[24.04.2018, 14:01:23] Beksiński znany na wylot

Nikt nie zauważył, że w Poznaniu skończyło się coś ważnego. Zamknęła się cała epoka w kulturze Poznania. Art Station Foundation przestała organizować wystawy w Starym Browarze. I co? I nic. Poznaniacy nie lubią zawracać sobie głowy sztuką nowoczesną. Teraz będzie prościej i ładniej. Jak na wystawie prac Zdzisława Beksińskiego zorganizowanej już przez nowych właścicieli Starego Browaru.



Beksiński nieznany” – tak zatytułowano objazdowy pokaz reprodukcji prac tragicznie zmarłego artysty. Wystawa ta od dwóch lat wędrowała po Polsce. Pokazywano ją wcześniej w Krakowie, Rzeszowie, Lublinie, Słupsku, Toruniu, Gdańsku, Warszawie, Łodzi i Wrocławiu. W galerii na Dziedzińcu Sztuki można do 30 kwietnia oglądać ponad sto autorskich fotografii, fotomontaży i grafik komputerowych. W większości znanych od wielu lat.



Wystawie towarzyszą prezentacje filmów dokumentalnych o artyście. Można też założyć specjalne okularki i wejść wirtualnie do wnętrza niektórych obrazów Beksińskiego. Mistrzostwo świata w promowaniu dorobku malarza, grafika i rysownika – bez pokazania choćby jednej oryginalnej pracy. W najwspanialszej przestrzeni wystawowej Poznania wiszą same odbitki. Całość krzyczy od wejścia, jak na stronie Fundacji Beksiński „witamy w sklepie”. Klientów niewielu...





Wszyscy wiedzą, że Beksiński zanim zaczął malować, eksperymentował z fotografią, trochę rzeźbił i rysował. Mówiło się o tym, że te zdjęcia były nowatorskie i awangardowe. Miały zapowiadać przyszłe prace malarskie i komputerowe. Niektóre pojawiały się w mediach. Na poznańskiej wystawie można je zobaczyć w dużym wyborze. Są portrety, czasem bardzo ciekawe, abstrakcje na materiałach fotograficznych, kolaże, parę widoków miejskich i pejzaży.





Nie ma w tych fotografiach z lat 1955–1960 nic nadzwyczajnego. Ot poszukiwania ciekawych ujęć. Fotograficzne zabawy młodego inteligentnego architekta, który nudził się w mało inspirującej pracy. Daleko im do wcześniejszych fotograficznych poszukiwań Witkacego. Nie ma sensu stawiać ich obok światowej awangardy fotografii, jak próbują robić fani sztuki Beksińskiego.





Czymś więcej są komputerowe grafiki artysty. Tu Beksiński mógł dać prawdziwy upust swojej specyficznej wyobraźni.
Przez wiele lat byłem pod wielkim wrażeniem jego wizji, zwłaszcza tych architektonicznych. Z czasem znudziły mnie te zastępy odczłowieczonych postaci, kłębowiska kości i odpadków cywilizacji. Zaczęły irytować mnie wypowiedzi artysty, że jego obrazy nic nie znaczą, do niczego nie nawiązują, że tak mu się po prostu podobało. I tworzył te zimne i precyzyjne, niepodpisane obrazy całymi setkami. Nie wychodząc z domu, nie wyjeżdżając nigdzie, unikając ludzi i świata. A wyobraźnia to naczynie, które trzeba nieustannie napełniać doświadczeniami życia. Bo inaczej zamyka się i wyjaławia. I staje się źródłem pomysłów banalnych. Ile razy można wklejać w obrazy oczy i upychać na nich stosy kości?





Prezentowane osobno – w dużej ilości – komputerowe przeróbki zdjęć pochodzą z późniejszego okresu życia autora, z czasów jego fascynacji nowymi mediami. Są kolorowe, efektowne i… ani trochę nie poruszają. Spotkał je los podobny do tworzonej niegdyś komputerowej muzyki i pierwszych filmów science fiction. Technologiczny zachwyt szybko przeminął i dzieła tego okresu stały się na naszych oczach tylko historyczną ciekawostką.







Rozwój komputerowej techniki tworzenia obrazu zalał te wczesne próby milionami nowych i znacznie doskonalszych obrazów. Czas okazał się dla tych pionierskich poszukiwań bezlitosny. I nic tu nie pomogą zaklęcia Fundacji Beksiński, że jego dzieła „przez wieki wciąż zachwycać będą”. Nawet próby wykreowania wirtualnej rzeczywistości z jego obrazów mają się nijak do pierwszej lepszej komputerowej gry wchodzącej właśnie na rynek.





Co nie znaczy, że twórcy tych gier nie inspirują się pracami Beksińskiego. I tu tak naprawdę zadziwiające owoce wyobraźni tego artysty żyją w zbiorowej wyobraźni. Można je dostrzec w nominowanej do Oskara animacji Katedra Tomasza Bagińskiego i w paru topowych hollywoodzkich filmach pokazujących świat po totalnej zagładzie. To w taki sposób Beksiński zapisał się paradoksalnie w historii sztuki. Jako wielki inspirator. Bo wielkim malarzem nigdy nie był.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[01.04.2018, 08:11:47] Frank Gehry w Poznaniu!

Poznań wkracza do grona europejskich stolic kultury. Przedstawiona właśnie koncepcja nowej siedziby Orkiestry Amadeus autorstwa gwiazdy światowej architektury, Franka Gehry jest tego najlepszym dowodem.



Wszystko wskazuje na to, że lokalowe problemy Orkiestry Polskiego Radia Amadeus już niedługo będą należeć do przeszłości. Mimo światowej rangi tej zasłużonej instytucji kultury ta kwestia wydawała się nie do rozwiązania. Po przekształceniu w 2014 roku w samorządową instytucję kultury, finansowaną przez samorząd wielkopolski i Polskie Radio pojawiło się światełko w tunelu. I to zarówno w obszarze finansowania przyszłej inwestycji jak i kluczowej sprawy znalezienia dla niej odpowiedniej działki.




Jest szansa, że w świetnej lokalizacji uzyskanej od władz miast, na tyłach Parku Wieniawskiego, przy ulicy Zygmunta Noskowskiego, powstanie obiekt spektakularny, godny miana ikony architektury XXI wieku. W sąsiedztwie opery, niedaleko auli uniwersyteckiej i Akademii Muzycznej miejsce jest znakomite. Powstanie nowy, ważny punkt planu przywrócenia do życia ulicy święty Marcin i wegetującego poznańskiego centrum.



Zaprezentowany właśnie projekt jednego z najlepszych żyjących architektów jest największym zaskoczeniem. Dużo mówiło się o niedoszłej realizacji Franka Gehry, o Centrum Festiwalowym Cammerimage w Łodzi. Głośne było też wygranie przez niego w zeszłym roku konkursu na projekt zespołu budynków Akademii Muzycznej w Krakowie. Ale wobec zapewnienia finansowania z Unii Europejskiej to właśnie Poznań ma największe szanse na zbudowanie dzieła Franka Gehry.



Frank Gehry wszedł przebojem do światowej architektury swoją kosmiczną realizacją Muzeum Guggenheima w Bilbao. Miliony ludzi pielgrzymuja co roku, by podziwiać absurdalne kształty tego tytanowego obiektu. „Efekt Bilbao” stał się marzeniem wielu zapyziałych miast. Gehry, wraz z Zahą Hadid i Normanem Fosterem wyznaczył nową kategorię architektonicznych celebrytów w światowej architekturze, klasę starchitektów. Przyznanie mu w 1989 roku nagrody Pritzkera, odpowiednika nobla w dziedzinie architektury, było tego najlepszym potwierdzeniem. Jego szalone i pozbawione logicznego sensu projekty zmieniły nasz świat.



Tym bardziej więc cieszyć się należy, że Amadeusowi udało się zaprosić Franka Gehrego do współpracy. Jego polskie korzenie nie były tu bez znaczenia. To z terenów Polski, w 1908 roku jego dziadkowie wyemigrowali do Ameryki. W Łodzi urodziła się jego matka. - Jestem bardzo wzruszony – mówił Frank Gehry chodząc po Poznaniu. I z tego wzruszenia powstała ekscytująca wizja obiektu wprowadzająca Poznań na zupełnie nową orbitę.



Projekt nowej siedziby Orkiestry Amadeus jest prosty i skomplikowany zarazem. Wydłużony prostokąt rzutu zawiera w swym wnętrzu salę koncertową, studia nagraniowe i sale prób. Doskonale spełnia wymogi formalne takiego obiektu. Ale jego szalona forma rozrywa sztywne ramy technologii jego funkcjonowania. Widać tu odniesienia do sztuki nowoczesnej i muzyki współczesnej w szczególności. Pozornie pozbawionej sensu, o wieloznaczności i głębi ukrytej przed normalnymi konsumentami szeroko pojętej kultury. - Naszym zamierzeniem jest, by to miejsce żyło, było pełne światła, było bardzo witalne – powiedział Frank Gehry. Tak charakterystyczne dla niego porozrywane, falujące ściany, całkowicie akonstrukcyjna forma z trzema symbolicznymi wieżami będzie czymś wyjątkowym w polskiej architekturze.



Przyjdzie jeszcze pora na głębsze analizy. Ale już pierwsze wizualizacje mogą być szokujące dla zwykłych mieszkańców. W tradycyjnym i konserwatywnym Poznaniu taka realizacja na pewno wywoła gorące dyskusje i spotka się z krytyką. I dobrze! Tego Poznaniowi bardzo potrzeba.

Wojciech Hildebrandt

PS Tekst napisany został na okoliczność 1 kwietnia i wszystko jest w nim prawdziwe, oprócz faktu, że Frank Gehry zaprojektował coś dla Poznania...

[czytaj więcej i komentuj]

[29.03.2018, 20:12:33] Spotkałem Chrystusa ukrzyżowanego

Zawsze intrygowała mnie postać ukrzyżowanego. Jest wszechobecna. Maleńka i wytarta na różańcu babci, ogromna na przydrożnym krzyżu, na końcu rodzinnej wsi. Tysiącami umiera Chrystus na każdym cmentarzu, świętym obrazie, kościelnym ołtarzu. Mam też w oczach powracającą nieustannie scenę okrutnego mordu, opisywaną na wiele sposobów, inscenizowaną z przerażającą dosłownością bryzgającej krwi.



Ale nie o takich przedstawieniach najważniejszej ikony chrześcijaństwa chcę tu opowiedzieć. Bo od lat wynajduję i fotografuję takie, obok których przechodzimy obojętnie, niezauważone i porzucone. Szukam tych krucyfiksów, które nie wiadomo kiedy przestały być potrzebne, a ludzie i czas obeszły się z nimi bez ceregieli. Gniją gdzieś przysypane ziemią, pożerane przez korozję, połamane i kalekie. Za cmentarnym śmietnikiem, w szopie obok kościoła, czy w muzealnym magazynie.



Czasem, dla kontrastu, zbieram też zdjęcia pasyjkowej arystokracji. Bo nie mogłem oderwać wzroku od bizantyjskiego Ukrzyżowanego wykonanego z kości słoniowej, na maleńkim relikwiarzu wypatrzonym w katedralnym skarbcu w Sandomierzu. I od złotej figurki utopionej w błyszczącym torcie nadzianego szlachetnymi kamieniami tabernakulum pysznego ołtarza. Są równie poruszające jak wzruszające prymitywizmem ludowe, przydrożne świątki. Jak w społeczeństwie, można znaleźć Chrystusa króla i Chrystusa ostatniego dziada.



Najwięcej wizerunków Jezusa na krzyżu znaleźć można na cmentarzach. Interesują mnie te najstarsze, nie te prymitywne, z plastikowych i metalowych krzyżyków z chińskiej masówki. One nie mają duszy, nic do mnie nie mówią. Nie mają swojej historii. Takiej jak mały, rozsypujący się ze starości krucyfiks na zapuszczonym grobie, na starym cmentarzu w miasteczku Lubomierz. Na przewróconym ze starości drewnianym krzyżu, z ledwie czytelną tabliczką, wypisaną niewprawną ręką „Apolonia Chlebuś, żyła lat 93, zmarła w 1948 roku”. Staruszka dopiero co przywędrowała tu, gdzieś z kresów, wyrzucona z ojcowizny, by złożyć swoje kości na obcej ziemi. Zostało tylko moje zdjęcie i moja pamięć, bo grobu już nie ma.



Figurki ukrzyżowanego Chrystusa wykonywano je z różnych materii, z miękkiego kamienia, z drewna, z metalu. Te najstarsze, piaskowcowe, dawno już straciły swoją formę. Zeszlifowane przez deszcz nabrały kształtów prawie abstrakcyjnych. Inne, metalowe, starzeją się na wiele sposobów. Źle dobrane stopy pokrywają się siatką spękań, mienią kolorami, a i czasem rozpadają się na kawałki. Brakuje im rąk i nóg, a kiedy indziej odwrotnie, pozostają tylko przybite dłonie i stopy. Miękkie ołowiane, bądź cynowe wyglądają jak poranione. Rany Chrystusa nabierają w nich nowych treści.



Zdarza się na koniec, że znikają, rozpadają się do cna. Ale zostaje po nich negatywowy ślad, który przemawia jeszcze wymowniej. Podobnie jak przejmujące są te żelazne, pokryte liszajami rdzy, przeżerającej je na wylot jak prawdziwy trąd. Nawet te najnowsze, plastikowe, nie są wcale nieśmiertelne. Łuszczą się, obłażą z farby, puchną i rozpadają się szybciej niż byśmy się spodziewali.



Paradoksalnie figurki mogą być siedliskiem życia. Zwłaszcza te drewniane obrastają mchem i stają się same glebą, a kiedy indziej przerażająco obłażą pajęczynami. Z pokorą przyjmują nieudolne próby odnawiania i ratowania przed zatratą. Jak ten krzyż przydrożny, z zadziwiającą protezą ręki, wykonaną z rowerowych widełek. Cóż, proboszcz na kazaniu przykazał odnowić krzyże i kapliczki. 60 lat po wojnie parafianie dali się przekonać, że to nie mein Gott zwisa bezręki i zardzewiały na zbutwiałym krzyżu, tylko nasz Pan Jezus. Jak umieli, tak rękę z rurki dorobili, a ciało srebrzanką przelecieli jak trzeba.



Zachwyca mnie mnogość przedstawień tej jednej, boskiej osoby. Zupełne zaprzeczenie prawosławnego wizerunku Chrystusa, choć powtarzającego się w milionach ikon, to odwołującego się do jedynego prawdziwego odbicia oblicza Jezusa, oglądanego kiedyś w konstantynopolskiej świątyni. Europejskie przedstawienia Ukrzyżowanego mają różne emocje wypisane na twarzy. Czasem zamyślonej, w uśpieniu jakby, łagodnej, a kiedy indziej porażonej cierpieniem, o niesamowitej ekspresji. Mowa ciała figur też jest zróżnicowana. Są poskręcane w konwulsjach i sztywne, inne wyprostowane jak kadłub samolotu. Bywają muskularne i wychudzone, modelowe o wyszukanych, pięknych proporcjach, a czasami nieudolne, wręcz pokracznie pokrzywione. Nawet perizonium, wąska biodrowa opaska Jezusa, wiązana jest na tysiące sposobów. Wnikliwe studium draperii jest kształtowane w każdej epoce inaczej i w tajemniczy sposób współbrzmi z dramaturgią całej, przejmującej i pełnej napięcia sceny.







Przedstawienia Ukrzyżowanego które fotografuję, niosą wiele dodatkowych znaczeń i pozwalają stawiać na nowo odwieczne pytania. O granicę życia i śmierci, gdzie kończy się sacrum, a zaczyna profanum, gdzie to co cielesne staje się duchowe. Gdy materialny wizerunek rozpada się na naszych oczach i naprawdę znika, można inaczej spojrzeć na fenomen kenozy Chrystusa, jego ziemskiego wcielenia. A co chce nam przekazać Jezus ukrzyżowany, którego figurkę odwróconą tyłem znalazłem zatopioną w piachu, w małym francuskim miasteczku Loches?



Zapraszam do zobaczenia tych wielkoformatowych fotografii w kościele jezuitów w Poznaniu. Tu powstała z nich olbrzymia kompozycja przestrzenna, sięgająca prawie 10 metrów wysokości. Została zbudowana z 27 fotogramów, na kształt prostokątnej, ażurowej zasłony z wyciętym zarysem krzyża pośrodku. Zawisła pod łukiem tęczowym, między prezbiterium, a główną nawą, niczym zasłona w jerozolimskiej świątyni. Przez nią, nie tak jak na co dzień, jawi się dekoracja głównego ołtarza i postać Jezusa na centralnym obrazie. I to zupełnie inaczej w świetle dnia i w słońcu przedpołudnia, gdy ciemnieje prześwietlona, i inaczej w zapadającym mroku, gdy sama świecić zaczyna.



Wielkanocna instalacja powstała z wyjątkowej inicjatywy o. Jacka Wróbla SJ, dyrektora Galerii u Jezuitów i pod patronatem Związku Polskich Artystów Plastyków, przy wielkiej pomocy prezesa okręgu poznańskiego Pawła Napierały. Można ją oglądać od 28 marca do 8 kwietnia.



Zapraszam do przejścia tej drogi, od wejścia do świątyni, ku ołtarzowi, przez prześwit wielkiego krzyża. I powędrowania wzrokiem przez mnogość obrazów ukrzyżowań. Może opowiedzą ci swoje historie. Ku wielkanocnej refleksji.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[25.03.2018, 21:44:00] Walka o szkołę

Czy w wolnym od dawna kraju, w środku Europy, w pełni XXI wieku trzeba walczyć o szkołę? W podpoznańskich Wirach mieszkańcy stoczyli właśnie taką batalię. Wydarzenie w Polsce bez precedensu. Zwykli ludzie stanęli razem w obronie architektury i uchronili budynki szkoły przed wyburzeniem.



Wiry to pięknie położona miejscowość na południe od Poznania, wzdłuż rzeczki Wirynki i na granicy Wielkopolskiego Parku Narodowego. Kilka lat po drugiej wojnie światowej, przy cichej ulicy, nieopodal pozostałości zabudowań dawnego folwarku, zbudowano tu na pagórku przedszkole, a obok szkołę. Był to krótki okres wolności twórczej w polskiej architekturze, przed czasami schematów typowych projektów narzucanych z Warszawy. W Wirach zaowocował on powstaniem tradycyjnego w formie, ciekawego budynku przedszkola na rzucie litery C, z wewnętrznym dziedzińcem – tarasem.


przedszkole


A sto metrów dalej, w roku 1952 oddano do użytku nową szkołę podstawową. O zadziwiającej i niepowtarzalnej formie. Wychodzącej naprzeciw europejskim poszukiwaniom nowej architektury szkolnej i nowatorskim eksperymentom pedagogicznym mającym zmienić skostniałą formułę tradycyjnej szkoły. Nawiązuje ona do idei szkół Open Air, powstałej przed II wojną światową we Francji, Niemczech i Holandii. Były to obiekty otwarte na słońce, dobrze oświetlone i wentylowane. Położone pośród zieleni i otwierające się na naturę. Często, tak jak w szkole w Wirach, złożone z zespołu pawilonów, połączonych przeszklonymi łącznikami. Z dziedzińcami pełnymi zieleni.


Suresnes we Francji, szkoła w układzie pawilonowym, projekt z 1931 roku

W Wielkopolsce, szanującej tradycję i polskie elementy w architekturze, nowe szkoły nawiązywały formą do stylów historycznych. Tu w Wirach mamy do czynienia z jedynym w swoim rodzaju połączeniem architektury tradycyjnej i najnowszych na świecie, awangardowych rozwiązań. Główny budynek frontowy nawiązuje wprost do architektury polskiego dworu, z jego symetrią i centralnym portykiem z trójkątnym tympanonem oraz wysokim dachem. Jego ciekawa forma straciła szlachetność przez ocieplenie ścian w latach dziewięćdziesiątych. Uzupełnieniem polskiej formy budynku frontowego, pasującej do sąsiedniej, wiejskiej zabudowy, jest pawilonowy układ sal lekcyjnych, ułożonych wzdłuż długiego korytarza, wykreślonego na regularnym łuku koła. Pawilony łagodnie schodzą po wyniosłości pagórka i są zgrabnie wpisane w teren. Całość założenia jest zakończona budynkiem mieszczącym salę gimnastyczną i kotłownię z zapleczem gospodarczym.







Szkoła, wraz z sąsiednim przedszkolem stanowi rzadki w powojniu przykład poszukiwania stylu narodowego, w dialogu z architekturą światową. Ze wszech miar zasługuje na opiekę i zachowanie. Ze względu na swą wyjątkowość powinna być objęta opieką konserwatora. Mam nadzieję, że nastąpi to wkrótce i uda się też znaleźć nazwisko projektanta. Niestety nie zachowała się dokumentacja projektowa. Jedyne co wiadomo z opowiadań najstarszych mieszkańców, to to, że budynki miały pierwotnie mieć funkcję szpitalną. Taka funkcja miała być pretekstem podjęcia budowy, choć wewnętrzne schody przy każdym pawilonie znacznie utrudniałyby takie przeznaczenie.



Wirowska podstawówka ma swój niepowtarzalny klimat i dobrze zapisała się w pamięci kilku pokoleń uczniów. Nic też dziwnego, że szokiem dla wszystkich była decyzja władz gminy o jej wyburzeniu. Dla dobra mieszkańców oczywiście. Otóż potrzeby edukacyjne Wir zaczęły znacznie przekraczać możliwości przestrzenne starej szkoły. Pilnie potrzebna była jej rozbudowa lub budowa nowej. Co w tej sytuacji robią władze gminy? Nie pytając się nikogo, bez konsultacji z mieszkańcami, przedstawiają projekt rozbudowy szkoły. Obok starych budynków ma powstać nowy. Tylko po to, by potem rozebrać obecne budynki. Dla zachowania pozorów dyskusji, mieszkańcy sami mają wybrać sobie jeden z dwóch wariantów. Czy nowy, nie pasujący do niczego kloc ma mieć dwie, czy trzy kondygnacje?


koncepcja alternatywna dla pomysłu wyburzenia szkoły przedstawiona przez mieszkańców Wir

Nagle, ktoś w gminie zauważył zły stan techniczny istniejących budynków i gigantyczne koszty ich przystosowania do obowiązujących norm budowlanych. Choć dotychczas zadbana szkoła jakoś je spełniała. Podobno popękane gmachy zaatakowała wilgoć zagrażająca uczniom. Tylko, że szkoła nie ma żadnych pęknięć w murach konstrukcyjnych, co w tak długim i rozczłonkowanym budynku, położonym na pochyłym terenie, świadczy o świetnym stanie. A zawilgocenie wynika z braku czyszczenia rynien i niechlujnego ocieplenia ścian, przeprowadzonego całkiem niedawno. To dla władz gminy był wystarczający pretekst do wyburzenia istniejących gmachów.


projekt który wygrał konkurs, niszczący starą szkołę i kontekst urbanistyczny otoczenia

Takie postawienie przed faktem dokonanym, decyzji o rozebraniu istniejącej szkoły, było dla mieszkańców Wir nie do przyjęcia. Skrzyknął ich sołtys Wir Dominik Występski i z jego inicjatywy zaczęła sie walka o szkołę. Pod protestem podpisało się ponad tysiąc osób. Przyjechały telewizje, pojawiły się artykuły w prasie. W efekcie tej akcji władze gminy wycofały się z pierwotnego projektu. I ogłosiły konkurs architektoniczny na projekt szkoły, organizowany przy udziale Stowarzyszenia Architektów. W regulaminie mieszkańcy zastrzegli, że projekty konkursowe muszą uwzględniać zachowanie istniejących budynków (z wyłączeniem ostatniej części z kotłownią i salą gimnastyczną). Zapowiadało się pięknie.


jeden z dwóch projektów, który przegrał o jeden punkt (druga nagroda) szanujący istniejące budynki


Do konkursu zgłosiło się aż 40 renomowanych poznańskich pracowni. Zdecydowana większość przestraszyła się konkurencji i ostatecznie złożono 9 projektów. Proponowane rozwiązania były poprawne. Zabrakło wybitnych. Może konieczność dostosowania się do istniejących budynków była zbyt trudna. 8 projektów uszanowało ograniczenia wynikające z regulaminu konkursu. A jeden poszedł zupełnie na przekór i zakładał, jak w pierwotnym pomyśle gminy, wyburzenie całej części pawilonowej. Prawnik gminy wydał opinię, że nie widzi żadnego problemu w dopuszczeniu do konkursu tego nie spełniającego warunków projektu.





I stał się cud. Obiektywne jury wybrało ten projekt do realizacji. Nie muszę dodawać ilu członków jury reprezentowało gminę. Wystarczająco. Ale mieszkańcy Wir jeszcze raz stanęli w obronie swojej szkoły i oprotestowali wyniki konkursu. Na burzliwym zebraniu wiejskim wójt gminy ugiął się i zakomunikował, że szkoła powstanie w nowym miejscu. Niedaleko, na pustym terenie po dawnym folwarku. I poprosił sołtysa Dominika Występskiego o uwagi do przygotowania nowego projektu. W końcu już niedługo będą wybory samorządowe i po co robić sobie wrogów.



A stara szkoła ma się dobrze. Na razie 5 dodatkowych, brakujących klas urządzono w nowoczesnych, połączonych kontenerach. A w przyszłości będą tu oddziały przedszkolne, harcerze, kluby sportowe, zajęcia dla seniorów i dom kultury. Ku chwale obywatelskiej społeczności Wir i polskiej, dobrej architektury.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia z góry ze strony szkoły
pozostałe zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego