wybrano wpisy z okresu: Maj 2016 r.

[25.05.2016, 18:36:06] Naleśniki są mniam mniam





Wspomnienia mojego dzieciństwa przeplatają się różnymi smakami. Wśród nich poczesne miejsce zajmują naleśniki. Moja babcia potrafiła z nich czynić istne cuda. Mogło to być drugie śniadanie zwłaszcza latem, ale równie dobrze danie główne, po którym rodzina wstawała od stołu z lekkim uczuciem niedosytu, bowiem oczy by jeszcze chciały ale babcia uważała obżarstwo za jeden z grzechów głównych więc nie było zmiłuj. Można było żebrać wzrokiem i słowem, nic to nie dało. Tyle się należy, w zależności od wieku i potrzeb i koniec. Ponieważ potrawa to stosunkowo prosta była obecna na wielkopolskich stołach od wieków. Jedni robili je skromnie rozwadniając mleko, bez masła, inni na bogato dodając wszystkiego.



Pozwolę sobie zaprezentować Szanownemu Czytelnikowi przepis spisany z kartek zapełnionych ręcznym pismem, tak jak się robiło naleśniki w XIX wiecznym Poznaniu. Najpierw skład z przeznaczeniem na rodzinę – pięć jaj, łyżka masła , szklanka mąki pszennej, szklanki mleka, druga łyżka masła do smarowania patelni, sól i cukier. Najpierw należy jajka rozbić i dokładnie wymieszać z roztopionym i wystudzonym masłem, szczyptą soli, mąką, mlekiem i odrobiną cukru. Czynność tę najlepiej wykonać kwyrlejką czyli tłumacząc z naszego na ogólnie dostępny polski mątewką. Ciasto powinno być lejące ale nie wodniste, pięknego słonecznego koloru. Na patelni rozsmarowujemy w niewielkiej ilości masło i podgrzewamy. Ciasto wylewamy dużą łyżką i zaraz rozprowadzamy po całej patelni by miało jednolitą grubość. Jak jedna strona się zrumieni, przewracamy na drugą i odkładamy na talerz. Możemy jeszcze wykonać jedną sztuczkę, taka dla mniej leniwych. Wtedy wyrabiając ciasto robimy to z samymi żółtkami, białka natomiast ubijamy na sztywno i dodajemy na sam koniec. Ten zabieg wykonujemy wtedy gdy naleśniki prosto z patelni trafiają do „głodnej Litwy” która przebierając nogami czeka na efekty naszej pracy. Oczywiście pieczenie to dopiero pierwsza część pracy.



Teraz trzeba uruchomić wyobraźnię i zastanowić się w co nasze dzieło zawinąć. Możemy zrobić danie słodkie. Wtedy najlepsze będą jagody w syropie, niedługo pojawią się prawdziwe truskawki, po nich zaś maliny. Wtedy możemy po porozcinaniu truskawek na pół lekko je zrumienić na miodzie, maliny zostawiamy całe. Pamiętać jednak należy o odpytaniu biesiadników czy który nie uczulony na te pyszne, ale niestety alergenne owoce. Dalej znakomitym wypełniaczem będzie ser. Gdy wykorzystujemy świeży twarożek możemy go podać na słodko z rodzynkami i kandyzowanym ananasem lub innym owocami. Gdy nie boimy się kalorii możemy ten manewr wykonać przy pomocy ubitej na sztywno kremówki lub słodkiej śmietanki, wtedy będzie to bardziej płynny sosik. W jednym i drugim wypadku trzeba pamiętać o dodaniu soku z połówki cytryny i łyżki cukru pudru lub słodkiego syropu.



Tylko trochę fantazji i możesz stworzyć własne, pyszne kompozycje. Ja natomiast z rozrzewnieniem będę wspominał dzieła mojej babci.

Marek Grądzki

zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

[22.05.2016, 10:34:18] Zielono na talerzu





Wiosna, pora radosna, stare powiedzonko ale jakże prawdziwe. Skoro radość jest w sercu, powinno to znaleźć swoje odzwierciedlenie na talerzu. Na moim tak się właśnie dzieje. Trochę pomysłowości i fantazji, a taką wykazuje Moja Żona a efekt może być porażający, w pozytywnym rzecz jasna sensie tego słowa. W naszej domowej szklarence sałata hula na całego. Piękne główki rosną wręcz w oczach. Poza tym wiem co jem, jak mówi Kasia Bosacka, bo żadnej chemii tam w ziemi nie ma, jeno coroczne dosypywanie kompostu. Wystarczy nazrywać tych pięknych liści i przynieść do kuchni.



Najpierw budujemy bazę, czyli gotujemy wywar jarzynowy z dużym udziałem włoszczyzny. Jarosze mogą na tym poprzestać, miesożery, a ja się do nich zaliczam dodają kawałek wędzonego boczku. Zaznaczam wędzonego a nie wykąpanego w jakimś chemicznym świństwie i parzonego. Gdy baza zupy gotowa wrzucamy liście sałaty, gotujemy z dziesięć minut i całość miksujemy na gładko. Przedtem jednak wyciągamy czerwone warzywa, chcemy bowiem by nasze dzieło zachowało piękny, wiosenny kolor. Na talerzu dodajemy pokrojoną w słupki marchewkę, tę wyciągniętą, do tego dla tych co jadają boczek, który wcześniej kroimy w paski i podsmażamy na chrupko. Całość przed podaniem posypujemy uprażonymi ziarenkami słonecznika, sezamu i dyni. Będą pięknie strzelać w zębach. Całość rzecz jasna delikatnie podprawiona solą i dla tych co lubią prawdziwym sosem sojowym.



Teraz przystępujemy do przygotowania drugiego dania. Chcąc się trzymać w kolorystyce gotujemy zielone szparagi. To warzywo dla leniwców, bowiem przed wrzuceniem do garnka trzeba jedynie odciąć zdrewniałe końcówki i można ominąć pracowite skrobanie zdrewniałej skórki. Jeżeli o mnie chodzi to wiosną kocham jedne i drugie i mogę je pożerać tonami. No ale przecież tym razem trzyma nas kolorystyka obiadu więc zostajemy przy zielonych. Teraz kolej na sałatę. Tę po dokładnym opłukaniu rwiemy ręcznie na mniejsze kawałki i polewamy sosem z oleju rzepakowego, tłoczonego na zimno, podciągniętego kapką octu balsamicznego i soku z cytryny. Ozdobą talerza, dla mnie rzecz jasna będą kąski z piersi kurczaka. Najpierw lekko obsmażamy je na złocisto, na patelni z minimalną ilością oleju, potem dusimy w porządnej śmietanie. Ja mam kozią od moich anglonubijek, która na trzeci dzień po ściągnięciu staje tak, że łyżką ją trzeba ze słoika wyciągać. Do tego sosu dodajemy świeżo zerwane zioła. W moim wypadku był to szczypiorek, tymianek, ruta i melisa. Zielone listki lekko skrojone nadały sosowi piękny, opalizujący zielonkawy kolor. Całość niech się poddusi pod przykryciem przez 10 minut.



Zaręczam Szanowny Czytelniku, taki posiłek na talerzu to sama radość dla oka i podniebienia i jak samemu zrobiona wcale nie kosztowna. Korzystajmy z darów Matki Ziemi i raczmy się nimi. Wszak wiosna tak szybko przemija.

Marek Grądzki

zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

[12.05.2016, 22:28:39] Komunistów to czas





W maju na ulice naszych miast, miasteczek i większych wsi wysypuje się młódź odziana w białe sukienki zwane albami. Jest to bowiem czas komunii, nie jakby mógł przewrotnie sugerować tytuł powrót systemu słusznie minionego. Rodzice w ten czas wyciągają skrywane oszczędności i silą się jeden przez drugiego by sąsiadom pokazać na co ich stać. Szczęściem przeminęła moda, która pozwalała w strojach wykazać kto bogatszy. Do rzadkości należą już sytuacje gdy niewiele ponad dziesięcioletnia panienka wychodzi wystrojona w suknię niczym nie odbiegającą od prezentacji ślubnej z salonu haut couture. To rzecz jasna przede wszystkim wyraz dobrej woli panującego w parafii proboszcza. Ale skoro mamy skromnego Papieża, który się ze złotem nie obnosi zwyczaje powinny schodzić również między kościółkowy ludek. Stroje to rzecz jasna jedna rzecz, ale pozostaje jeszcze cała otoczka. Po pierwsze prezenty, które ostro szarpią kieszeń. Kiedyś był to zegarek marki Pobieda i rower z Rometu, dzisiaj nierzadko nie wystarczy I-Pad za kilka tysiaków, czy inny zminiaturyzowany komputer w postaci telefonu z wieloma funkcjami. Do tego wszystkiego trzeba sprosić całą famułę i ją nakarmić porządnie by na językach nie roznieśli. Robi się z tego złoty czas dla knajp wszelakich, które potrafią odbębnić jednego dnia kilka takich imprez pod rząd albo i równocześnie. Jest to widomy dowód na to, że społeczeństwo nam zamożnieje i nikomu się już nie chce nic po chatach robić i statków zmywać.



Ja jednak mam propozycję by jednak sięgając pamięcią do dawnych dni spróbować zrobić coś samemu, w domu nie siląc się na organizację małego wesela, którego koszty potem miesiącami będą się odbijały w jakiejś bandyckiej firmie pożyczkowej, która to podobno za darmo po tysiącu pierwszym rozdaje. Takim to znakomitym daniem będzie pieczeń z karkówki. Bierzemy całą, bez kości i najlepiej nie za mocno poprzerastaną tłuszczem. Rozcinamy ją wewnętrznie na szeroki plaster, rozkładając na boki. W środek kładziemy wedle fantazji papryczkę, śliwkę, skrojony w plasterki czosnek, może być i konserwowy ogórek. Całość nacieramy przyprawami. Pasuje majeranek, trochę tymianku, bazylii, rzecz jasna sól i świeżo zmielony czarny pieprz. Można też musztardą z ziarkami gorczycy. Gdy wszystko to wklepiemy w mięso to zawijamy je i wkładamy do brytfanny. Na dno tejże wlewamy trochę tłoczonego na zimno oleju rzepakowego i zaczynamy piec. Gdy na mięsie wytworzy się skórka obkładamy je plasterkami cebuli, dokładamy czosnek.



W temperaturze 170 stopni będzie dochodziło trzy godziny, co pewien czas podlewamy pieczeń wodą. Gdy przyjdą goście kroimy całość w plastry, dodajemy ugotowane na sypko ziemniaki i najlepszą o tej porze roku sałatę.



Takiego poczęstunku Wasi komuniści długo nie zapomną, bo żadna knajpa nie poda takiego dania, pozbawionego ulepszaczy, brązowego sosu z torebki i innych „dodatków”. Zaś Wasze dziecko też zakarbuje sobie w pamięci ten dzień i co rodzicie dla niego zrobili, bo wszak zapłacić zawsze najłatwiej, samemu zaś popracować najtrudniej.



Marek Grądzki

zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

[08.05.2016, 10:28:08] Szparagi jeść czas zacząć !





No i buchnęła całym bogactwem moja ulubiona pora roku. Teraz zieleń jest już pełna światła, nasycona, godna malarskiej palety mistrza. Najbardziej cieszy mnie odcień młodych listków brzozy, jakże ciepły i delikatny. Mnie tym bardziej bliski, że namiętnie żłopię oskołę. Dla niewtajemniczonych to sok tryskający wczesną wiosną z pni tych drzew. Nie zawiera sacharozy a słodziutki i smaczny. Wiem jak go zebrać ale radził nie będę bo brzozę uszkodzić bardzo łatwo, więc niech to robią fachowcy. Jak przygrzało majowe słoneczko i temperatura w nocy podskoczyła do zadawalającego poziomu pokazały się szparagi. Wielkopolska jest potęgą w uprawie tego warzywa.



Rozpoczęło się wszystko w czasach zaborów i karpy oraz kulturę pracy przynieśli nam zachodni sąsiedzi. Jednak po krótkim czasie nauki uczeń prześcignął mistrza. Oczywiście niebagatelną rolę odgrywa duża pracochłonność utrzymania plantacji i zbioru. Im się po prostu już nie chce. Jadąc drogami Wielkopolski widać w okolicach Nowego Tomyśla czy Wolsztyna charakterystyczne trapezowe kopce, częstokroć w początkowym okresie przykryte folią. Potem zaś pojawiają się tabliczki z drogowskazem – spargeln, szparagi. Mamy trzy podstawowe rodzaje tych pędów – zielony, fioletowy i biały. Pierwszy nabiera barwy wystawiając się cały na działanie słońca. Jest delikatny, stosunkowo cienki i co najważniejsze nie wymaga uciążliwego skrobania. Drugi wystawia główkę z ziemi, resztę pozostawiając ukrytą. Zbiera się go wczesnym świtem, nie za późno bo wystrzeli w górę i nic już z tego nie będzie. Trzeci wycina się przed świtem, a cały jest schowany pod ziemią. Szparagi jeść warto. 100 gramów tego warzywa zawiera zaledwie 18 kalorii, więc bez skrupułów mogą się nimi objadać panie dbające o linię. Do tego odpowiednia ilość kwasu foliowego korzystna dla tych, które planują udział w programie 500+, witaminy C i E, do tego beta karoten, wszystko to poprawi kondycję skóry i paznokci, potas, wapń i fosfor będą działały pozytywnie na funkcjonowanie naszego organizmu, inulina i błonnik poprawią nam pracę kiszeczek, glutation wzmocni naszą odporność.



Ażem się zdyszał wymieniając wszystkie te zalety. Szanowni Panowie spójrzcie na szparaga okiem anatoma. Czy jego kształt nie przypomina Wam jakiejś części Waszego ciała? Niektóre panie twierdzą, że ta część nami kieruje i że nią myślimy. No nie do końca się z tym zgadzam, ale coś prawdy w tym jest. Tak więc z pełną świadomością tego co piszę oświadczam, że nie masz lepszego afrodyzjaka nad szparaga. Jego zalety znali już starożytni Rzymianie, więc stoją za nim tysiąclecia doświadczeń. Teraz słów kilka na temat jak go przyrządzić. Jest delikatny, więc w obróbce obchodźmy się z nim ostrożnie, może się w rękach połamać, najlepiej gotować go na stojąco, główki nie muszą być zanurzone w wodzie, dojdą w parze. Wystarczy zaledwie od siedmiu do dziesięciu minut, w zależności od grubości warzywa. Do wody dodajemy szczyptę soli i cukru, ja wlewam jeszcze łyżkę jabłkowego octu. Najprostszym daniem to wydanie ugotowanych, polanych masełkiem z przypróżoną tartą bułką.Wersja obiadowa komponuje się z innymi warzywai i np. rybą.



Przyznam Ci się Szanowny Czytelniku, że pod tą postacią kocham je najbardziej. Niemniej wieki eksperymentów spowodowały, że przepisów na przyrządzenie szparagów jest bez liku. Można je zapiec pod beszamelem, zjeść na zimno, zawinięte w kołderkę z szynki, dołożyć do jarzynowej sałatki. Ruszcie więc głowami i eksperymentujcie, pamiętając jednak o zasadzie, która mówi, że kuchnia mistrzów kocha prostotę. Ja zaś skoncentruję się na zachęcaniu Was do jedzenia tego pysznego Daru Bożego. Jedzcie do woli, bo czas gdy są jest krótki!

Marek Grądzki

zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

Kultura kulinarna Wielkopolski. Czyli co i jak jadaliśmy, jadamy i czym czasem popijać to można, żeby poruty nie było. Krótko rzecz biorąc jeden z naszych smakowitszych blogów.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego