogrodu, gdzie przestrzeń zacieśnia się między domami. Dlatego nawet w najgorętszy dzień jest tu zawsze lekki przewiew.



Budowla ma kształt ośmioboku rozpostartego na drewnianych kolumnach. To po prostu równe, sosnowe pnie, z kory odarte. Spięte górą i przejrzystym dachem nakryte. O klinkierowych podstawach, z podłogą z kocich łbów, wyzbieranych z pobliskiego pola. Wokół ławy drewniane, wygodne. Pośrodku stoi stół ośmiokątny, zbity ze starych desek. Nogi stołu toczone, nie byle jakie. Mają dobre dwieście lat i pochodzą z zabytkowej pałacowej balustrady, wyrzuconej na śmieci. Ściany w kratkę, z listewek są wyplecione. Po nich dzikie wino się pnie, dalej wypełniając spód daszku i uciekając w górę na dom, ku słońcu.





Liście pnącza sączą do wnętrza chłodne, zielonkawe światło. Tylko na górze, wczesnym latem brzęczą pszczoły uwijające się wśród miododajnych, niepozornych kwiatków. Liściasta okrywa układa się dachóweczkowo. Kiedy pada, krople spływają po liściach szemrząc miarowo. Ale nie trzeba czekać na deszcz, by w upalne dni wywołać szmer wody. Wystarczy lekko odkręcić kran i popłynie baldachim perlistych kropelek, najpierw chłodząc daszek, a po krótkiej chwili spływając po zielonych ścianach altany. Dziesięć stopni chłodniej w upał, to jest coś.







Jak nigdy, smakują tu wtedy dopiero co ukręcone własnoręcznie lody. Pierwsze - na koniec wiosny, truskawkowe z listkami mięty, potem - renklodowe z cynamonem, wiśniowe z gorzką czekoladą. Na koniec, ku jesieni, przychodzi pora na sorbet ze śliwek węgierek z blisko stuletniego drzewa.





W altanie i smak śniadania jest wyjątkowy. Z akompaniamentem śpiewających ptaków, które milkną pod wieczór, gdy przychodzi pora zaproszenia gości na dobre wino. Tylko świece w żyrandolu się nie sprawdziły, bo kapią na głowę i wypalają się za szybko. To dlatego żyrandol w altanie mieni się wieczorami jak choinka. Bo właśnie tu znalazły całoroczne zastosowanie świąteczne lampki.









Czas w altanie płynie inaczej, odmierzany rytmem tajemniczego ogrodu wokół. Świetnie się tu czyta, pisze, nie, nie gęsim piórem, na komputerze. Tu się wspaniale rozmawia, rozmyśla i wypoczywa po ciężkim dniu. Z rzadka zabrzęczy mucha, uciekając w panice przed wróblem.





Z nastaniem jesieni częściej niż ludzie, goszczą w altanie ptaki. Mogą tu ucztować do woli, bo dojrzewają właśnie czarne owoce dzikiego wina. A jak listopadowa szaruga wywieje już ostatnie liście, zawsze mogą się pożywić, zawieszonymi wysoko pod daszkiem, okruchami i słoninką. Powieszoną specjalnie dla ogrodowego stadka sikorek. Tylko kosy wolą podziubać, zostawione dla nich na zimę, gruszki. Spoglądając ostrożnie na wszystkie strony, wypatrują wszędobylskiego kota sąsiadów.



Byle do wiosny, i tak przez kolejne pory roku altana trwa, porastając tylko gęściej i gęściej. I cierpliwie oczekuje ciebie, gościu. Przybywaj...

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora
rysunek Kamili Grzelak
reprodukcje dzieł A.Gierymskiego z Muzeum Narodowego w Warszawie

[czytaj więcej i komentuj]

[17.01.2017, 13:39:03] Bóg w Buku z Markiem Piekarczykiem

Dlaczego śpiewamy kolędy?(...)
Dlatego, żeby podawać sobie ręce.
Dlatego, żeby się uśmiechać do siebie.
Dlatego, żeby sobie przebaczać.

– pisał ks. Jan Twardowski. Jak w minioną niedzielę, na wspólnym kolędowaniu w kościele farnym w Buku. Nie przy okazji mszy, tylko na specjalnym koncercie z udziałem trzech kameralnych chórów i gwiazdy. Zaproszonej, nie betlejemskiej.



Buk to małe podpoznańskie miasteczko. Na uboczu. Ciche, spokojne i piękne. Czyste i zadbane. Wielkie kolędowanie odbywało się we wnętrzach jedynego w swoim rodzaju kościoła. Nie ma w Polsce podobnej świątyni, ujętej w formę starożytnej, greckiej budowli, z wysuniętym do przodu jońskim portykiem kolumnowym. Kościół jest dziełem jednego z największym architektów pierwszej połowy XIX wieku, Karla Fridricha Schinkla. To wspaniały przykład klasycyzmu. Gdzie indziej byłby to powód do dumy, ale nie u nas. Chwalimy się realizacjami włoskich architektów, ale nie Niemców. Chociaż to polscy parafianie zlecili projekt znakomitemu niemieckiemu architektowi, Polacy go zbudowali dla siebie przecież. Ilu Wielkopolan wie, że w Buku mamy dzieło architektury światowej rangi?







Kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika zbudowano w latach 1838-46. Zachował się w Berlinie, w Kupfersichkabinett, pięknie wykreślony, oryginalny projekt z 1828 roku. W czasie drugiej wojny światowej hitlerowcy zrobili tu magazyn. A uciekając w 1945 roku puścili kościół z dymem. Odbudowa, nadzorowana przez świetnego poznańskiego architekta Rogera Sławskiego, trwała długo. Ołtarze odtworzono dopiero na początku lat 90. W głównym zawisła pieczołowicie odmalowana, dobra kopia Matki Boskiej Literackiej, też zniszczonej w czasie wojny.







Piękne, choć surowe wnętrze, na czas koncertu rozświetliły światła w szalonych kolorach. Po różowoniebieskiej poznańskiej Farze myślałem, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Tam było tajemniczo, tu wyszło kiczowato i bajkowo. Niech tam, zawsze można zamknąć oczy. W końcu przyjechałem tu dla muzyki.



A kolędowy śpiew wypełnił tę przestrzeń bez reszty. Był komplet widzów, mieszkańcy przyszli po prostu do swojego kościoła posłuchać i zaśpiewać wspólnie najpiękniejsze polskie pieśni.







Bo kolędy, pastorałki, kantyczki to nasz wielki muzyczny skarb. Nie darmo Adam Mickiewicz wspominał z dalekiego Paryża: „Nie wiem, czy jaki inny kraj może się pochlubić zbiorem podobnym do tego, który posiada Polska... Mówię o zbiorze Kantyczek... Uczucia w nich wypowiedziane, uczucia macierzyńskie, gorliwej czci Najświętszej Panny dla Boskiego Dzieciątka, są tak delikatne i święte, że tłumaczenie prozą mogłoby je spospolitować. Trudno by znaleźć w jakiejkolwiek innej poezji wyrażenia tak czyste, o takiej słodyczy i takiej delikatności".



Tworzyli je zwykli ludzie i wielcy poeci. Jan Kochanowski, Piotr Skarga, Franciszek Karpiński i Juliusz Słowacki. Powstają i dzisiaj. Wszyscy znają choćby „Jest taki dzień...” Seweryna Krajewskiego.

W kolędowej muzyce jest cała nasza muzyczna tradycja. Znajdziemy tu polonezy, mazurki, oberki, kujawiaki, ale i melodie kościelnych pieśni, i kołysanki. Fryderyk Chopin zatopił „Lulajże Jezuniu” we fragmencie scherza h-moll, skomponowanym w dalekim od ojczyzny Wiedniu, gdzie po raz pierwszy poza Polską spędzał Święta. Komponował kolędy także Lutosławski.



Nazbierałoby się ich ponad tysiąc. A nigdy nie zostały wydane w całościowym zbiorze. Wiele z nich pokrywa kurz w klasztornych bibliotekach i archiwach. Słabo wychodzi nam dbanie i popularyzowanie narodowego dziedzictwa.



Pamięć o domowym kolędowaniu to najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Jak u mnie w domu, gdzie po wigilijnej wieczerzy ojciec przewodził wspólnemu, rodzinnemu śpiewaniu. Choć mistrzem śpiewu nie był, w poczuciu obowiązku wyśpiewywał pod niebiosy, jak umiał. Ja też. Kolędy budowały poczucie wspólnoty w ciężkich czasach.



Pieśni Bożonarodzeniowe śpiewało się od Pasterki do święta Trzech Króli, a nawet do 2 lutego, święta Matki Boskiej Gromnicznej. Kiedyś nie było tego charczącego dżingle bels w każdym markecie i to już od listopada.

Wiele osób nie lubi kolęd. Może trochę przez chałtury wielu okazjonalnych wykonawców. Wiadomo, że jak już wydało się swoje złote przeboje, płyty z koncertów, nieznane wersje znanych wersji, to zostają tylko kolędy. Czasem w udziwnianych na siłę przeróbkach.
Choć padam na kolana słuchając wykonania Czesława Niemena, czy Stanisława Sojki.



Na kolędowaniu w Buku najpierw dały popis lokalne chóry, wspaniale kontynuujące tradycję wspólnego śpiewania w Wielkopolsce. Chór Castellum Cantans z Kórnika, chór Soli Deo z Suchego Lasu i miejscowy zespół kameralny Amici Canti. Z wielką mocą zabrzmiały utwory znane wszystkim i te zapomniane. Głównie nasze, polskie, ale też angielskie i rosyjskie. Zabytkowe i współczesne. Religijne, ludowe obok skocznej piosenki Skaldów. Rozpisane wielogłosowo, z całą maestrią profesjonalnego wykonania. Pełnego radości i spontaniczności. Zwyczajne i monumentalne zarazem. Rozpięte między domowym śpiewaniem, a muzyką poważną z koncertowej sali. Rzadko już takie połączenie się zdarza. Na kolędowaniu w Buku się zdarzyło.



Najbardziej udało się to ostatniemu chórowi - z Buku właśnie, który porwał publiczność. I wprawił w zachwyt nawet główną gwiazdę koncertu, Marka Piekarczyka, kultową postać heavy metalowego zespołu TSA. Czekając z boku na swoją kolej, podśpiewywał razem z chórem „pa pa pa pa pa pa pa... ciągną, ciągną sanie, góralskie koniki...”. A potem już ze sceny zapytał: To wasz ten chór? Najlepszy był!





Przeprosił, że nie umie tak profesjonalnie, jak teraz uczą, że on amator tylko. I potrafi śpiewać jedynie całym sobą, po prostu sercem i duszą. Chropowatym, pełnym ciepła i niezwykłej mocy głosem. Czasem melorecytując tylko, a czasem wspinając się wysoko, wysoko. Śpiewał nie tylko kolędy. Była i cicha modlitwa i aria z musicalu „Jesus Christ Superstar”. Jedyny taki Jezus wśród metalowców, wydarł się niebiańsko. Występ zakończył lirycznie, swoim utworem „Gdzie jest nasza miłość”.



Chciałoby się napisać, że bisom nie było końca. Nic z tego, bo przecież na koniec musiało być obowiązkowe rozdawanie dyplomów i podziękowania. Szczególnie panu „Piekarskiemu” - jak zaznaczył sędziwy duchowny. Wszyscy występujący i mecenasi zrobili sobie wspólne zdjęcie. Na zakończenie razem odśpiewaliśmy ostatnią kolędę. Teraz mogę napisać, że pożegnalnym uściskom nie było końca. Przepełnieni dobrą energią mieszkańcy, powoli rozchodzili się do domów. Nie palili się specjalnie do opuszczenia tego miejsca. Ja zresztą też.



Wychodząc usłyszałem jeszcze, jak Marek Piekarczyk umawiał się z proboszczem, że go odwiedzi i przywiezie buteleczkę nalewki na orzechach ze stuletniego drzewa. Bo do Buku warto zajrzeć. Ot tak, nawet bez nalewki.

test i zdjęcia: Wojciech Hildebrandt

Wspólne kolędowanie odbyło się w Buku już po raz siedemnasty, pod godnym mecenatem starosty i burmistrza

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2017 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego