[17.01.2017, 13:39:03] Bóg w Buku z Markiem Piekarczykiem

Dlaczego śpiewamy kolędy?(...)
Dlatego, żeby podawać sobie ręce.
Dlatego, żeby się uśmiechać do siebie.
Dlatego, żeby sobie przebaczać.

– pisał ks. Jan Twardowski. Jak w minioną niedzielę, na wspólnym kolędowaniu w kościele farnym w Buku. Nie przy okazji mszy, tylko na specjalnym koncercie z udziałem trzech kameralnych chórów i gwiazdy. Zaproszonej, nie betlejemskiej.



Buk to małe podpoznańskie miasteczko. Na uboczu. Ciche, spokojne i piękne. Czyste i zadbane. Wielkie kolędowanie odbywało się we wnętrzach jedynego w swoim rodzaju kościoła. Nie ma w Polsce podobnej świątyni, ujętej w formę starożytnej, greckiej budowli, z wysuniętym do przodu jońskim portykiem kolumnowym. Kościół jest dziełem jednego z największym architektów pierwszej połowy XIX wieku, Karla Fridricha Schinkla. To wspaniały przykład klasycyzmu. Gdzie indziej byłby to powód do dumy, ale nie u nas. Chwalimy się realizacjami włoskich architektów, ale nie Niemców. Chociaż to polscy parafianie zlecili projekt znakomitemu niemieckiemu architektowi, Polacy go zbudowali dla siebie przecież. Ilu Wielkopolan wie, że w Buku mamy dzieło architektury światowej rangi?







Kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika zbudowano w latach 1838-46. Zachował się w Berlinie, w Kupfersichkabinett, pięknie wykreślony, oryginalny projekt z 1828 roku. W czasie drugiej wojny światowej hitlerowcy zrobili tu magazyn. A uciekając w 1945 roku puścili kościół z dymem. Odbudowa, nadzorowana przez świetnego poznańskiego architekta Rogera Sławskiego, trwała długo. Ołtarze odtworzono dopiero na początku lat 90. W głównym zawisła pieczołowicie odmalowana, dobra kopia Matki Boskiej Literackiej, też zniszczonej w czasie wojny.







Piękne, choć surowe wnętrze, na czas koncertu rozświetliły światła w szalonych kolorach. Po różowoniebieskiej poznańskiej Farze myślałem, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Tam było tajemniczo, tu wyszło kiczowato i bajkowo. Niech tam, zawsze można zamknąć oczy. W końcu przyjechałem tu dla muzyki.



A kolędowy śpiew wypełnił tę przestrzeń bez reszty. Był komplet widzów, mieszkańcy przyszli po prostu do swojego kościoła posłuchać i zaśpiewać wspólnie najpiękniejsze polskie pieśni.







Bo kolędy, pastorałki, kantyczki to nasz wielki muzyczny skarb. Nie darmo Adam Mickiewicz wspominał z dalekiego Paryża: „Nie wiem, czy jaki inny kraj może się pochlubić zbiorem podobnym do tego, który posiada Polska... Mówię o zbiorze Kantyczek... Uczucia w nich wypowiedziane, uczucia macierzyńskie, gorliwej czci Najświętszej Panny dla Boskiego Dzieciątka, są tak delikatne i święte, że tłumaczenie prozą mogłoby je spospolitować. Trudno by znaleźć w jakiejkolwiek innej poezji wyrażenia tak czyste, o takiej słodyczy i takiej delikatności".



Tworzyli je zwykli ludzie i wielcy poeci. Jan Kochanowski, Piotr Skarga, Franciszek Karpiński i Juliusz Słowacki. Powstają i dzisiaj. Wszyscy znają choćby „Jest taki dzień...” Seweryna Krajewskiego.

W kolędowej muzyce jest cała nasza muzyczna tradycja. Znajdziemy tu polonezy, mazurki, oberki, kujawiaki, ale i melodie kościelnych pieśni, i kołysanki. Fryderyk Chopin zatopił „Lulajże Jezuniu” we fragmencie scherza h-moll, skomponowanym w dalekim od ojczyzny Wiedniu, gdzie po raz pierwszy poza Polską spędzał Święta. Komponował kolędy także Lutosławski.



Nazbierałoby się ich ponad tysiąc. A nigdy nie zostały wydane w całościowym zbiorze. Wiele z nich pokrywa kurz w klasztornych bibliotekach i archiwach. Słabo wychodzi nam dbanie i popularyzowanie narodowego dziedzictwa.



Pamięć o domowym kolędowaniu to najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Jak u mnie w domu, gdzie po wigilijnej wieczerzy ojciec przewodził wspólnemu, rodzinnemu śpiewaniu. Choć mistrzem śpiewu nie był, w poczuciu obowiązku wyśpiewywał pod niebiosy, jak umiał. Ja też. Kolędy budowały poczucie wspólnoty w ciężkich czasach.



Pieśni Bożonarodzeniowe śpiewało się od Pasterki do święta Trzech Króli, a nawet do 2 lutego, święta Matki Boskiej Gromnicznej. Kiedyś nie było tego charczącego dżingle bels w każdym markecie i to już od listopada.

Wiele osób nie lubi kolęd. Może trochę przez chałtury wielu okazjonalnych wykonawców. Wiadomo, że jak już wydało się swoje złote przeboje, płyty z koncertów, nieznane wersje znanych wersji, to zostają tylko kolędy. Czasem w udziwnianych na siłę przeróbkach.
Choć padam na kolana słuchając wykonania Czesława Niemena, czy Stanisława Sojki.



Na kolędowaniu w Buku najpierw dały popis lokalne chóry, wspaniale kontynuujące tradycję wspólnego śpiewania w Wielkopolsce. Chór Castellum Cantans z Kórnika, chór Soli Deo z Suchego Lasu i miejscowy zespół kameralny Amici Canti. Z wielką mocą zabrzmiały utwory znane wszystkim i te zapomniane. Głównie nasze, polskie, ale też angielskie i rosyjskie. Zabytkowe i współczesne. Religijne, ludowe obok skocznej piosenki Skaldów. Rozpisane wielogłosowo, z całą maestrią profesjonalnego wykonania. Pełnego radości i spontaniczności. Zwyczajne i monumentalne zarazem. Rozpięte między domowym śpiewaniem, a muzyką poważną z koncertowej sali. Rzadko już takie połączenie się zdarza. Na kolędowaniu w Buku się zdarzyło.



Najbardziej udało się to ostatniemu chórowi - z Buku właśnie, który porwał publiczność. I wprawił w zachwyt nawet główną gwiazdę koncertu, Marka Piekarczyka, kultową postać heavy metalowego zespołu TSA. Czekając z boku na swoją kolej, podśpiewywał razem z chórem „pa pa pa pa pa pa pa... ciągną, ciągną sanie, góralskie koniki...”. A potem już ze sceny zapytał: To wasz ten chór? Najlepszy był!





Przeprosił, że nie umie tak profesjonalnie, jak teraz uczą, że on amator tylko. I potrafi śpiewać jedynie całym sobą, po prostu sercem i duszą. Chropowatym, pełnym ciepła i niezwykłej mocy głosem. Czasem melorecytując tylko, a czasem wspinając się wysoko, wysoko. Śpiewał nie tylko kolędy. Była i cicha modlitwa i aria z musicalu „Jesus Christ Superstar”. Jedyny taki Jezus wśród metalowców, wydarł się niebiańsko. Występ zakończył lirycznie, swoim utworem „Gdzie jest nasza miłość”.



Chciałoby się napisać, że bisom nie było końca. Nic z tego, bo przecież na koniec musiało być obowiązkowe rozdawanie dyplomów i podziękowania. Szczególnie panu „Piekarskiemu” - jak zaznaczył sędziwy duchowny. Wszyscy występujący i mecenasi zrobili sobie wspólne zdjęcie. Na zakończenie razem odśpiewaliśmy ostatnią kolędę. Teraz mogę napisać, że pożegnalnym uściskom nie było końca. Przepełnieni dobrą energią mieszkańcy, powoli rozchodzili się do domów. Nie palili się specjalnie do opuszczenia tego miejsca. Ja zresztą też.



Wychodząc usłyszałem jeszcze, jak Marek Piekarczyk umawiał się z proboszczem, że go odwiedzi i przywiezie buteleczkę nalewki na orzechach ze stuletniego drzewa. Bo do Buku warto zajrzeć. Ot tak, nawet bez nalewki.

test i zdjęcia: Wojciech Hildebrandt

Wspólne kolędowanie odbyło się w Buku już po raz siedemnasty, pod godnym mecenatem starosty i burmistrza

[czytaj więcej i komentuj]

[06.01.2017, 10:52:31] Bajka o 3 królach

Nie było żadnych królów. Pismo święte wspomina tylko o magach, w znaczeniu astrologów, mędrców, czyli uczonych. Za to korony nie dawano. Nie wiadomo też, ilu ich było? Najstarsze przedstawienia z rzymskich katakumb ukazują czasem dwóch, trzech, kiedy indziej - czterech, sześciu. W kościele ormiańskim - nawet dwunastu. No i o żadnej stajence, jako miejscu królewskiej wizyty u Dzieciątka, nigdzie nie ma mowy. Nie istnieje wielowiekowa tradycja inscenizowania królewskich orszaków. Wszyscy jednak uwielbiamy bajki. A opowieść o trzech królach należy do najpiękniejszych.


rzymski sarkofag, 4 w.n.e. z cmentarza św.Agnieszki w Rzymie, Muzea Watykańskie


kościół san Vitale w Rawennie

Tylko jeden ewangelista, św. Mateusz, wspomina to wydarzenie. Cytując Biblię Tysiąclecia:

Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok (...). Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.”


fasada katedry Fidenza

Ta opowieść wyjaśnia pojawienie się Chrystusa, jako spełnienie przepowiedni o nadejściu Mesjasza. Niekoniecznie dotyczy konkretnych wydarzeń historycznych. Zwłaszcza, że nie jest to relacja bezpośredniego świadka tych wydarzeń i nie ma żadnych odniesień w innych przekazach ewangelicznych.


ołtarz księcia Ratchis, 737 - 744 n.e. Muzeum Chrześcijańskie we Friuli

Podobnie tajemnicza zdaje się owa gwiazda na Wschodzie, potocznie zwana Gwiazdą Betlejemską. Widziano w niej koniunkcję Jowisza i Saturna, wybuch Supernowej nawet (to kolejna hipoteza astronomów). Choć w przedstawieniach wygląda na kometę raczej, bo malowano ją z ognistym warkoczem. Nie przeszkodziło to adwentystom widzieć w niej świetlisty zastęp aniołów, a świadkom Jehowy - uznać ją za emanację szatana. Do wyboru, do koloru. Sam pomysł z gwiazdą, prowadzącą wędrowców, nie jest specjalnie oryginalny, bo u Wergiliusza chociażby, gwiazda prowadziła Eneasza z Troi do Lacjum. Widać taki antyczny GPS to był.


katedra w Weronie, 1139 r.


baptysterium w Parmie

Pierwotnie mędrców pokazywano podobnie i anonimowo. Dopiero w średniowieczu zaczęli obrastać w szczegóły. Dostali imiona: Kacper, Melchior i Baltazar. Znienacka Kacper odmłodniał, Melchior się postarzał, a Baltazar wszedł w wiek dojrzały. Co więcej, Kacper został Murzynem. Melchior niósł w darze Jezusowi złoto, należne królowi. Baltazar mirrę, czyli wonną żywicę, używaną w celach kosmetycznych i leczniczych przez zwyczajnych ludzi. A Kacper miał na prezent kadzidło, służące uczczeniu Boga.


Alfonso Lombardi, bazylika San Domenico - Bologna.


katedra w Fidenzy


via degli orefici, Genua

Najstarsze przedstawienia prezentują magów w dziwnych nakryciach głów. Czasem są to przemyślne turbany, kiedy indziej perskie czapy, podobne do tych, jakie noszą krasnoludki. Miały wskazywać na wschodnie pochodzenie wędrowców. W końcu, nie wiedzieć czemu, zrobiono z nich króli i przyozdobiono w korony. A co!


Andrea della Robbia, 1500-10

Dodać należy, że tu u nas, w Wielkopolsce, jeden z mędrców odgrywa rolę szczególną. Nie wszyscy wiedzą, że nasz Gwiazdor to właśnie biblijny uczony wędrowiec. Przedstawiał go w ludowych jasełkach kolędnik, niosący podświetlaną gwiazdę na kiju i worek z prezentami. Istnieje podejrzenie, że Gwiazdor to Kacper, bo często gębę miał pomazaną węglem, żeby wyglądał na murzyna.


fresk (200x185 cm) Giotta, 1303-1305, Cappella degli Scrovegni w Padwie


Lorenzo Monaco, Uffizi di Firenze, 1420-1422




Bartolo di Fredi

Co ciekawe, nawiązuje to do hiszpańskiej tradycji wręczania prezentów przez Trzech Króli właśnie. Jak w słynnych hiszpańskich orszakach, wyprowadzanych na ulice wieczorem 5 stycznia. Orszaki te mają zwykle zupełnie świecki charakter. Są po prostu początkiem karnawału i okazją do zabawy. Nie mają zbyt długiej tradycji. Pierwszy taki orszak ruszył w 1885 roku w mieście Alcoi.


Giotto, Metropolitan

W wieczór poprzedzający święto Trzech Króli prezenty dostają też włoskie dzieci. I żeby było śmieszniej, roznosi je chrześcijańska czarownica Befana, znajoma Trzech Króli. Ona też szukała nowonarodzonego Dzieciątka, ale biedaczka się zgubiła i tak szuka do dzisiaj, zaglądając do każdego domu, gdzie są dzieci i zostawiając prezenty, na wszelki wypadek.


Beato Angelico i Filippo Lippi, National Gallery



Bramantino, 1500, National Gallery


Rafael


Andrea Mantegna,1497-1500, Getty Museum w Los Angeles

Mędrcy uznawani są za świętych w katolicyzmie, prawosławiu i starożytnych kościołach chrześcijańskich Bliskiego Wschodu. Święto im poświęcone obchodzone było wcześniej, niż samo Boże Narodzenie. W chrześcijaństwie zachodnim zwane jest świętem Objawienia Pańskiego, a w prawosławiu Epifanią lub świętem Jordanu. Dla uczczenia dnia, w którym Chrystus objawił się poganom i zwiastował zwycięstwo chrześcijaństwa na całym świecie.


Fra Angeloico, Convento di San Marco, Florencja


Leonardo da Vinci, 1481-1482, Galleria degli Uffizi we Florencji

W Polsce tradycyjnie od wielu lat odgrywano jasełka, opowiadające o Bożym Narodzeniu, pokłonie pasterzy i wizycie trzech króli u Dzieciątka. Kilka lat temu w Polsce nastąpił zadziwiający renesans tego święta. Od 2011 roku 6 stycznia jest dniem wolnym od pracy. Od kilku lat ulicami wielu miast przechodzą pochody przebierańców. Można rzec, narodziła się nowa kościelna tradycja. W tym roku już w 515 miejscowościach. Połączona z dopiero co wymyślonym rozdawaniem tysięcy papierowych koron. No i mamy w Chrystusie od niedawna naszego króla. Nikt nie przewidział takiego triumfalnego powrotu kultu monarchii.


Sandro Botticelli, 1481-1482


Rafael, Muzea Watykańskie, Loggia di Raffaello


Moroni, Gorlago we Włoszech, kosciół s. Pancrazio


Jacopo Bassano, 1555

Od zawsze doceniano widowiskowość opowieści o trzech mędrcach. Z całym egzotycznym potencjałem teatralnym i filmowym zarazem. Stąd takie powodzenie tego tematu u artystów. Ilość dzieł z jego przedstawieniem dorównuje scenie Bożego Narodzenia. Wszyscy najwięksi mistrzowie sztuki mają takie obrazy w dorobku. Jest co oglądać i czym się zachwycać. Również w Poznaniu.


Bonigacio de`Pitati, 1487-1453, Muzeum Narodowe w Poznaniu


Joos van Cleve, Muzeum Narodowe w Poznaniu


naśladowca Hieronima Boscha, ok 1560, Muzeum Narodowe w Poznaniu

6 stycznia ruszy po raz siódmy poznański orszak Trzech Króli z placu Wolności, przez Stary Rynek ku Farze. Ponad stu aktorów zaprezentuje się tysiącom poznaniaków. Dzieciaki będą piszczeć ze szczęścia. Nigdy za dużo radości w naszym życiu. A to święto radosne i to jest w nim piękne. Byle tylko nikt w tym roku nie ukradł wielbłąda na kółkach.

Wojciech Hildebrandt
tytułowa ilustracja z pocz. XV wieku pochodzi z manuskryptu przechowywanego w Salzburgu
reprodukcje włoskich obrazów i płaskorzeźb z portalu Musei Italiani

[czytaj więcej i komentuj]

[30.12.2016, 21:37:32] Rondo Truponiera

Remont największej poznańskiej dziury w ziemi trwał pięć lat. Tyle, co budowa Burdż Chalifa w Dubaju, najwyższego wieżowca na świecie. W stolicy słynącej z oszczędności Wielkopolski wpompowano w ziemię ponad 360 milionów złotych. Tylko po co?



Przebudowa Ronda Kaponiera nie wniosła nic nowego do układu komunikacyjnego miasta. Utrwaliła tylko bezsensowne rozwiązania z czasów PRL-u. W tym miejscu rondo nie jest w ogóle potrzebne. Jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości, dawno powinien się ich pozbyć. Wyłączona z użytkowania na czas robót Kaponiera nie spowodowała żadnych kłopotów komunikacyjnych. Mieszkańcy bez trudu przyzwyczaili się omijać to miejsce. Ruch samochodowy w stronę Świętego Marcina okazał się zupełnie niepotrzebny. Zwierzyniecka już wcześniej prowadziła donikąd.





Odtworzenie wielkiego i skomplikowanego ronda tylko utrudnia ruch na jedynym istotnym kierunku: Głogowska – Roosevelta, z południa na północ. W tym miejscu wystarczyło zrobić zwykłe skrzyżowanie, z tramwajami w osi drogi. A piesi powinni chodzić po ziemi, a nie biegać po schodach i tunelach. Koncepcje podziemnych przejść dla pieszych na świecie już dawno odeszły w przeszłość. Miasto jest dla ludzi, a nie tylko dla samochodów. Podtrzymywanie tych koncepcji komunikacyjnych z lat siedemdziesiątych jest niczym nieuzasadnione. W stronę Świętego Marcina można było skierować tylko tramwaje. Nowe władze miasta postąpiły jednak zgodnie z zasadą – jak poprzednik wybudował sobie szubienicę, to musimy się powiesić, żeby nie było straty.





Łatwo marnuje się publiczne pieniądze. Najpierw owa bezsensowna budowa miała kosztować 120 milionów, potem 210, aż wreszcie – 335! Na koniec trzeba było sumę zaokrąglić do 360 milionów złotych. Oczywiście, miejscy fachowcy nie potrafili wpaść na pomysł, by planując przebudowę, zrobić ekspertyzę stanu technicznego Mostu Uniwersyteckiego. Zmarnowano też szansę stworzenia tu stacji przesiadkowej przyszłej kolei metropolitalnej.



Biorąc pod uwagę fakt, że przy inwestycjach tramwajowych dofinansowanie z Unii Europejskiej wynosi ok. 70 proc., za te pieniądze można było obudować szybkim tramwajem cały Poznań. Albo przykryć płytą tory kolejowe od Mostu Dworcowego do Uniwersyteckiego. I stworzyć nową przestrzeń w centrum miasta, która połączyłaby rozcięte torami dzielnice. Ale do tego trzeba wyobraźni. I wizji rozwoju miasta. A tego brakowało poprzednim i brakuje obecnym władzom Poznania. Niestety, ostatnim prezydentem, który stworzył koncepcję długoterminowego rozwoju miasta był Cyryl Ratajski. 90 lat temu.





W kwietniu 2016 roku oddano do użytku jezdnię. We wrześniu - przejście podziemne. A miesiąc później, drugą kondygnację podziemną z przystankiem szybkiego tramwaju. Mijają kolejne miesiące, a pod Rondem Kaponiera panuje głucha cisza.







Wielki obiekt jest martwy. Olbrzymie powierzchnie stoją puste. Od razu widać, że nie jest to przestrzeń prywatna. Żaden prywatny inwestor nie mógłby sobie pozwolić na takie marnotrawstwo. Już w dniu otwarcia kwitłoby tu życie. W wielkiej urzędniczej maszynie nikt nie pomyślał, żeby poszukać najemców wcześniej? Pięć lat to za mało czasu?





Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła złe przygotowanie inwestycji. Jej zdaniem na budowie panował chaos organizacyjny, nie było kompletnej dokumentacji projektowej, brakowało nadzoru. Miało to narazić miasto na straty sięgające 11 milionów złotych. Prokuratura właśnie to dokładnie liczy. Przekopanie się przez ten bałagan zajmie jej jeszcze sporo miesięcy.



A mieszkańcy mają się cieszyć, że Rondo Kaponiera działa i jest śliczne. Choć nie jest. Całość sprawia wrażenie, jakby zabrakło generalnego projektanta. A może był i stwierdził, że architekci nie są tu niepotrzebni. Nikt nie pomyślał o harmonijnym połączeniu nowej inwestycji z otoczeniem. Do jakiejś umownej linii pomalowano elementy konstrukcji, zrobiono nowe balustrady, dalej pozostawiono stare dziadostwo. Oszklone budki nad wyjściami z przejść podziemnych sterczą z jezdni bez ładu i składu. Uroku dodają jeszcze sterczące z nich instalacje. W podziemnym przejściu pojawiła się olbrzymia szklana dekoracja pustych ścian, w brudnych żółtozielonych kolorkach. Brzydkie to, ale i tak najlepsze w całym wnętrzu. Wszystko inne utrzymane jest w stylistyce gigantycznego krematorium. Masywnie, nudno i szaro. Widać ulubioną konwencję miejskiego plastyka. Śmiertelnie spokojnie i grafitowo. Wysoka jakość wykończenia niczego tu nie zmienia.





I wszędzie pusto. Przemykają w tej przestrzeni pojedynczy przechodnie. Tłumów nie ma. Na przystanku szybkiego tramwaju prawie nikt nie wysiada. Tylko przeraźliwie skrzypią ruchome schody. Jest ich tu tyle, że można się zgubić. Liczne tabliczki informacyjne nie porządkują tego labiryntu. Brakuje spójnego systemu informacji. Gdy zaglądałem w zakamarki tej przestrzeni, ciągle ktoś pytał mnie o drogę. Co z tego, że przy toaletach jest tabliczka, że to toalety. Kawałek dalej informacji o tym już nie uświadczysz.



Najniżej położona kondygnacja to zmarnowana szansa. Można było zrobić tu wygodną stację przesiadkową kolei metropolitalnej. Można było wykorzystać duży, wolny teren między Mostem Teatralnym, a Mostem Uniwersyteckim. Zamiast tego zastawiono przestrzeń jakimś dziwnym, niedokończonym przeszkleniem. Podziwiałem przez nie prowadzoną właśnie wycinkę drzew. Za zgodą władz miasta powstaje tam kolejowa, bezdrzewna pustynia. Bezpieczeństwo ruchu pociągów nie ma z tym nic wspólnego. To nieprawda, że wycinka wynika z przepisów bezpieczeństwa.



Wyrzucenie z podziemia Kaponiery muzeum starych samochodów, to skandal. Po kilku latach bezdomna kolekcja o wielkiej wartości znajdzie miejsce w Szreniawie. Poznańskie media niedawno radośnie ogłosiły, że Poznań pozbędzie się wielkiej atrakcji turystycznej. Dla kochających rowery władz Poznania ważniejszy jest podziemny parking dla samochodów, niż wspaniałe muzeum komunikacji.



Pozostałości dawnego fortu Kaponiera też czekają na lepsze czasy. Zamiast je udostępnić, powieszono wielkie banery ze zdjęciami tego, co jest za nimi. Właśnie ktoś sobie przypomniał o tej przestrzeni i zabrał się za opracowanie koncepcji ekspozycji zabytkowych wnętrz. Czekały na to kilkadziesiąt lat, to mogą sobie jeszcze poczekać.





Na Rondzie Kaponiera nic się nie dzieje. Nawet autobusy nie wjeżdżają już na niewidoczne słupy. Nikt i nic nie przeszkadza w letargu. Jest dobrze. Trzeba tylko zmienić nazwę. Proponuję - Rondo Truponiera. Miejsca na aleję zasłużonych i mauzoleum jest pod dostatkiem.

Wojciech Hildebrandt
fotografie autora

[czytaj więcej i komentuj]

[23.12.2016, 23:42:53] Poznańska Madonna z Dzieciątkiem Belliniego

Jest taki obraz w poznańskim Muzeum Narodowym. Nieduży, powieszony w kącie bocznej sali. Madonna, trzymająca na kolanach Dzieciątko. W prawym dolnym narożniku dodana głowa i ręce młodego mężczyzny, złożone do modlitwy. Ciche arcydzieło wielkiego mistrza weneckiego renesansu, Giovanniego Belliniego.



Madonny Belliniego na monumentalnych tronach, w otoczeniu świętych, wiszą w najważniejszych kościołach Wenecji. Święta rozmowa w San Zaccaria i ogromny tryptyk w Santa Maria Gloriosa dei Frari. Są w ekspozycjach największych muzeów na świecie. W National Gallery w Londynie, Muzeum dell`Accademia w Wenecji i di Brera w Mediolanie. I w Poznaniu.





Gdy jadę do Włoch, zawsze zabieram z sobą kartki z reprodukcją poznańskiego Belliniego. Na pytanie: skąd jesteś? – odpowiadam: z Poznania. Gdy widzę głupią minę pytającego, daję mu obrazek z poznańską madonną Giovanniego Belliniego. Poznań i Bellini... to musi być wspaniałe miejsce, myślą sobie wszyscy i z uznaniem kiwają głową. Doceniają, choć poza Polską i Poznaniem.



Był Giovanni Bellini mistrzem nad mistrzami. O jego obrazach pisał w sonetach Petrarca „o podobizno niebiańska i czysta... wierzę, że Bellini w jednym z swych obrazów...”. Wymienia go wśród najlepszych malarzy Ariosto w Orlandzie szalonym. Sławny był już za życia. Dzisiaj również doceniany, choć nazwiska Leonarda, Tycjana, Rafaela brzmią donośniej.



Był największym w całej historii sztuki nauczycielem arcymistrzów. Zaprzeczył swoim przykładem powiedzeniu „w cieniu wielkiego drzewa nic nie rośnie”. Z jego bowiem pracowni wyszli Tycjan i Giorgione.



Madonn w warsztacie Belliniego powstało wiele. Te pierwsze - sztywne, sformalizowane i kanciaste. Nawet pokraczne się zdarzały. Z czasem nabrały szlachetności i łagodności. Przestały być dramatyczne, a stały się refleksyjne i wyciszone. Nie wyidealizowane, jak u Botticellego i Rafaela, tylko zwyczajne, o rysach kobiet z ludu. Reklamę robiły mu wielkie realizacje ołtarzowe. Po nich napływały skromniejsze zlecenia prywatne. Jak to, które oglądamy w poznańskim muzeum. Zamówione do domowej kaplicy młodego mieszczanina, a może arystokraty.



Katalog układów kompozycyjnych madonn z dzieciątkiem jest u Belliniego przebogaty. Właściwie nie ma powtórzeń, malarz nie powielał w prosty sposób swoich obrazów. To nie El Greco, który zastępy apostołów trzepał na obrazach całymi setkami, jak w fabryce.

Poznański obraz, choć skromny, nie ma w dorobku Belliniego odpowiednika. Jego elementy przewijają się w innych obrazach, ale tu ujęto je w sposób oryginalny. Nawet delikatny, przyprószony bielą koloryt, różni się od ostro zarysowanych błękitów i czerwieni w innych dziełach. Artysta użył tu miękkiego modelunku, o prawie niewidzialnej granicy między światłem, a cieniem. Obraz ma w sobie coś bardzo ulotnego, subtelnego. Scena wydaje się być zawieszona w czasie. Niewielu artystów potrafiło tak namalować ciszę. Obok Piera della Francesca sięgnął tego niebiańskiego nastroju tylko Giovanni Bellini. Po kilkudziesięciu latach malowania.





Matka Boska siedzi na kamiennym murku - w tle, po obu stronach, ścieli się senny, wieloplanowy krajobraz. Z pięknie namalowaną perspektywą powietrzną. Najpierw zielona, pokryta trawą łąka, za nią pas martwej, pełnej grud, żółtawej ziemi. Za nim, po lewej stronie, rozciąga się gęsty las. Wystają z niego pojedyncze uschłe drzewa. Na tle ciemnej ściany drzew wędruje maleńka sylwetka kobiety, dźwigającej kosz na przewieszonym przez ramię kiju. Po prawej stronie las się kończy, a ku miejskiej bramie i wysokiej wieży prowadzi zwodzony most. W bramie stoi wartownik, na barierce mostu przysiadł wędkarz, łowiący ryby w fosie. Jest nawet pies, obserwujący połów. Wszystko to w milimetrowej wielkości.





Maciupeńka scenka rodzajowa w krajobrazie włoskiego Veneto. I jak w realu, patrząc od strony Wenecji dalej, za pasmem wzgórz, majaczą posiwiałe, wysokie góry. Może to Dolomity, choć góra po prawej stronie dziwnie nasz Giewont sylwetą przypomina. Całość wieńczy pasmo rozciągniętych w poziomie, syntetycznie ujętych chmur na poszarzałym cicho niebie. Przyprawione jedną tylko nutką delikatnego błękitu sięga nieskończoności.



Na pierwszym planie przysiadła skromnie młoda mama. Okutana w ciemnogranatowy, sięgający czerni płaszcz. Podbity zieloną materią, w złamanym kolorze. Pod nią suknia długa, bladoczerwona, prawie koralowa, chłodna w odcieniu. Głowa madonny okryta śnieżnobiałą chustą, ułożoną fantazyjnie w fałdy na klatce piersiowej. Obwiedzioną prześwitującą, ledwo zarysowaną, złotą lamówką To najbardziej ozdobny element stroju madonny.





Na kolanach trzyma gołe Dzieciątko, przytrzymując je delikatnie dłonią. Opuszkami ugiętych palców muska brzuszek dziecka. Golasek trzyma w rączce, zawieszony na cienkiej nitce, malutki bukiecik wysuszonych kwiatków, który dynda pionowo w dół, pośrodku obrazu, asekurowany otwartą pod nim dłonią Maryi. Układ dłoni matki i dziecka prowadzi subtelną grę. Jezusek spogląda na to spod przymkniętych powiek, uważnie. A oczy mamy wodzą nieobecnym wzrokiem. Myślami jest gdzie indziej. Dosłownie i w przenośni - jej głowa jest w chmurach. Ma twarz dziewczęcą, jeszcze dziecinną, ale pełną powagi. Bardzo subtelną i pełną łagodności w wyrazie. Z błędem perspektywicznym, bo prawe oko jest namalowane odrobinę za nisko. Zdarza się nawet najlepszym.





W tą nastrojową scenę wtargnął młody mężczyzna. To nieznany nam fundator kazał uwiecznić swój profil na dole obrazu. Obcięte palce w geście modlitwy, dopełniają całości. Obecność tej dodatkowej postaci jest zamierzona i wpływa na rozłożenie całej kompozycji. Dla utrzymania trudnej równowagi kadru, madonna jest lekko przesunięta w lewo od osi obrazu. W tą też stronę przesunięte jest dzieciątko. Kompozycja z fundatorem to dalekie echo średniowiecznych obrazów, z domalowanymi na siłę małymi pamperkami zleceniodawców. Płacił, to i chciał się załapać w sąsiedztwo świętej rodziny. Ale jest w tej scenie wyraźnie nieproszonym gościem.



Obraz namalowany jest na nieco wygiętej, topolowej desce. Na cienkim gipsowym podkładzie użyto farb temperowych z olejnymi laserunkami. Lśni delikatnie rozbieloną gamą kolorystyczną. Widać, że przy ostatniej konserwacji zmyto stary, pociemniały werniks. Stan zachowania jest dość marny, ostatnio powstała dziura w malarskim przedstawieniu zielonej tkaniny, pośrodku obrazu. Zniszczenie obrazu widać najbardziej na wyraźnie rozmytej twarzy Dzieciątka.



Na odwrociu obrazu jest zapis sugerujący, że to dzieło Marca Basaitiego lub Cimy de Conegliano. W roku 1929 uznano poznański obraz za dzieło jakiegoś ucznia Belliniego, namalowane na podstawie późnego szkicu mistrza. Dopiero w roku 1956 G. Fiocco uznał obraz za doskonałe, własnoręczne dzieło dojrzałego okresu twórczości Giovanniego Belliniego, z lat 1500-1507. Malarz był już wtedy dobrze po siedemdziesiątce i malował swoje najlepsze obrazy. Atrybucję potwierdził w 1961 roku F. Heinemann. Inni badacze uwzględniali oprócz ręki mistrza udział jego warsztatu. Najbliższa poznańskiemu obrazowi jest Madonna ze świętymi i fundatorem z galerii w Birmingham. Kwiatek na nitce trzyma już Dzieciątko na wcześniejszym obrazie, przechowywanym w Glasgow. Choć tam jest to goździk. W kilku obrazach, z późnego okresu twórczości artysty, pojawia się postać Maryi siedzącej bezpośrednio na ziemi, czy trawie.



Obraz pochodzi z kolekcji Fritza von Harcka z Lipska, od 1922 roku w Berlinie w kolekcjach Cassirera i Holzmanna. Do poznańskiego muzeum przywieziony w tajemniczych okolicznościach z Gubina, w 1945 roku. Wojenny łup?



W świąteczny czas warto przypomnieć ten, najcenniejszy chyba, z obrazów w poznańskiej kolekcji. Skłania do refleksji i zastanowienia. Dlaczego Muzeum Narodowe nie potrafi się chwalić posiadanym skarbem? Może potwierdza się tu stara prawda z wierszyka Stanisława Jachowicza: „cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie.”

Wojciech Hildebrandt
Zdjęcia autora
W tekście korzystałem z informacji z katalogu zbiorów Muzeum Narodowego w Poznaniu, Malarstwo włoskie do 1600, Maria Skubiszewska (1995)

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

MDM - Mieszkanie Dom Miasto. Blog o urodzie architektonicznej Wielkopolski, o podróżach w czasoprzestrzeni i o zadziwiającym pięknie tego co nas otacza, a co nie zawsze zauważamy.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2017 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego