wybrano wpisy z okresu: 2016 r.

[26.12.2016, 14:25:52] Wigilijny stół pełen dobroci

Święta w moim rodzinnym domu zawsze nasycone były magią. Bez względu czy był to ciężki czas przaśnego realnego socjalizmu, czy zmierzchu tego słusznie minionego systemu pełen wycinanych kartek i reglamentacji. Musiało być tak jak nakazywała tradycja – pełno i bogato. Dzieciaki nerwowo biegały do okna wypatrując pierwszej gwiazdki. To był sygnał by siąść do stołu. Senior rodu, za mojej pamięci był to dziadek, gdy go zabrakło mój ojciec, sięgał po talerzyk, na którym spoczywał opłatek i dzielił się nim z mamą, następna w kolejce była babcia Adelcia, potem już progenitura. Wszyscy wszystkim składali życzenia, które nieodmiennie kończyły się zdaniem obyśmy w tym składzie i w zdrowiu spotkali się za rok. Czas biegnie nieubłaganie, teraz ja składam życzenia wspominając tych co na niebiańskich łąkach.
Siadamy do stołu. Jako pierwsze wjeżdżają śledzie w różnych kolorach wymyślnie ubawione. Do nich należny ziemniak w mundurku po rozkrojeniu ozdobiony czosnkowym masełkiem. W tym roku były klasyczne w oleju, po żydowsku by wspomnieć starszych braci w wierze, w musztardzie, z wędzoną śliweczką. Przekąska zaiste bogata. Rzecz jasna jedno nakrycie czekało na strudzonego wędrowca. Za mojej pamięci nikt taki do drzwi nie zapukał i zawsze się zastanawiałem jak postąpiliby moi Starsi gdyby jednak ktoś taki się pojawił. Wydaje mi się, że gdyby był to dobry człowiek miejsce i posiłek by się znalazło. Dziadek opowiadał mi, że przed wojną w jego domu zawsze były przygotowywane pakunki służące do wyprawienia podstawowej wigilijnej wieczerzy, które kucharka tylnymi drzwiami wydawała potrzebującym. Wszak podstawą działania chrześcijanina jest jałmużna słowo, którego sens pogrzebano i zapomniano. No ale wracajmy do stołu, po śledziach wjeżdżały zbierane latem i suszone na słońcu kapelusze prawdziwków. Dwa dni przed wigilią były moczone w mleku, potem rozbełtane jajko i tarta bułka. Wszystko to popijano barszczykiem na zakwasie z uszkami nafaszerowanymi mielonymi grzybami. Potem były pierogi z różnymi farszami – po rusku, z kiszoną kapustą i słodką polane topionym masłem. Teraz nadchodził czas na ryby, rzecz jasna karpie.
Te były podawane w różnych formach – smażone, w śmietanie i rzecz jasna w galarecie. By posiłek był należycie trawiony podawano dwa rodzaje napitków.
Jeden to musująca lemoniada zrobiona z leśnej żurawiny, stojąca przez dobę przy piecu by wrzucone do niej drożdże zaczęły prawidłowo pracować, słodzona miodem i wyostrzana sokiem z cytryny. Obok zawsze stał kompot z suszu pomagający na trawienie. Skubnąć trzeba było wszystkiego, choć po drobince. Gdy skończyły się dania pierwszoplanowe wkraczało słodkie i kawa. Obowiązkowy sernik i makowiec, co szczęście przynosi. Niestety gdy zabrakło mojej mamy zniknął też tort orzechowy, do zrobienia którego nie używała grama mąki. Jego smak mam też zakodowany w tyle głowy, łącząc go z magią świąt. Następne pokolenie obiecało, że w przyszłym roku popróbuje swoich sił na tym polu. Trzymam kciuki. Po wszystkim zmiana wystroju i spod choinki wędrują do niecierpliwie oczekujących paczki z prezentami.
Mam nadzieję, że Twój Gwiazdor Szanowny Czytelniku w tym roku też był bogaty. Życzę więc wszystkim spokojnych, przede wszystkim spokojnych świąt i tego by spokój rozlał się na te dni, które po nich nastąpią.

Marek Grądzki
zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

[21.12.2016, 10:33:25] Herbatka dobra na wszystko

Żyjemy dzisiaj w niezwykle wygodnych czasach. Jeżeli czego brakuje to się idzie do jednego czy drugiego marketu, wchodzi się w gąszcz półek, po drodze wkładając do koszyka jak ta sroka kupę niepotrzebnych rzeczy, wybiera to czego zbrakło i w drogę do domu. Zapomnieliśmy z czego wyrośliśmy, gdzie nasze korzenie. Nasi przodkowie Słowianie byli kulturą zbieracką zanim przeszli na etap upraw rolnych. Dla nich sklepem był las i łąka. Tam szukali tego, czego w ziemiance zabrakło. Głód nieraz zaglądał w oczy, trzeba było więc znaleźć to co jadalne i strawne, do tego jeszcze zdrowe. Na przednówku gdy niedożywienie było rzeczą naturalną choroba nieraz gościła w obejściu. Wtedy jedynym ratunkiem bywała babka-znachorka co to oszeptać, zamówić i złe wypędzić umiała. Musiała dobrze się znać się na tym co dać można.



Sezon zaczynał się wczesną wiosną od oskoły. Ten napitek na nowo zagościł na naszych stołach. Gdy w drzewach zaczynały krążyć soki nacinano brzozy i zbierano to dobro, które z nich wypływało, po zranieniu pień pieczołowicie opatrując. Sok zawiera cukry dające energię, do tego mikro i makro elementy pobudzające nasze siły witalne. Gdy przyroda na dobre zaczynała się budzić do życia babka ruszała po zioła. Bardzo popularna wśród naszych przodków była mięta polna, długolistna i wodna. Zbierano ją i suszono w pęczkach u powały. Musiało jej starczyć na cały rok. Jak brzuch bolał parzono i podawano gorzką, jak na poprawę nastroju to z miodem. Latem gdy zioła wysypywały się na łąkach zbierano i magazynowano. Ot, chociażby liście młodej pokrzywy działają antyalergennie, do tego pomagają reumatykom łagodząc ból, a jako diuretyk czyli środek wspomagający wydalanie moczu działają pozytywnie u chorych na prostatę, obniżają też ciśnienie. Sygnałem pełnej wiosny jest kwitnienie mniszka lekarskiego, tego od dmuchawce, latawce, wiatr. Herbatkę parzy się zarówno z liści jak i korzenia. Pod ziemią schowana jest inulina, dobroczynny prebiotyk znakomicie działający na nasze kiszeczki, na górze zaś kwas foliowy, środek odmładzający krew.



W lesie babka szukała maliny. Zrywała i suszyła zarówno liście jak i owoce. Co w nich dokładnie było nie wiedziała, ale że dobre tak. Witamina C, te z grupy B, karoteny, kwas salicylowy, pektyny, tyle tego dobra ukrytego na cienkich łodygach. Dobrze zrobiona herbatka działała napotnie, zwalczała stany zapalne górnych dróg oddechowych i układu moczowego. Lipiec niby nazwę wziął od lipy, ale kwiaty trzeba zbierać w czerwcu, suszyć i wkładać do szklanych słoi by czekały na swoją porę.



Nie ma nad nie gdy jesienna plucha przyniesie katar i kaszel. W lipcu natomiast zaczyna się wysyp czarnej jagody. Babka zbierała zarówno owoce jak i listki. Herbatka z nich łącznie sporządzona działała jak naturalny antybiotyk czyszcząc wątpia a do tego trując owsiki. Jesienią zaś nadchodził czas zrywania owoców dzikiej róży. To istna składnica witamin -C, E, B, K, PP oraz A. Herbata działa znakomicie na podnoszenie odporności organizmu pomaga w stanach zapalnych jelit, biegunce, anemii

.

O tych herbatkach mógłbym w nieskończoność. Chciałbym tylko Cię Szanowny Czytelniku przekonać do tego, że mądrość naszych przodków jest dużo warta.

Marek Grądzki
zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

[14.12.2016, 08:51:32] Pierniczki

Pierniczki

Ot, tak mnie naszło na wspomnienia. Zbliżają się Święta i to te najważniejsze w roku, zwłaszcza gdy się tak za bardzo nie wystaje ponad stół. Czekanie na Gwiazdora i na to co przyniesie było zawsze największą grą nerwów. Zwłaszcza, że czas w którym dorastałem różnił się w sposób zasadniczy od dzisiejszej rzeczywistości. Wtedy prezent trzeba było wychodzić, wymyśleć a niejednokrotnie samemu zrobić. Sklepowe półki świeciły pustkami, jak na objawienie czekało się na dar Narodu Kubańskiego dla bratniego Narodu Polskiego w postaci pomarańczy, łykowatych i dojrzewających w morskiej drodze. Statek płynął i wszyscy niecierpliwie liczyli dni i godziny pozostałe do jego wpłynięcia do Gdyni. Potem jeszcze pozostawała akcja uspołecznionego handlu i jego transportu by ten ładunek rozwieźć po kraju. Na ogół się udawało, wszak czuwał nad tym Tasz Pierwszy Sekretarz, ojciec narodu, miłościwie nas nadzorujący by się nam krzywda jaka nie stała.



Owoce to jedno, ale atmosfera Świąt kojarzyła mi się zawsze z zapachem. Już na kilka tygodni przed tą Pierwszą Gwiazdką w kuchni niepodzielnie panowała Babcia Adelcia i produkowała swoje cuda. Najwcześniej siadała do pierników. Te wszak musiały swoje odleżeć by odpowiednio podeschnąć, łamać się w zębach. Brała szklankę i pół dobrej pszennej mąki, przesiewała ją przez drobne sito i na kopczyk z zagłębieniem wbijała całe jajo. Jak jej się udało przechować było ono kacze, jak nie to duże, kurze. Następnie na patelni przygotowywała karmel. Rumieniła dwie łyżki cukru i dodawała trzy łyżki wrzącej wody, mieszała i zagotowywała. Roztapiała dwie łyżki masła, na to kładła trzy łyżki miodu i przyprawy korzenne, które ucierała w moździerzu – cynamon, utartą gałkę muszkatołową, trzy goździki, suszony imbir i co tam jeszcze w tych trudnych czasach udało się jej zdobyć. Łączyła to z uprzednio przygotowanym karmelem, całość lekko schładzała i wtedy dodawała do mąki. Gdy zarabiała ciasto wlewała jeszcze łyżkę gęstej śmietany z dwoma łyżeczkami sody. Miesiło to pracowicie na stolnicy, gdy uznawała, że wystarczy rozwałkowywała na grubość około pół centymetra i wycinała różne wzorki.

Formy patrząc na ich stan z pewnością pamiętały przedwojenne, dobre czasy. Układała je na blasze i piekła w temperaturze około 170 stopni przez dwadzieścia pięć minut. Gdy ostygły wędrowały do blaszanych puszek. Pamiętam taką jedną, po Mainlowskiej kawie. Stała na najwyższej szafie bym się nie mógł do niej dobrać. Pierniczki dzieliły się na dwie części. Jedna to ta czysta, pozbawiona jakichkolwiek zdobień i druga polukrowana z różnymi wzorkami. Dzisiaj fabryki ułatwiają zadanie gospodyniom. Można kupić sobie w małych paczuszkach różnorakie ozdóbki, kremy i lukiery i popuszczać wodze fantazji tworząc różne małe dziełka.



Ja jednak jestem tradycjonalistą i dzisiaj rzecz jasna wolę te saute’ ale dzieci uwielbiają te bździdełka i kolorki. Niech im tam nie będę się spierał, byle smaczne były i zdrowe.

Marek Grądzki
zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

[04.12.2016, 12:53:27] Węgorz – ryba wąż

Jest to ryba, o której do dzisiaj tak do końca wszystkiego nie wiemy. Nazwaliśmy ją węgorzem europejskim, ale przecież po to by się rozmnożyć musi powędrować w wiry najdziwniejszego morza – Morza Sargassowego. Dojrzałość płciową osiąga w wieku 6-9 lat. Wtedy cztery dni po pełni księżyca, latem rozpoczyna swoją wędrówkę by na dużej głębokości od 400 do 1000 metrów odbyć tarło. Te wszystkie niedokładności i braki precyzji wynikają z niewielkiego do tej pory przebadania życia tej ryby. Niesione wodami prądu Golfstromu, co trwa dwa-trzy lata docierają do ujść europejskich rzek i już w formie monte wpływają by tam przeżyć swój kolejny cykl. Węgorz to stworzenie długowieczne. Najstarszy osobnik dożył w pewnej sadzawce, w Czechach do 68 lat!

O jego inteligencji niewiele wiadomo, o smaczności zaś wiele. Na dworach wielmożów i w klasztorach przyrządzano go na wiele sposobów. Stąd też wiadomo, że najpierw trzeba go wytrzeć w soli ze śluzu, potem odpowiednio pozbawić krwi, W niej bowiem jest zawarta ichtiotoksyna, trucizna działająca podobnie jak jad węży. U ssaków wywołuje skurcze mięśni, poraża serce i płuca, do tego prowadzi do rozpadu czerwonych krwinek. Naszym, czyli konsumentów szczęściem jest to, że rozpada się w temperaturze 58 stopni Celsjusza. Ufff, to mi ulżyło i mogę się zabrać do przyrządzania tego smakołyku. Oczywiście najbardziej znaną formą gastronomiczną jest węgorz wędzony. Ale tym razem proponuję inną metodę jego przyrządzenia. Najpierw sprawiamy go jak należy, następnie kroimy na kawałki długości około 4 centymetrów. Teraz nacieramy go morską solą, do takiej wszak przywykł i wkładamy na dobę do lodówki. Tam niech sobie odpocznie. Następnego dnia wyciągamy i kładziemy na mocno rozgrzany olej, ja stosuję ten wyciśnięty z pestek winogron. Musimy czuwać nad kawałkami by nam nie przylgnęła skórą do dna patelni, więc często obracamy.

Gdy mięso zmieni barwę na czystą biel, skóra zaś ściemnieje oprószamy całość świeżo zmielonym, czarnym pieprzem. Teraz clou całego programu – oblepiamy kawałki dobrą śmietaną, kremówką. Ja używam mojej, słodkiej, odwirowanej przed dwoma dniami. Teraz zmniejszamy siłę ognia pod patelnią i przykrywamy ją pokrywką by smaki przeszły sobą nawzajem a mięso skruszało. Całość będzie trwała około pół godziny i mamy tę część luksusu za sobą. Znakomicie komponuje się z węgorzem czarny ryż, forma trochę mniej u nas znana i dłużej gotowana ale w smaku idealna i podana w tej kompozycji stanowiąca piękny rarytas. Moja małżonka dołożyła jeszcze na talerz skarmelizowane warzywa, podane na słodko pikantnie. Ale jak je zrobić opowiem innym razem. W każdym bądź razie całość komponowała się na talerzu powiedziałbym wręcz artystycznie a smakowała niebiańsko.

Jak już nieraz zaznaczałem – kuchnia kocha prostotę. To danie też nie wymaga wielkich umiejętności kucharskich, efekt zaś poraża kubeczki smakowe. Warto więc trochę się przyłożyć i zdobyć tą drogą serce Bogdanki, jeżeli będziesz miał rzecz jasna taką potrzebę Szanowny Czytelniku.

Marek Grądzki
zdjęcia: Żona

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

Kultura kulinarna Wielkopolski. Czyli co i jak jadaliśmy, jadamy i czym czasem popijać to można, żeby poruty nie było. Krótko rzecz biorąc jeden z naszych smakowitszych blogów.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego