[17.01.2018, 09:22:37] Otwarta przestrzeń

Maleńka oranżowa plamka przysiadła gdzieś z boku czarnego prostokąta. Raz pomiędzy cichymi szarościami na bielach zapomnienia, a kiedy indziej zaczerwieniona smuży uciekając przed polem przetartego fioletu. Trzeba czasu i skupienia by je wypatrzeć i zanurzyć się w obrazy Bogdana Wojtasiaka.



Obecność to tytuł otwartej właśnie wystawy malarstwa profesora Bogdana Wojtasiaka. Można ją oglądać do 31 stycznia 2018 roku w galerii Wydziału Malarstwa i Rysunku poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego przy ulicy Szewskiej 16. Prezentuje prace z ostatniego okresu twórczości, od 2013 roku.







Bogdan Wojtasiak to wieloletni pedagog poznańskiej uczelni artystycznej. Od lat prowadzi pracownię rysunku. Przeszły przez nią już dwa pokolenia artystów. Dostali dobrą szkołę, godną prawdziwej Akademii. Z solidnym, klasycznym warsztatem, dającym oparcie ulotnej wyobraźni. Uczył też malarstwa w Wielkopolskiej Szkole Architektury i Sztuki. To świetny nauczyciel, pełen ciepła i wrażliwości, cierpliwie pochylający się nad każdą kreską adeptów sztuki.


dawny księżyc

Malarstwo profesora Bogdana Wojtasiaka wymyka się prostemu opisowi. Jest autonomiczne i wyjątkowe. Nie wpisuje się w artystyczne mody i kierunki. Jest przeżywaniem zjawisk przestrzennych i powolnym doświadczaniem czasu. Zagospodarowaniem ciszy, wydobywanej mozolnie z bieli obrazu. Subtelną analizą fragmentów rzeczywistości, kawałka widoku, faktury starej deski, ornamentu liścia.


poezja (światło w czasie)


światło w wewnątrz


preludium do zimy 2

Ale też bywa przetworzeniem sennej jawy i ulotnych zdarzeń. W płaszczyźnie obrazu i poza nią. W spękaniach płótna i wymykając się ograniczeniom ramy. Wciągając do gry przypadek. Muskając tylko świat realności, by zaraz powędrować na manowce ścieżkami wyobraźni. Nie każdy da się zabrać w tę podróż.


ukochane myśli


otchłań

Artysta tka dywany swoich obrazów czasem spontanicznie, a czasem mozolnie. Bywa, że wraca do starych prac i nabudowuje nań kolejne piętra przemyśleń. Otwiera im wciąż nowe, wewnętrzne przestrzenie. Rozbłyskują one znienacka plamą ostrego koloru, a częściej snują się delikatnie między barwnymi ćwierćtonami, o zestawieniach dostępnych tylko dla najbardziej wrażliwych oczu. Nawet to, czy powierzchnia jest matowa, czy lśni ma znaczenie.





Mówił kiedyś „ Figura ogranicza się w moich obrazach do form geometrycznych. Staram się nadać im walor „doskonałości’’, która jednak ma być funkcją koloru, a nie złudnej perspektywy. Umieszczenie figury w polu jest zadaniem fascynującym...”





Na oknie galerii autor nakleił maleńką żółtą karteczkę, zawierającą taką to opowieść: Bardzo, bardzo długo tkwił w samym środku żółtej kartki. Oglądał ją po raz któryś. Nieraz myślał o tym, co znajduje się poza nią, teraz postanowił to sprawdzić. Gdy wyszedł na zewnątrz znalazł się w niej. Był pewien, że za każdym następnym razem będzie w niej. Za kolejnym n-tym razem ujrzał doo56koła siebie otwartą przestrzeń. Nie czynił już żadnego wysiłku.



Taką żółtą kartkę, namalował artysta na środku obrazu przedstawiającego widok przez balkon pracowni w 1980 roku. Na wystawie, w dużym, ciemnym obrazie, bez daty, Bogdan Wojtasiak wrócił do tego widoku. Tylko, że zamiast żółtej kartki namalował pośrodku czarny, połyskujący kwadrat, przesłaniający prawie zupełnie widok balustrady balkonu dawnej pracowni. Otwartą przestrzeń?

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[08.01.2018, 12:49:01] Moc kolędy

Daleko za miastem nadchodzi noc. Wiejskie chałupy jak duchy zapadają się w mrok. Tylko z wnętrza starego, drewnianego kościoła bucha światło. Od ołtarza słychać śpiew. Co tam, że zimno, nigdzie kolędy nie brzmią tak pięknie jak tutaj, w opuszczonej na co dzień świątyni...



Święta Bożego Narodzenia dla wielu, to jak wielki festyn organizowany przez centra handlowe. Z jazgoczącym z głośników „Dżingl bels, dżingl bels, dżingl onzełej”. I stadami obleśnych, wielkich, czerwonych krasnoludów, podszywających się pod świętego Mikołaja. Gdzieś na bok odchodzi refleksja nad prawdziwym znaczeniem tych dni.





Nawet kościoły prześcigają się w mnożeniu atrakcji. Kto zamontuje więcej kolorowych lampek migających jak szalone, kto wybuduje największą szopkę? Sterowane komputerem dzwony wygrywają angielskie melodie świąteczne. Dobrze, że chociaż na mszy jest miejsce na wspólne śpiewanie, na kilka najbardziej znanych polskich kolęd. W ilu domach jeszcze śpiewa się je głosami całej rodziny, poza krótką chwilą wigilijnej wieczerzy?





Kolędy, pastorałki i dawne kantyczki to nasze wspaniałe, narodowe dziedzictwo i wielki muzyczny skarb. Pisany przez poetów i komponowany przez muzycznych gigantów, ale też i prostych, wiejskich grajków. Powstawały na bogatych dworach, w ciszy klasztorów i w biednych, drewnianych kościółkach. I dzisiaj wciąż tworzy się nowe.





W kolędowej muzyce mieści się cała nasza muzyczna tradycja. Znajdziemy tu i polonezy i mazurki, oberki i kujawiaki, melodie pieśni kościelnych i kołysanki. W żadnym kraju nie uzbierałoby się, jak u nas, ponad tysiąca takich utworów. A to tylko liczba tych, które się zachowały. Z trudem można się ich doliczyć, bo nigdy nie został wydany ich kompletny zbiór. Specjaliści od naszego narodowego dziedzictwa mają inne zainteresowania.



Wiele osób kolęd nie cierpi. Może nie kochają namolnej ludowizny w cepeliowskiej wersji, albo wydziwionych wykonań szukających dodatkowego zarobku wokalistów. Nie każdy poczuje świąteczny nastrój wśród kilkutysięcznej widowni poznańskiej Areny, na objazdowym koncercie kolęd, choć nie brakuje tam mistrzowskich wykonań. W tłumie to da się odśpiewać co najwyżej hymn.





A można inaczej. Trzeba docenić lokalną inicjatywę pobiedziskiego zespołu Wiwaty. Ten zespół pieśni i tańca realizuje właśnie cykl koncertów z polskimi kolędami i pastorałkami w drewnianych kościołach Wielkopolski. W jego ramach, w ostatnich dniach minionego roku Wiwaty występowały w Węglewie i Kleszczewie. Można jeszcze uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu 14 stycznia w Siekierkach Wielkich i 21 stycznia 2018 roku w Wierzenicy. A mi było dane brać udział w koncercie podczas święta Trzech Króli w Dziekanowicach, w kościele na terenie Wielkopolskiego Parku Etnograficznego.



Już samo miejsce koncertu było jedyne w swoim rodzaju. Drewniany kościół z 1719 rok, z barokowymi ołtarzami i amboną, powstał bowiem w Wartkowicach, na wschodnim skraju Wielkopolski. Mieszkańcy tej wsi, w połowie lat 80 postawili sobie nowy kościół, w formie peerelowskiego, żelbetowego kloca. A stary, piękny, choć niechciany dostał szansę drugiego życia w skansenowskiej wsi w Dziekanowicach.





W czasie koncertu polskich kolęd kościół był pełen wiernych, jak za dawnych lat jego świetności.. Byli i miejscowi i goście z daleka. Śpiewający kolędnicy ruszyli najpierw pochodem w gwiazdą i trzema królami przez wieś. Mimo wieczornej pory, kolory ludowych wielkopolskich strojów zalśniły pełnym blaskiem. A Wiwaty zaprezentowały całą kolekcję dawnej mody naszego regionu. Od strojów szamotulskich, przez biskupiańskie, bamberskie po ubiory z zachodniej Wielkopolski.



Śpiewakom towarzyszyła ludowa kapela z basami, kozłem weselnym, skrzypkami, akordeonem i trąbką. Koncert pięknie prowadził, grał na kilku instrumentach i też śpiewał jego wieloletni kierownik Andrzej Horbik. A kolędowy śpiew i muzyka w zabytkowym i kameralnym wnętrzu drewnianego kościółka zabrzmiały wspaniale. Żywo i ekspresyjnie, w klimacie i nastroju prawdziwych polskich Świąt. Słuchacze w różnym wieku, nawet dzieci, dali się ponieść artystom gdzieś bardzo wysoko. To było wyjątkowe przeżycie.







Repertuar zawierał ciekawy zestaw bożonarodzeniowych pieśni. Zespół przypomniał utwory mało znane i bardzo stare. Choć znalazła się wśród nich i współczesna kolęda napisana przez Wandę Chotomską z muzyką Zygmunta Preisnera. Niektóre ze wschodu Polski, a były i ze Spisza i Orawy. Nie tylko proste i ludowe, skoczne i radosne, ale też poważne jak Pieśń o Narodzeniu Pańskim Franciszka Karpińskiego z 1792 roku.

Podnieś rękę, Boże Dziecię!
Błogosław Ojczyznę miłą.
W dobrych radach, w dobrym bycie,
Wspieraj Jej siłę Swą siłą...”



Ta modlitwa, napisana w chwili niepewnej przyszłości ojczyzny, zakończyła koncert. Kolędy zawsze budowały poczucie wspólnoty w ciężkich czasach. I dawały nadzieję. Tak jest i dzisiaj. Śpiewajmy je!

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[28.12.2017, 21:30:05] Bitwa pod wiatrakami

Widowisko historyczne, inscenizacja powstańczej bitwy to nie to samo, co smętna, oficjalna akademia ku czci. To wciąż aktualna i żywa historia, jakże inna od stawiania wielkich, metalowych pamprów na wysokich cokołach. Docenili to okoliczni mieszkańcy, którzy w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia tłumnie przybyli na pagórek pod trzema wiatrakami, na skraju Osiecznej.



Małe, wielkopolskie miasteczko położone nieopodal Leszna ma wszystko, czego potrzeba do życia. Piękne położenie nad jeziorem, zamek, dwa kościoły, parę marketów i kameralny, kolorowy rynek. Nie przypadkiem miejscowa szkoła nosi imię Powstańców Wielkopolskich. Bo właśnie tutaj - 11 stycznia 1919 roku – starły się oddziały polskie i niemieckie, co zadecydowało o przebiegu południowej granicy Wielkopolski. Nie była to wielka bitwa, ale dzięki niej pobliskie Leszno znalazło się po polskiej stronie.



Wzięło w tej potyczce udział około 350 powstańców z Krzywinia, Kąkolewa i Osiecznej. Przeciwko nim stanęło 400 żołnierzy pruskiego Grenschutzu z 37 pułku fizylierów z Krotoszyna i 11 pułku grenadierów z Wrocławia, pod dowództwem porucznika von Bismarcka. Zbieżność nazwisk z kanclerzem Rzeszy Niemieckiej przypadkowa, ale symptomatyczna. Prusacy mieli nawet artylerię, dwa działa polowe, miotacz min i trzy ciężkie karabiny maszynowe. Polakom musiały wystarczyć ręczne karabiny, granaty i kilka karabinów maszynowych.



Walki trwały na szerokiej linii. Najpierw do sąsiedniego Kąkolewa podjechał niemiecki pociąg pancerny. Wkrótce zauważono nadciągających od strony Leszna żołnierzy. Polski nauczyciel Bensch wykonał ostrzegawczy telefon do polskiego księdza Steinmetza w Osiecznej. Dźwięk trąbki straży pożarnej poderwał powstańców prosto od obiadu: „Niemcy, Niemcy idą!”. Powstańcze oddziały zajęły pozycje obronne na wzgórzu z wiatrakami i na pobliskich łąkach. Niemcy ostrzeliwali miasto i klasztor reformatów. Użyli nawet pocisków z gazem bojowym, robiąc spore zamieszanie w powstańczych szeregach.



Niemcy rzucili w bój wszystkie siły, podchodząc pod ostatnie od strony miasta wzgórze z wiatrakami. Wtedy to nasi ławą ruszyli do ataku, pod osłoną karabinów maszynowych. To wystarczyło, by przeciwnik zarządził odwrót, który szybko zamienił się w bezładną ucieczkę w kierunku Leszna. Powstańcy ścigali ich daleko, aż zapadające ciemności przerwały starcie. Uciekający Niemcy dostali się jeszcze pod ostrzał nadciągających z odsieczą polskich oddziałów z Kościana i Koronowa.





Wygrana przez powstańców bitwa zakończyła się liczbą 4 zabitych po stronie niemieckiej i 3 po stronie polskiej. Prusacy pozostawili 5 ciężko rannych, a nasi mieli ich 6, do tego 10 podtrutych gazem. W walce liczy się skuteczność działań, a nie wielka liczba ofiar.





Na wieść o porażce i na widok uciekających niemieckich żołnierzy, w Lesznie wybuchła panika. „Die Polen kommen” - Polacy nadchodzą – krzyczano na ulicach. Ale do zajęcia Leszna Polakom sił już zabrakło.





Wiatraki na wzgórzu pod Osieczną przetrwały bitwę. Pracowały jeszcze do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A obecnie są objęte ochroną i mieszczą Muzeum Młynarstwa i Rolnictwa. Ten z 1763 roku ma zachowane kompletne wyposażenie. Oryginalny, polski wynalazek, jeden z pierwszych przykładów wykorzystania energii odnawialnej. I to z czasów, gdy nikt sobie nie zawracał głowy wymyślaniem takich nazw. Tu w Wielkopolsce zawsze dbano o dziedzictwo po przodkach i to nie przypadek, że większość polskich wiatraków ocalało właśnie tutaj.



A właściciel i dyrektor Muzeum, młynarz od pokoleń, od wielu lat przykłada do tego swoją rękę. Prowadzi o wiatrakach portal internetowy i dokumentuje ich stan. Pomaga też przy pracach konserwacyjnych. Organizuje przy osieckich wiatrakach imprezy plenerowe, takie jak opisywana tu inscenizacja bitwy pod wiatrakami z 1919 roku. Sam przebrany w pruski mundur, ale z polską, narodową, biało czerwoną kokardą. Bo w pierwszym etapie Powstania Polacy nie mieli jeszcze własnych mundurów. Tu, pod Osieczną przewiązywali ramię paskiem białego płótna, by odróżnić się od wroga.





Na tegoroczne uroczystości, w 99 rocznicę Powstania Wielkopolskiego ściągnęli żołnierze i strażacy. W odtworzeniu przebiegu bitwy wzięły udział grupy rekonstruktorów z Ostrowa Wielkopolskiego i Lubonia, wraz z dużą grupą uczniów miejscowych szkół. Nie tylko w mundurach, bo i w strojach ludowych, miejskich z epoki. Była też żeńska obsada szpitala polowego. W wielkich namiotach serwowano gorącą grochówkę i rozdawano jeszcze ciepłe, małe chlebki. Tylko napis, wymalowany niemieckim gotykiem przerażał – chleb tylko dla Polaków.



Już godzinę wcześniej zebrał się tłum gapiów. Całe miasteczko i mnóstwo przyjezdnych. Odpicowane świątecznie dziadki i pełno dzieciaków. Nawet kilkuletnie pchały się do przodu, by nagrywać wydarzenie na swoje komórki. Przedstawiciele władz poprawiali okolicznościowe wiązanki, a fotoreporterzy siali zamieszanie wśród przebierańców.



Aktorzy dopracowywali strategię bitwy – „sami zobaczycie, oni zaczną spieprzać, to wtedy wy za nimi”. Trwało to i trwało, tłum gęstniał. I choć nie był to mroźny dzień jak sto lat temu, zimny wiatr robił swoje. Na szczęście przemówienia były krótkie. Wszyscy ucieszyli się, gdy prelegentka poinformowała, że dzięki bitwie w żyłach mieszkańców Osiecznej płynie biało czerwona krew.





Ale największy aplauz wywołały wystrzały z prawdziwej armaty. Powietrze zadrżało, ziemia się zatrzęsła prawie, dym granatów zasnuł niebo, buchnął też przykładnie ogień. Pruski oficer wrzeszczał komendy dobrym niemieckim, a powstańcy obyli się bez dowództwa, improwizując żywiołowo. Grupa miejscowej ludności w strojach z epoki przebiegła przez linię frontu na polską stronę. Było parę żołnierskich pojedynków jeden na jeden, wyraźnie wygranych przez naszych. Prusacy zgrabnie najpierw rozwinęli, a potem zwinęli swoje szyki i odmaszerowali na zasłużony ciepły posiłek. Na koniec wszyscy dostali wielkie brawa. Widzowie byli zachwyceni. Żywa lekcja patriotyzmu udała się znakomicie.



Wśród pokazu fajerwerków na szybko ciemniejącym niebie udałem się do drewnianego budynku Muzeum na herbatę z dużym kawałkiem makowca. Zasiadłem przy wielkim stole, zaraz obok migoczącej z wnętrza żółtymi płomykami, rozpalonej, żelaznej kozy. Wśród niedawnych widzów widowiska, komentujących występy sąsiadów i znajomych. I dałem się poczęstować świątecznym ciastem i czekoladkami przez zupełnie mi nieznanych, a tak sympatycznych mieszkańców miasteczka. W końcu to Święta przecież.



Wojciech Hildebrandt
korzystałem z materiałów organizatorów
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[23.12.2017, 22:42:23] Miasto zrobione na szaro

Poznań został zdominowany przez kolor błota, brudnego piachu i pomyj. Wszędzie szaro. Czy to znak upadku miasta, efekt brudu opadającego ze smogiem? Otóż nie, to realizacja wyrafinowanej estetycznie „reformy kolorystycznej”, lansowanej przez nasze miasto.



Najkrótsze dni w roku to jednocześnie brak słońca, w dodatku - już któryś rok z rzędu - ogołocone z zieleni drzewa nie pokrywa skrzący śnieżek. Byle jakie zimy nastrajają depresyjnie. Ciemno wszędzie, szaro wszędzie, co to będzie, co to będzie? Wiadomo - będzie gorzej. Bo miasto konsekwentnie, od kilku lat, planowo pozbawiane jest kolorów. Taki paradoks graniczący z paranoją. Podobno kreujemy wizerunek nowoczesnej, otwartej i tolerancyjnej metropolii, a jednocześnie nasze miasto prowadzi bezwzględną walkę z kolorem.



Jak głoszą oficjalne wypowiedzi ważnych urzędników, mówimy dość radosnemu wybuchowi barw, jaki nastąpił po odzyskaniu wolności. Wolność przecież nie może oznaczać anarchii. Porzundek musi być! Nie może być tak, że właściciel sam decyduje, jaki kolor domu chce mieć. Jakie szczęście, że w ramach tej koncepcji wolności, urzędnicy nie doszli do dekretowania kolorów ubrań i prywatnych aut.



Szkoda tylko, że pod hasłem walki z kolorystycznym bałaganem i pstrokacizną, czy pastelozą, wypowiedziano wojnę kolorom w ogóle. Przemalowywanie miejskiej infrastruktury na szaro, a prawie wszystkich kamienic w odcieniach brudnego piachu i betonu, nie tworzy nowej wartości w mieście. Wręcz przeciwnie Poznań wiele traci. Staje się miastem coraz bardziej nudnym i depresyjnym wizualnie, wręcz odpychającym.



Może ktoś powiedzieć, że to kwestia subiektywna, rzecz gustu. Nie tylko. Ma to też wymierny charakter. To nie jest przypadek, że po oddaniu konsekwentnie zszarzonej Kaponiery, kierowcy zaczęli wjeżdżać na niewidoczne słupy. A w podziemiach, wykończonych wesoło, niczym krematorium, od ponad roku nikt nie chce wynajmować od miasta pustych lokali. To wymierne straty, do których przyczyniła się błędna polityka miasta w kwestii depresyjnej kolorystyki wnętrz. Wszyscy stamtąd uciekają.



Wiem, że narażam się fundamentalistom od cudownej faktury betonu, zjawiskowej zardzewiałej blachy i klinicznej białej farby. Trudno, nie da się dyskutować ze ślepymi o kolorach. Wyrosło w Polsce całe pokolenie ślepców. Wiedza o harmonii barw stała się niepotrzebna. Nie uczy się tego na studiach architektonicznych. Nie zauważyłem, by przekazywano ją studentom historii sztuki. Ile jest miejsca dla psychofizjologii widzenia i wiedzy o oddziaływaniu kolorów na Akademiach?







Niby skąd urzędnicy mają wiedzieć, że szarość niczego nie uspokaja, niczego nie porządkuje. Nawet dziecko wie, że określenie „szary człowiek” to nie komplement. „Szara myszka”, „szara codzienność”, „szary dzień” to synonimy nudy, nijakości, brzydoty, braku czegokolwiek interesującego. Wszystkiego, co odpychające, depresyjne, pozbawione ciepła, przytulności. Zwłaszcza, gdy taki brud, bo trudno nazwać to kolorem, zdominuje nasze otoczenie.



Niewiele lepsza jest – czasem dozwolona w Poznaniu - czerń. Dopuszczana w mieście, w „nowoczesnych” realizacjach. Ku zadowoleniu ubranych na czarno architektów, bo „do wszystkiego pasuje”. Nowy budynek Bałtyku był na wizualizacjach jasny, świetliście srebrzysty. W realizacji zamienił się w depresyjny, czarny kloc. Zadziwia mnie pomalowany na matową czerń historyczny pręgierz na Starym Rynku. Po co malować kamienną komunę i wieńczącą ją figurę czarną farbą? Żeby lepiej było widać, że obsrały ją gołębie? Czerń jest przecież taka elegancka i dostojna. Co tam, że budzi niepokój i jest nieprzyjazna. Zwłaszcza, gdy używa się jej nie dla kontrastu z kolorami, tylko jako bezwzględną dominantę kolorystyczną. A swoją drogą szybko się brudzi i traci swój blask.



Nawet biel to nie tylko czystość, świeżość i niewinność. Te cechy zresztą ulatniają się jak kamfora już po pierwszej zimie, gdy zanieczyszczenia powietrza, zacieki i glony nałożą nań swoją szlachetną patynę. Nadmiar bieli powoduje stres i dyskomfort. Męczy, utrudnia koncentrację, ale za to uwielbiają go ślepi na kolory projektanci. Bo jest taka bezpieczna, tania i łatwa w użyciu. Co z tego, że zupełnie sztuczna i nienaturalna. Połóżcie białą kartkę na łące i postawcie na niej biedronkę. Zobaczycie, jak błyskawicznie będzie zwiewać!


Skąd ten ulubiony przez daltonistów beż? Wzorcem są budowlane kontenery

Kilka lat temu Poznań odkrył ponownie Amerykę, reaktywując urząd miejskiego plastyka. Utworzono specjalne stanowisko pełnomocnika Prezydenta Miasta Poznania ds. Estetyki Miasta. Wszyscy powitali tę inicjatywę z wielkimi nadziejami. Wreszcie pojawiła się osoba, która zajmuje się porządkowaniem wizualnego chaosu w mieście. Tylko, że wśród konkursowych pytań na to stanowisko, nie było takiego, które dotyczyłoby kolorów. Za to wiele wymagało znajomości przepisów, paragrafów, ustaw. Nic też dziwnego, że tak wybrany funkcjonariusz jest świetnym urzędnikiem. Z plastyką jest już trochę gorzej.


idealna kolorystyka dla Poznania ma swój początek w najlepszych dziełach PRLu

Ten świetnie wykształcony historyk sztuki, zawsze ubrany na szaroczarno, z dumą prezentuje w mediach swój szary rower, jako wzorzec kolorystyczny dla Poznania. Chwali się „sławnym grafitem Libickiego”. I zgodnie z tą obsesją opiniuje projekty architektoniczne. Inwestorzy i deweloperzy już wiedzą, co przejdzie. Czas to pieniądz, więc grzecznie przynoszą do zatwierdzenia obrazki w ukochanym kolorze brudnego błota lub rozbełtanego cementu.



W Poznaniu remontuje się i buduje na potęgę. Kolory w szybkim tempie zaczęły znikać z miasta. Szare są już całe ulice. Nowe elewacje wyśmienicie łączą się w całość z tymi odrapanymi i brudnymi. Z daleka są nie do rozpoznania. Zwłaszcza o tej porze roku, gdy z natury szarość otoczenia dominuje w przestrzeni. Centrum miasta, nawet Stary Rynek - robi się mdły i nudny.







A wystarczy otworzyć oczy na świat i sprawdzone sposoby, jak harmonijnie malować miasto. Czemu spacerując po Florencji, czy Sienie nigdy nie zauważyłem budynku przelecianego jedną, burą farbą po wszystkim. Jednakowo po ścianie, gzymsach, portalach i drobnych detalach architektonicznych. Czasem tylko o ton jaśniej lub ciemniej. W dobrych miastach kolory łączy się harmonijnie. Różne. To się da zrobić. Robiono to od zawsze. I w egzotycznym Meksyku i w północnej Skandynawii. Świetne przykłady daje nam też najnowsza architektura i urbanistyka. Wystarczy skorzystać z fachowców.



Można wymienić choćby „Kolorową rewolucję”, do której wzywa Norweżka Dagny Thurmann-Moe. Ta skandynawska ekspertka w dziedzinie kolorów mówi, że bez kolorów jesteśmy jak emocjonalni ślepcy. I projektuje kolorowe miasta, by żyło się w nich lepiej i przyjemniej.


a to się plastyk miejski ucieszy

Mamy w Poznaniu wielu wrażliwych ludzi kultury, liczne zastępy artystów, Tysiące studentów kierunków artystycznych, humanistycznych, architektury, setki profesorów. Chodzą po mieście mistrzowie subtelnego użycia wyszukanych barw. Na ulicach pełno kolorowych, świetnie ubranych, pięknych ludzi. I we władzach miasta też są ludzie wrażliwi na kolory. Tylko jakoś nikt nie zwraca uwagi, jak brzydkim miastem staje się na naszych oczach Poznań. Czy naprawdę wszyscy chcemy żyć w takim mieście?



Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego