[15.07.2017, 22:32:54] Najpiękniejszy poznański korytarz

Jak stworzyć magiczną przestrzeń w koślawym przejściu? Do tego długim, za wysokim i ciemnym jak... Okazuje się, że czasem najlepsze rzeczy w architekturze rodzą się z pokonywania piętrzących się trudności. Tak, jak w korytarzu przy poznańskiej Farze.





A miejsce to jest ważne i newralgiczne. Łączy monumentalną bryłę kościoła oraz wielki zespół budynków dawnego klasztoru i kolegium jezuitów. Gmachów, które swoją skalą rozsadziły plan średniowiecznego miasta. Jezuici, nie licząc się z miejskim prawem, wyburzyli fragment murów obronnych i przedłużyli gmachy poza nie. Ale ugięcie linii tych fortyfikacji wymusiło nagłą zmianę kierunku fasady kolegium w stosunku do skierowanej na północ bryły kościoła.





Ze względu na wysoką, odcinającą dostęp do światła, wschodnią ścianę kościoła, nie było tu możliwości dostawienia pełnego skrzydła klasztornego. Dlatego architekt zespołu, Jan Catenazzi dokleił do Fary budynek o dziwnym, trójkątnym rzucie. Wygląda jakby kościół wyciął cały narożnik kolegium.



Niezręczność widoczna jest tylko na planie. Spacerujący na dziedzińcu i wędrujący we wnętrzach obserwator wcale tego nie zauważy. Świetny architekt zrobił z tej komplikacji rzutu jego atut. Budynki kolegium łagodnie wynurzają się z monumentalnej ściany kościoła i nie konkurują z nim. Główne skrzydło klasztorne, lekko skierowane ku kościołowi, odsunięte jest w tył założenia, tworząc duży, nieregularny dziedziniec. Z paradnym wejściem pośrodku i wieżą bramną, zegarową na osi ulicy Klasztornej.





Dziedziniec obiegał kiedyś w parterze krużganek, z wyjątkiem jednego miejsca – zakrystii, przylegającej do kościoła od wschodu. Widać była tu już wcześniej. Idąc ku niej otwartym krużgankiem trzeba wejść do zamkniętej przestrzeni dużo węższego korytarza. Nieprzypadkowo ma długość odpowiadającą szerokości transeptu, zaczynającego się za ścianą. Dalej przestrzeń rozszerza się trójkątnie, dając trochę oddechu przed zakrystią. Z kościoła prowadzą do niej szerokie drzwi, położone kilka stopni wyżej od ceramicznej posadzki korytarza.





Na wprost paradne, barokowe schody kierują do kilku pomieszczeń na piętrze. Zaopatrzone w niegdyś ażurową, marmoryzowaną na czarno ciężką balustradę,, zwieńczoną kamiennymi kulami. Pod schodami wyjście prowadzi w czeluść przejazdowej bramy, odcinającej skrzydło południowe kolegium.





Architektoniczna oprawa drzwi do zakrystii gra tu główną rolę, zapowiadając następne kunsztownie wykończone wnętrze. Tam można zajrzeć tylko ukradkiem, inaczej liczyć się trzeba z ciskającym gromy spojrzeniem księdza, staruszka o drobnej posturze. Za to po drugiej stronie, w otwartych drzwiach, wiodących do kaplicy przy prezbiterium świątyni, czeka niespodzianka. Z ciemnego, surowego korytarza mani złotym światłem i rozwibrowanym, barokowym detalem promienne wnętrze Fary.









To właśnie kontrast głębokiego cienia i przenikliwego światła czyni to miejsce magicznym. Przejście zaczyna się od ciemności, rozświetlonej daleko tylko jednym, wysoko zawieszonym, narożnym oknem. Wpada przez nie ostre, południowe światło, które spływa po stopniach schodów i łagodnie rozlewa się echem po kolebkowym sklepieniu. I niknie powoli, gasnąc na matowych kaflach posadzki. Jak ktoś powiedział – światło filozoficzne, budzące głęboką refleksję. Okno łączy ścianę kościoła i kolegium jezuitów. Było na tyle ważne, że po to, by je zmieścić, budowniczy specjalnie ugiął zachodnią ścianę budowli.



Przechodzień idąc jasnym, szerokim, otwartym krużgankiem najpierw musi wcisnąć się w ciemny i długi korytarz, nieco tylko rozjaśniony pośrednim światłem zakratowanego, wewnętrznego okna. Zanim oczy przywykną do mroku, przestrzeń rozszerza się trójkątnie i daje aż cztery możliwe drogi do wyboru. Każda inna. Podrzędna, pod schodami - do wyjścia w bramę. Główna, po prawej, po kilku wielkich stopniach przez gruby mur - ku świątyni. Na lewo paradna - to do zakrystii. I na wprost, po prawej stronie, fikuśnie wykręcająca schodami na piętro.





Całość oświetla dodatkowo kilka starych kinkietów z wkręconymi gołymi żarówami. Oszczędne i słabe światło nie razi. Czego nie można powiedzieć o ostatnim tutejszym wynalazku, ledowej, świecącej taśmie nad wejściem do kościoła. Godnej szpanerskiego wychodka, a nie tego miejsca.



Jeszcze trochę muszę popsuć tę nastrojową historię. Gospodarze nie uszanowali historii i wielkiej klasy tego miejsca. Na barokowych ścianach zamontowali ostentacyjnie licznik gazowy. Po ścianach i przez eliptyczne okienko poprowadzili grube, gazowe rury, pomalowane na żółto. A monumentalne schody przedzielili ordynarną kratą z metalowych prętów, niczym w wiejskim sklepiku. A są wśród gospodarzy osoby z tytułami profesorskimi, po których można by spodziewać się najwyższej kultury. Swoja drogą, ciekawe dlaczego miejski konserwator zabytków przymyka na to oko? Bo nie dopuszczam do siebie myśli, że tego nie zauważył. W końcu ma biuro w tym samym budynku.





Modlić się należy, by tej przestrzeni nic już nie kalało. Bo nie ma drugiego, tak wyjątkowego miejsca. Zaglądam tam wielokrotnie i nie mogę się nadziwić. Kto wątpi, albo uważa, że przesadzam, jak najszybciej powinien sam to sprawdzić.



Wojciech Hildebrandt
fotografie autora

[czytaj więcej i komentuj]

[08.07.2017, 17:12:48] Potop na Chwaliszewie

Warta zalewała Chwaliszewo od zawsze. Licząc od średniowiecza do XX wieku, rzeka występowała z brzegów ponad 60 razy. Średnio raz na siedem lat. W 1736 roku pisano: „na Chwaliszewie domostwa dużo się porujnowały, których tylko po połowie dachów widać było i kilka też z mniejszych woda wzięna i powywracała. (…) Chałup, młynów, stajniów, chlewów wiele pływało podczas tej powodzi.”



Gdzieś w pierwszych dniach kwietnia 1888 roku, nagle, po wiosennych roztopach, na Stare Miasto wlała się wielka woda. A ruch w Poznaniu nie zamarł. Życie toczyło się swoim torem. Nowy, bo dopiero dziesięcioletni, żelazny most chwaliszewski ledwo wystawał ponad rwący nurt. Dalej ludzie przeprawiali się łodziami. Tych na Chwaliszewie nie brakowało. Trzymano je dla łowienia ryb w rzece, albo dla przeprawy.



Konne wozy też próbowały brnąć przez wodę, choć zanurzone były aż po osie. Gdzie się dało układano drewniane podesty, tam mieszkańcy oczekiwali na przeprawę łodzią. Dziwnie wygląda dwujęzyczna tablica wystająca z wody. „Przystanek kolei konnej” - tak nazywano wtedy tramwaj. W tych okolicznościach natury właściwiej byłoby tam napisać vaporetto, czyli wenecki tramwaj wodny.





W końcu mamy tu do dzisiaj ulicę Wenecjańską. Choć nazwaną tak raczej dla ich włoskich mieszkańców, od XVIII wieku robiących tu gipsowe figurki, a nie z powodu zalania wodą niczym wenecki kanał.



A tu jeszcze fotograf, ze statywem i wielkim skrzynkowym aparatem stał się lokalną sensacją. Ludzie wylegli na dachy, wyglądają z okien, wyszli przed domy. Zaintrygowane dzieciaki, dziewczyny w wiejskich spódnicach, paru robotników, obok eleganckich mieszczan i urzędników szacujących szkody.



Wysoki mężczyzna w meloniku pali tytoń, inni w kapeluszach, czapkach z daszkiem, a nawet futrzanych czapach. Kobiety w chustkach. Chłodno jeszcze. Ciekawska, chuda babcia, z zadziwienia aż dwa palce wsadziła w usta. A po prawej stronie, mały elegant wygląda z bramy, aż rozdziawił gębę. Szewcowi Kadulli z całego warsztatu został tylko szyld.



Domy stoją nierówno, wystają w ulicę lub cofają się nieco. Nowe, murowane z cegły, z piętrem, stare, stawiane z szachulca, wyginają się już i zaczynają rozpadać. Nadchodzi nieuchronny koniec takiego Chwaliszewa. Nie pierwszy i nie ostatni raz.



Biskupie miasteczko Chwaliszewo prawa miejskie dostało w 1444 roku, jakby na złość sąsiedniemu Poznaniowi. Od początku działało tu 13 cechów. Miasto miało ratusz i dwa kościoły. Było ludne i pracowite. Rozrosło się na warcianej wyspie, w ważnym miejscu, wokół przeprawy, między Ostrowem Tumskim, a Starym Miastem. Jak nie zalała go woda, to strawił pożar. Albo złupili go żołdacy. Bez znaczenia - Szwedzi, Sasi, czy Rosjanie. Chwaliszewo wciąż się odradzało, jak feniks z popiołów.





Na początku XX wieku stanęła tu nowoczesna dzielnica, z wysokimi kamienicami i okazałymi fabrykami. Tak opisywał w swoich wspomnieniach ulicę Wenecjańską Zbigniew Zakrzewski: „pod czwartym ulokowało się przedsiębiorstwo handlu rybami. Na poddaszu pod piątym mieszkali Cyganie. Zarabiali grą na skrzypcach. (…) Pod szóstym Albert Polcyn założył w roku 1900 fabrykę organów kościelnych. Wenecjańska to także siedziba wytwórni guzików pod tajemniczą nazwą Carrosin, odlewni i szlifierni, wytwórni baterii Wacława Tomaszewskiego oraz firmy handlu produktami rolnymi, nawozami sztucznymi i węglem. Działała tu także, dopóki nie spłonęła wiosną 1923 roku, znana fabryka zapałek”. Było tu z dziesięć restauracji. Od wykwintnych po speluny. Działo się.



Latem mieszkańcy plażowali na piaszczystych łachach, nad czystą rzeką. Dzieci kąpały się w Warcie. Rybacy wyciągali z wody tłuste szczupaki, a czasami też łososie i jesiotry. Pozłacany Chrystus na krzyżu przy moście niejedno widział. A to w odmęty rzeki skoczyła zawiedziona w miłości dziewczyna, a to przepływali zawodnicy długodystansowego wyścigu „Wpław przez Poznań”. Zgrana eka z Chwaliszewa czasem poczęstowała intruza nożem na moście.



Ruch na rzece był na okrągło. Do Puszczykowa pływały statki wycieczkowe, a do pobliskiego portu ciągnęły barka za barką. Z dalekiego Hamburga i Berlina. Kawalerowie zapraszali panny na romantyczne przejażdżki łódką. A na przystani furmani poili konie.



Było, minęło. Wraz z wyzwalaniem Poznania, niemiecka artyleria i rosyjskie czołgi obróciły Chwaliszewo w ruinę. Zaledwie kilka kamienic z tamtych czasów stoi do dzisiaj. Powojenna odbudowa zredukowała skalę zabudowy. Zniknął handel w parterach kamienic. Zniknęły całe ulice.



Wraz z budową nowej trasy ulicą Solną, z Chwaliszewa odjechały auta i tramwaje. Przeniesiono koryto rzeki na wschód, a stare zasypano. Ze wspaniałego mostu został tylko naczułek ze starym krzyżem. Sterczy tu zdziwiony i samotny. Na dziesiątki lat Poznań odwrócił się dupą do rzeki. I planowo utrupił Chwaliszewo.





Nie zmienił tej sytuacji atak deweloperów na puste, chwaliszewskie tereny. Deweloperzy nie budują miasta. Oni tylko zarabiają na sprzedaży mieszkań, które upychają tu coraz wyżej i coraz gęściej. Kulturalna wyspa, plastikowa Nowa Gazownia niewiele wniosła. Nieprzyjazny dla otoczenia walec ożywa tylko na kilka godzin w tygodniu. Symptomatyczne, że pawilon wyrzucił z tego miejsca Kontener Art. Wspaniałą, pełną życia i energii kulturalną inicjatywę, która od lat nie może zapuścić korzeni w tej okolicy.



Ale coś się wreszcie kluje na Chwaliszewie. Zdarzają się koncerty w starym korycie Warty. Pojawił się licznie odwiedzany plac zabaw i zadbana zieleń obok.Pojawiła się nowa lodziarnia i powstają kolejne sklepy. No i zamówiono plan urbanistyczny dla Chwaliszewa. Potrzeba było Holendrów, by zrobić wizualizację, jak powinno wyglądać prawdziwe miasto na Chwaliszewie. Jakbyśmy sami nie wiedzieli. I nie znali starych zdjęć z Chwaliszewa.





Przez cały miesiąc, przed pawilonem Nowej Gazowni można zobaczyć jak Chwaliszewo wyglądało kiedyś. Plenerowa wystawa zdjęć powstała z inicjatywy wirtualnego muzeum historii Poznania CYRYL, Fundacji Rozwoju Miasta Poznania, Fundacji CAF, Miejskiego Konserwatora Zabytków w Poznaniu i Wydawnictwa Miejskiego Posnania.



Prezentowane są wielkie powiększenia fotografii, robionych tutaj przed laty. Zaginiony świat robi niesamowite wrażenie, bo pokazywany jest w miejscu, gdzie był naprawdę. Aż trudno uwierzyć, że między tymi parkingami i chaotycznie porozrzucanymi budynkami o ślepych ścianach, kwitło żywe i piękne miasto.



Swoją drogą, tylko tu zobaczymy te zdjęcia czyste, nieokaleczone zamazującymi ich treść napisami CYRYL, CYRYL, CYRYL. Dawnym fotografiom i kolorowanym pocztówkom towarzyszą krótkie opisy i stary plan Chwaliszewa. Każdy może się na własne oczy przekonać, czy ten przestrzenny rozgwiździaj jest „integralną częścią poznańskiego Starego Miasta”, jak głoszą plansze. Zaklęcia nie zmieniają rzeczywistości. Chociaż ważne, że jest wola władz Poznania, by tę rzeczywistość poprawiać. Na razie, zanim dożyjemy realizacji cudownych obietnic, można zobaczyć wyjątkowe zdjęcia. Warto.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia z dzisiejszego Chwaliszewa autora

[czytaj więcej i komentuj]

[30.06.2017, 12:03:22] Rezydencja królów i prezydentów

Jest w Wielkopolsce pałac, który był kiedyś królewską rezydencją. Należał najpierw do Wilhelma, króla Niderlandów z dynastii Orańskiej, do dziś zasiadającej na tronie Holandii. Później trafił w ręce Wielkiego Księcia Saksonii i Weimaru, Wilhelma Ernsta, by wreszcie stać się oficjalną siedzibą pierwszych prezydentów odrodzonej Rzeczypospolitej. Współcześnie Racot, bo o nim mowa, sławę zawdzięcza stadninie koni.



Niewielka miejscowość o zagadkowej nazwie, trudnej do wytłumaczenia i zapamiętania. W 1366 roku po raz pierwszy pojawia się w źródłach jako Radczsati in insula. Jeszcze dziwniej niż dzisiaj. Wyspa na bagnach, w rozlewiskach Obry. Jeszcze sto lat temu używano wymiennie nazwy Racoty.



Historia rezydencji sięga późnego średniowiecza. W każdym razie w pałacowych piwnicach użyto późnogotyckich cegieł, pozostałych po rozbiórce wcześniejszej budowli. W XVIII wieku stał tu stary dwór z dwiema barokowymi oficynami po bokach podjazd, stajnią dla koni wyjazdowych i wozownią od frontu. A między nimi, w wysokim murze, wystawiono dwie bramy paradne.



Pod koniec XVIII wieku ambicje właścicieli poszły ostro w górę. W majątek wżenił się książę Jabłonowski, z jednego z pierwszych naówczas rodów Rzeczypospolitej, mającego w familii hetmanów, senatorów i wojewodów.



Właścicielka Racotu - Dorota, córka Bronisza, wyszła za Stanisława Jabłonowskiego, dziedzica wielkich dóbr na Wołyniu, Ukrainie i Rusi. Sam Racot też był łakomym kąskiem, liczył sobie bowiem blisko 2,5 tys. hektarów, dających niewspółmiernie większy dochód niż dużo większe, kresowe latyfundia. Syn Stanisława i Doroty zapragnął na siedzibę czegoś nowocześniejszego.



Dopiero co wzniósł okazały pałac w Warszawie (później przebudowany na ratusz warszawski). Stąd przypuszczenie, że jego projektant, Dominik Merlin, jest też autorem rezydencji w Racocie. To stawia ten klasycystyczny pałac w jednym rzędzie z warszawskimi Łazienkami, też dziełem Merliniego. A do wystroju racockich wnętrz przyłożył rękę Jan Chrystian Kamsetzer, jego warszawski współpracownik. Budowa ruszyła w 1785, pięć lat później budynek był gotowy.



Pałac zaczyna się wysokim portykiem z czterech, szeroko rozstawionych toskańskich kolumn, przykrytych trójkątnym tympanonem z kartuszem herbowym w środku. Co wyjątkowe, zachował się pierwotny podział wnętrz budowli, z reprezentacyjnym „piano nobile” na parterze i kondygnacją mieszkalną na piętrze.



Jabłonowski nie nacieszył się racocką rezydencją, zadłużony po uszy zmuszony był sprzedać majątek. Już w 1798 roku, za niebotyczną na tamte czasy sumę 200 tys. talarów, dobra racockie wraz ze Stęszewem i Czeszewem, nabył książę Orański Wilhelm, późniejszy król Niderlandów.



Jego wnuczka, Wilhelmina Maria Luiza Zofia wniosła dobra racockie w posagu księciu Karolowi Aleksandrowi von Sachsen-Weinar-Eisenach. Ufff... Ostatnim właścicielem z tego rodu był wielki książę Saksonii Wilhelm Ernst. On to w 1902 roku dostawił do klasycystycznego pałacu, niezgrabne, eklektyczne skrzydło po prawej stronie. Z mansardowym dachem psującym harmonię całej bryły. Dodano w nim pomieszczenia gościnne i techniczne, na które brakowało miejsca w głównej bryle.



Niemcy przegrały I wojnę światową, a niemieckie dynastie potraciły korony. Wilhelm Ernst przestał być wielkim księciem w 1918 roku, a już rok później, na mocy traktatu wersalskiego dobra racockie przeszły na skarb państwa polskiego. Z całym wyposażeniem, z setkami ręczników, obrusów, i kompletną zastawą stołową. Srebra, obrazy i dywany.





W roku 1921 ustanowiono Racot rezydencją prezydentów Rzeczypospolitej. Bywali tu prezydenci Mościcki i Wojciechowski, tudzież ich goście z całego politycznego i dyplomatycznego świata. Podobno komary z pobliskich stawów tak przeszkadzały, że w roku 1928 pałac przekazano na cele szkolne, a w majątku utworzono państwową stadninę. Jedną z trzech w międzywojniu, obok Kozłówki i Janowa Podlaskiego.



To właśnie hodowane tu konie rozsławiły Racot nie tylko w Polsce. Tu prowadzono podstawowe stado rasy wielkopolskiej, o tradycji sięgającej XIX wieku i pruskich hodowli koni na tych terenach. Dzisiaj, obok rasy wielkopolskiej, hoduje się tu konie nowej rasy, szlachetnej półkrwi.

Folwark opustoszał na krótko w czasie wojny. A zaraz po wyzwoleniu pełnił rolę przechowalni dla koni zrabowanych przez Armię Czerwoną w Niemczech. Cudownym zrządzeniem losu przedwojenne racockie stado przetrwało wojenną zawieruchę, ewakuowane do jednej z niemieckich stadnin. Po wyzwoleniu dostało się w ręce Amerykanów. Dzięki nim w 1946 roku w całości wróciło z przymusowej emigracji do Racotu. Państwowe gospodarstwo hodowli koni w socjalistycznych czasach radziło sobie całkiem nieźle. Jeszcze w latach 80. była to największa stadnina w Europie. Liczyła jakieś 700 koni.





W 1995 roku przekształcono stadninę w spółkę skarbu państwa, działającą pod nadzorem Agencji Nieruchomości Rolnych. I działa nieprzerwanie. Oprócz koni hoduje się tu bydło mleczne i prowadzi na dużą skalę produkcję roślinną, głównie na własne potrzeby. Gospodaruje na podobnym jak 200 lat temu areale - ponad 1,8 tys. hektarów pól i łąk. Taki fenomen wielkopolskiego rolnictwa, które niezależnie od ustroju radziło sobie dobrze w każdych czasach. Funkcjonując w strukturze gospodarstw podobnej wielkości, jak w majątkach przedwojennych.



Pałac w swoich bogatych dziejach też miał niesamowite szczęście. Nawet w czasie II wojny światowej majątkiem zarządzał niemiecki arystokrata, który świetnie o niego dbał. I dobrze zachowywał się wobec Polaków, ba, ożenił się z Polką. Rezydencja nie ucierpiała.



W ostatnim okresie zadbano o staranną restaurację całego założenia. Takiego folwarku jak w Racocie już nie zobaczymy gdzie indziej. No, może z wyjątkiem zrujnowanej gorzelni, która psuje znakomity efekt całości. Pałac ma pięknie utrzymane i wyposażone wnętrza. Działa w nim ośrodek szkoleniowo-rekreacyjny z hotelem i restauracją, podlegający stadninie. Wesela i komunie z najwyższej półki. Pałac musi na siebie zarabiać.



Racot można zwiedzać. W ciszy, bo zwykle jest w nim pusto. Można wędrować amfiladą sal i poczuć zapach dawnych czasów. Gdy gościł tu Tadeusz Kościuszko, książę Józef Poniatowski albo na pałacowej scenie wystawiał swoje sztuki, mieszkający po sąsiedzku, Józef Wybicki. Jest o czym dumać w pustych komnatach. Ostatni zajazd na Litwie z Pana Tadeusza to historia, którą Mickiewicz zasłyszał, goszcząc w Wielkopolsce. Bo naprawdę zajazd wydarzył się nie na Litwie, a właśnie w Racocie. Oj działo się tu, działo.





Warto pospacerować po romantycznie zaniedbanym parku. W cieniu wysokich drzew. Zapuścić się lipowa aleją, aż na sam koniec, za stawy i mostek nad rzeczką. By z wysokiego wału ziemnego poprzyglądać się biegającym po łąkach koniom.









Jest też w Racocie piękne, a mało znane, muzeum powozów. Mieści się w odresturowanej rok temu XIX w. stajni. Wystarczy poprosić sympatyczną panią w recepcji. Weźmie klucz i otworzy. Stara architektura doskonale współbrzmi z zabytkami dawnej techniki. Bo w tamtych czasach i pojazdy i budynki gospodarcze projektowano piękne. Tak, jak autentyczny powóz, brek typu vis-a-vis, którym jechał w 1918 roku Ignacy Paderewski z poznańskiego dworca do hotelu Bazar. Jeździ nim i dzisiaj aktor grający Paderewskiego na corocznych inscenizacjach, związanych z wybuchem Powstania Wielkopolskiego. Do innych powozów też się jeszcze zaprzęga.







Można oczywiście pojeździć w Racocie konno lub bryczką. Parę razy do roku odbywają się tu zawody we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. Tylko wtedy jest tutaj tłumnie.



Warto też wyjść poza bramę majątku. Wieś zachowała tradycyjny charakter. Przetrwało dużo zabytkowych budynków z dawną, barokową kaplicą pałacową na czele. Wszędzie porządek, ulice wysprzątane, piękne kwiaty w ogródkach. Tu zawsze była i jest prawdziwa cywilizacja. Po prostu Europa.



Na koniec, gdy zgłodniejemy, w pałacowych salach czeka na nas restauracja, specjalność tutejszej kuchni to dziczyzna. Osobiście polecam vol au went z kurkami na przystawkę, potem królewską zupę z prażonymi migdałami i pieczonego jelenia duszonego w borowikach, z szagówkami i tartymi buraczkami. A na deser lody z owocami pasiflory. Ktoś się oprze?

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

[25.06.2017, 23:02:07] Wieża wysokiego ciśnienia

Kto z nas nie marzył o wieży​? Niekoniecznie średniowiecznej, bo ich trochę mało, ale takiej starej wieży ciśnień, przynajmniej. By niekończącymi się schodami wznieść się ku niebu. I spoglądać na świat z samej góry. Być ponad wszystko i patrzeć wokół, hen daleko, po rozpływający się w niebieskiej mgiełce horyzont.



W Wielkopolsce starych wież ciśnień jest dostatek. Najwięcej - pamiątek po zaborze pruskim. Germanizacja germanizacją, ale pod koniec XIX wieku i na początku XX docierały na ziemie polskie zdobycze zachodniej cywilizacji. Zakładano w miastach nowoczesne wodociągi, ciągnięto setki kilometrów linii kolejowych, budowano fabryki o wielkim zapotrzebowaniu na wodę. A wysokie wieże wodne pomagały nowym potrzebom sprostać.



Jak kraj długi i szeroki rosły gigantyczne budowle, mieszczące na górze zbiorniki wodne. I zmieniały panoramy miast i miasteczek. Już nie tylko wieże kościołów i ratuszy dominowały nad miejskimi widokami. Zwłaszcza w małych ośrodkach te zmiany były znaczące.



Choć początkowo, architektoniczne formy tych wież, ukrywały ich industrialny charakter. Bo starannie nawiązywały do dawnych form architektury obronnej. Do gotyckich zamków, obronnych baszt i fantastycznych, średniowiecznych fortyfikacji. Przybrane w historyczny kostium, łudząco fałszowały informację o swojej funkcji. I dobrze, bo przecież lubimy bajki. Takie, jak choćby w Kościanie.



Tego widoku nie przeoczy nikt, kto wjeżdża do Kościana od strony Poznania. Ponad czterdziestometrowa wieża ciśnień stanowi najbardziej charakterystyczny budynek w całym mieście. Wyjątkowy w swojej architekturze, w skali nie tylko Polski, ale i Europy.





Położony trochę na uboczu od centrum, w dziwnym otoczeniu niskich peerelowskich bloków, strzela w niebo, jak zamczysko rodem ze Szkocji. Przypomina swoją formą, z czterema wieżyczkami w narożach, wieże londyńskiego mostu Tower. Absurdalnie i pięknie. Już od wczesnego dzieciństwa, ten widok robił na mnie wielkie wrażenie.



Autorem obiektu (także bliźniaczego w Śremie) był Xavier Geissler, niemiecki inżynier i budowniczy z Poznania. On to w 1908 roku, na zamówienie miasta, przedstawił projekt budowy sieci wodociągowej, wraz z okazałą wieżą wodną. W tym samym roku budowlę wzniósł i popłynęła z niej woda do miejskich odbiorców.





Jej sercem był umieszczony na wysokości ponad 23 metrów stalowy zbiornik na wodę o pojemności 250 metrów sześciennych. Stopień jego wypełnienia pokazywał specjalny zegar, umieszczony na honorowym miejscu, nad wejściem do wieży.



Swoją rolę wieża wodna spełniała pracowicie przez ponad sto lat. Z krótka przerwą w 1945 roku, kiedy to Niemcy urządzili na jej szczycie artyleryjskie stanowisko ogniowe. Jego likwidacja, przez wkraczające wojska radzieckie, podziurawiła wieżę jak sito. Dziury jednak szybko załatano, a wieżę naprawiono.



Lat temu kilka, ten wyjątkowy obiekt inżynieryjny, zakończył swój żywot wieży wodnej. I mimo wciągnięcia na listę zabytków, jego los stanął pod znakiem zapytania. Co można zrobić z nieczynną wieżą ciśnień? Jak ją uratować i nadać nowy sens dalszemu istnieniu? W wielu miejscach byłby to problem nie do przejścia, ale nie w gospodarnym i zaradnym Kościanie.



Szybko opracowano wyjątkową w Polsce koncepcję adaptacji i rewaloryzacji. Ściągnięto na jej realizację fundusze europejskie. I błyskawicznie wprowadzono plany w czyn. Perfekcyjnie zagospodarowano każdy centymetr wolnej przestrzeni. Od trzech lat kościańska wieża ciśnień pełni nowe funkcje i jest pełna życia.



Zmieniono wewnętrzny system komunikacji pionowej, wymieniono konstrukcję dachu. Zachowano znaczną część stalowego zbiornika, dającą pogląd na jego dawne funkcjonowanie. Jednocześnie wokół zbiornika umieszczono część ekspozycyjną, związaną z historią kościańskiej wieży i wodociągów.



Na szczycie wieży zainstalowano obserwatorium astronomiczne, z porządnym teleskopem optycznym o średnicy 356 mm, wyposażonym w hiperboliczne zwierciadło o średnicy 362 mm, zapewniające równomierne oświetlenie w całym polu widzenia. Pozwala ono na uzyskanie maksymalnego użytecznego powiększenia 850 razy i dużego pola widzenia. Teleskop jest zamocowany w obrotowej, najwyższej części dachu. Poniżej ulokowano salkę wykładową, umożliwiającą przekazywanie wiedzy astronomicznej grupom zwiedzających i pasjonatom. To samo miejsce pełni też rolę punktu widokowego, obejmującego swym zasięgiem nie tylko Kościan, ale i wiele kilometrów wokół.





Obserwatorium astronomiczne to tylko wisienka na torcie. Przez całe wnętrze wieży, obok wygodnych schodów, zamontowano 18 metrową ściankę wspinaczkową, całe 345 m2 powierzchni do wspinania. 20 niezależnych dróg wspinaczkowych o różnym poziomie trudności. Bywają w Polsce takie pomysły. W Lubinie ścianka ma nawet 34 metry, ale na zewnątrz wieży. Podobne, choć mniej spektakularne rozwiązanie zastosowano w wieży kolejowej w Kaliszu. Jednak ścianka w Kościanie jest jedyna w swoim rodzaju.



Pomysły na nowe zagospodarowanie wieży sprawdziły się znakomicie. Cały Kościan zaczął się wspinać. Nawet pani sprzątająca wieżę opowiadała mi o tym, jak wspięła się na samą górę. Dyrektor Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji też. Dobra energia wspaniałych ludzi udziela się wszystkim.

Dzieci i młodzież przybywają tłumnie. Maluchy prężą się przy namalowanej na ścianie miarce, żeby zacząć się wspinać, trzeba mieć 100 cm wzrostu. Niektórzy z utęsknieniem czekają, by dorosnąć do tej kreski. I urządzić tu odjazdową imprezę urodzinową, czy imieninową.



Wieża ciśnień w Kościanie lśni odnowiona i pełna kolorów. Wypełniona gwarem odwiedzających, zarabia na siebie. Świeci przykładem na całą Polskę – pokazuje, jak dbać o zabytki, o nasze dziedzictwo. Zachwyca świetnym pomysłem, organiczną pracą i zaradnością – przywrócona do życia własnymi siłami i dla siebie. Bez narzekania i zwalania na innych. Bez czekania na pomoc Państwa i mecenasów z bajki, którzy zrobią to za nas.



Z Poznania do Kościana jest rzut beretem. Wpadnijcie z dziećmi, nie będziecie żałować.

Wojciech Hildebrandt
zdjęcia autora

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2017 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego