wybrano wpisy z okresu: Marzec 2015 r.

[25.03.2015, 19:54:08] Wielka Noc nam nadchodzi

Zwyczaje wielkanocne były bardzo mocno osadzone w tradycji wielkopolskiej. Po pierwsze ściśle przestrzegano sześciotygodniowego postu, kiedy to często na stołach gościła jeno pyra z gzikiem, jeno nieco okraszona olejem z lnianki. Drugim daniem była podsmażona na tymże oleju cebula i tym polewano pyrki. Bogatsi mogli sobie od czasu do czasu pozwolić na solonego śledzia, którego po odmoczeniu smażono. Dlatego też z taką niecierpliwością wyczekiwano na wielkanocne śniadanie. Wszystko to zaś było urozmaicane zwyczajami zachowanymi z czasów poprzedzających chrześcijaństwo. Łykano wierzbowe bazie, bo to dobrze na gardło robi. W czas postu kąpano się jeziorze, choćby woda była nie wiem jak lodowata, bo to wrzodom zapobiega. Nie mogło w święta zabraknąć jaj.



Jak mówi legenda to Święta Magdalena idąc na spotkanie przed zmartwychwstaniem kupiła kopiec jaj. Gdy zobaczyła ożywionego Chrystusa te zmieniły kolor na czerwony. W Wielkopolsce barwiono je na żółto łupinami cebuli, na zielono jemiołą lub młodym żytem, czarno korą olchową, czerwony zaś uzyskiwano z baziek olchowych.

No i teraz placki, które przyjąwszy zwyczaj z Polski Centralnej przyjęto nazywać mazurkami. W Wielkopolsce pieczono je na młodziach i mleku, zostawiając do wystudzenia a nawet przeschnięcia by potem ozdobić bobkami, w użyciu był często kandyzowany korzeń mniszka, układając wszystko w barwne wzory. Ci, których na lepszą mąkę nie było stać piekli je na rżanej, dla tych co nie wiedzą co zacz tłumaczę, że na żytniej. Kogo stać było kładł migdały słodkie i jeden gorzki, rodzynki, śliwkę suszono wędzoną.



Przed kościół na święcone, nie tak jak dzisiaj z koszyczkiem ale wozem drabiniastym bogaty włościanin zajeżdżał by się przed sąsiadami pokazać. Na sianie leżały chleby, pęta kiełbasy, szynki wędzone z kością rzecz jasna, masło w kierzynce ubite, sól w woreczku, te wyżej opisane placki, baby wielkanocne. Ksiądz wychodził i święcił dary boże, do Dworu zaś sam jechał by wodą pokropić w sobotę, co było już przygotowane na niedzielne śniadanie, na które na ogół był zapraszany. Teraz jeno po kropidle zaspokoić się musiał kusztyczkiem gorzałeczki wypitej za pomyślnośc domu. Szaleństwo zaczynało się dopiero od śniadania. Wtedy można było sobie folgować i pasa popuszczać. Stoły uginały się od półmisków pełnych efektów świniobicia, jaj różnorakich.



W poniedziałek zaś panny chronić się musiały od wody, której nie żałowano. One niespecjalnie chętnie przed nią się broniły. Wszak jak która nie za mokra, znaczy powodzenia nie ma. Potem na wieś ruszały Baby i Dziady, którym wykupywać się trzeba było. A ponieważ na stołach dobra nie brakowało dzielono się nim z parobczakami, którzy potem z tego co zebrali urządzali huczną, wspólną zabawę. Tak to drzewiej bywało.



Marek Grądzki

[czytaj więcej i komentuj]

[18.03.2015, 21:00:15] O napitkach słów jeszcze kilka

Było już o miodach, słowo o nalewkach, do piwa na pewno wrócimy, ale teraz rzecz o innych napitkach. Wódka to rzecz jasna temat na osobny elaborat, albo i na dwa. Teraz z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych wspomnę o takim zwyczaju, który pokutował na Wielkopolskiej wsi w wieku XIX. Otóż gdy rodzina wracała ze święconki, a zdarzało się, że i furmanką pod kościół zajeżdżali, w pełni wyładowaną, gospodyni za pomyślność domu i na zakończenie postu wychylała kieliszek gorzałki na ręce gospodarza. Ten zaś przepijał do najstarszego z potomstwa. Tak to właśnie świętowanie rozpoczynano. No ale nie o tym chciałem tym razem.



Na poboczach dróg, często za stodołą rosły krzewy czarnego bzu, w Wielkopolsce hyćką zwanego. To święta roślina człowiekowi bardzo wszechstronnie służąca. Zaczyna się od kwiatów, z których należy syrop zrobić by na jesień, zimę i przedwiośnie mieć lekarstwo na wszelakie smarkanie, przeziębienia i inne anginy. Robi się go następująco:

-weź dwadzieścia pięć baldachów, zaraz po rosie zrywanych, wytnij tak by gałązek zielonych było jak najmniej, nie otrzepuj

- wyciśnij sok z trzech cytryn i jednej pomarańczy

- rozrób syrop: litr źródlanej wody, kilogram miodu wielokwiatu

- wymieszaj wszystko i zalej baldachy, odstaw do ciemnego miejsca w słoju lub kamionce. Mieszaj codziennie przez pięć dni

- zlej syrop do ciemnych butelek cedząc przez płótno

- wykonuj wszystko zachowując rygorystyczne zasady czystości, naczynia wyparzone, płótno wygotowane, butelki zalej po korek tak by zostało tylko miejsce na pięćdziesiąt gram,w to miejsce wlej spirytus i podpal, jak pójdzie wysoki płomień szybko zamknij korek, odstaw syrop do spiżarni, zachowa trwałość nawet przez rok.

Rzecz jasna, ci którzy nie boją się cukru, a poza tym będą chcieli zaoszczędzić zamiast miodu użyją tegoż właśnie. No ale cóż, o gustach nie dyskutujemy. Jak się nam ten napitek uda sprokurować będziemy musieli racjonować. Jak się bowiem rodzina dowie na pewno będzie chciała nas z tego dobra ograbić.



Drugie dobro, które powstaje z hyćki to syrop powstający z owocu. Proponuję by wykonać go następująco:

- weź dwa kilogramy świeżo zerwanego owocu po rosie, zasyp kilogramem cukru, dodaj pokrojone w ćwiartki trzy cytryny i jedną pomarańczę, wrzuć do garnka, wstaw na wolny ogień i rozgotuj,

- jak owoce się rozpadną wlej wszystko do płóciennego worka, zawieś i niech pod własnym ciężarem wszystko przez noc odcieka, wlej do słoików, zamknij spirytusową metodą, odstaw do spiżarni.



Jeżeli myślisz Szanowny Czytelniku, że to już wszystkie zastosowania hyćki to jesteś w błędzie. Z kwiatów zrobić można pyszne naleśniki, nie dość, że wyglądają zjawiskowo to jeszcze smakują obłędnie. Do tego zebrać możemy również korę, z której napar służyć nam będzie przeciwgorączkowo, żółciopędnie, poprawi nam trawienie. Czyż teraz po przeczytaniu mojej gawędy nie stwierdzicie, że zaiste jest to święty krzew?



Marek Grądzki

[czytaj więcej i komentuj]

[11.03.2015, 09:40:00] Po miodach czas na nalewkę

Omiodziliśmy sobie podniebienia słodkościami. Czas więc na trunki nieco mocniejsze. Ziemiaństwo bardzo chętnie wypełniało swoje spiżarnie nalewkami. Jeno, że pełniły one zupełnie różną od dzisiejszej rolę. Traktowano je bowiem jako kropelki i podawano w razie zdrowotnych przypadłości.



Gdy któreś z domowników cierpiało na przypadłości żołądkowe pojawiała się orzechówka. Prokurowano ją na majowych, włoskich orzechach, które przekrawano na ćwiartki, najpierw przepłukiwano zimną wodą, odlewając codziennie przez tydzień, dopiero potem zasypywano cukrem. Ale nie za dużo. Gdy ten się wchłonął i dał syrop, zalewano spirytusem, odstawiano do ciepłego, przez dobry miesiąc mieszając, aż płyn wszedł w mocny brąz, by zlać przez płócienko do butelek i do zimy odstawić w spiżarni. Miszkulencja ta zaiste zjadliwa była w smaku, bo waliła sporą goryczą po języku, ale gdy brzuch bolał podawana skutkowała bardzo szybko. Tak więc do upicia trudno było ją użyć. Do innego celu służyła malinówka, którą prokurowano w oparciu o liście i owoce. Służyła zwłaszcza słotną jesienią gdy domostwo całe trzęsło się smarcząc i kichając. Podawana była z gorącą herbatą by działać napotnie i wykrztuśnie. Ci, którzy do dziś wolą domowe środki od farmakologicznej chemii bardzo ją sobie chwalą jako niezwykle skuteczną. Najczęściej wykonywaną i podawaną przez panie domu do popołudniowej herbatki z ciasteczkami była wiśniówka.



W Wielkopolsce wykonywano ją z odmiany sokówki odroślowej. Dziś już zapomnianej, ale nadal spotykanej w nowotomyskim i międzychodzkim. Tutaj panowała tradycja obsadzania wiśnią obrzeży polnych dróg. Zrywano świeże owoce, drylując dwie trzecie, resztę zostawiając z pestką, zasypywano cukrem, zdarzało się, że i miodem. Gdy puściła sok, który się sklarował, wymagało to codziennego wstrząsania w słoju, po około dwóch miesiącach zalewano siedemdziesięcioprocentowym spirytusem i znowu mieszano codziennie przez dwa miesiące, by w końcu zlać przez płócienko do drugiego słoja a pozostałość zalać źródlaną wodą, tak by zakryć owoce. Po miesiącu łączono oba płyny i odstawiano w butelkach do spiżarni by całość dojrzała. Za najzacniejszą uważały panie taką, która wytrzymała bez otwierania dwa lata. Alkohol ginął zupełnie, mimo, że trunek miał swoje, dobre czterdzieści procent, pozostawał aromat owoców, piękny kolor i smak niedający się porównać z niczym. Słodycz wiśni i cukru lub miodu łączyła się w jedno dając niepowtarzalne doznania kubeczkom smakowym. Panowie w palarni z cygarami i zmrożoną wódeczką upędzoną z pyrek, panie w salonie z herbatką i wiśnióweczką.



Tak to biegły leniwie niedzielne popołudnia w wielkopolskich, ziemiańskich domach gdy to się odwiedzano w zimowe dnie by poplotkować, powymieniać się gospodarczymi doświadczeniami. I żyli dostatnio, i na wszystko czas mieli. Tak to drzewiej bywało, nie to co dziś…



Marek Grądzki

[czytaj więcej i komentuj]

[05.03.2015, 21:12:58] Co przodkowie pijali

Wybiegłem w moich dywagacjach nieco za bardzo w wiekach do przodu. Ale przecie kto obiecywał, że będę się chronologii trzymał. Było co nieco o zakąskach, trzeba by i nieco o trunkach. Ostatnie dwa wieki mocno utrwaliły w świadomości społecznej wizerunek rodaka trzymającego w dłoni kieliszek wódzi i wlewającego tenże w gardło nasze, bo wroga trzeba niszczyć. Ale przecież drzewiej zupełnie inaczej bywało.





W Wielkopolsce nie myślano o wysokich procentach a fach bartnika cieszył się wysoką estymą. Bo to przecież przypomnieć trzeba, że na miejscu dzisiejszych dróg, pól i miast starodawne lasy rosły i nasi przodkowie umieli z nich ciągnąć pożytek. Jednym z nich był miód. Zanim pszczółki udało się oswoić i do uli zagonić już zręczny przodek słodkości potrafił podbierać z leśnych dziupli. Szybko też wpadł na pomysł by nie niszczyć im siedlisk, ba pogłębiać, przed niedźwiedzią konkurencją chronić a raz do roku dobierać się przez specjalny, wywiercony od tyłu otwór i po kilka plastrów wyciągnąwszy słodkością się raczyć. Nie wolno było za dużo wziąć, bo to rabunek by był, sprawy te regulowały szczegółowe przepisy, wszak las był albo książęcy, królewski albo księży, trzeba było odpowiednią część komu trzeba odprowadzić. W klasztorach zaś zwłaszcza wiedziano co z tym dobrem zrobić. Braciszkowie przecie lubili sobie dogadzać, bo kto bogatemu zabroni. Zaczynało się to od półtoraka, wtedy proporcja była zaiste pańska. Na litr i pół miodu wlewano pół wody, a robiono to w beczkach, surowca więc trzeba było zgromadzić co niemiara. Dalej szedł dwójniak, czyli proporcja jeden do jeden, po nim trójniak, zaczynała przeważać woda dwa do jeden, czwórniak jeszcze większe rozcieńczenie trzy do jeden, kończyło się na piątaku czyli cztery do jeden, ale to już napitek był dla prostaczków by im gardła zalać.



Pozwolę sobie teraz podać przepis na ten jakże zacny trunek, którym gardła sycili nasi przodkowie. Proporcja będzie na trzydzieści litrów. Do rozpoczęcia potrzebujemy gąsiorka czterdziestolitrowego, potem dziesięciu kilogramów miodu, dwudziestu litrów dobrej, źródlanej wody i drożdży, jak się nam uda zdobyć to specjalnych do miodu, jak nie to winiarskich. Proces zaczynamy od zrobienia macierzy drożdżowej, paczuszkę tychże wsypujemy do pół litra ciepłej wody, mieszamy z łyżeczką cukru i odstawiamy w ciepłym miejscu, w butelce zatkanej wacikiem na tydzień. Wtedy czas na brzeczkę czyli podstawę naszego napitku. Rozrabiamy wodę z miodem i gotujemy przez pół godziny cały czas szumując, pod koniec gotowania uzupełniamy wodę, która odparowała, sprawdzamy smak, możemy go złamać sokiem z cytryny, na tę proporcję z wyciśniętym z około dwóch dojrzałych owoców. Wszystko zlewamy do gąsiorka, zatykamy korkiem z rurką „bulbutką” i czekamy. Dwa, trzy tygodnie miód będzie szalał, to fermentacja głośna, potem półtora miesiąca potrwa jej część cicha, niemniej ważna. Gdy i ta się uspokoi rurką ściągamy płyn zostawiając szum, gąsiorek myjemy, zalewamy z powrotem i teraz część najtrudniejsza procesu. Zapominamy o naszym miodzie na rok. Czy jest już zdatny sprawdzamy po tym czasie delikatnie ściągając go do szklaneczki. Jak nie mętnieje, znaczy gotowy i możemy wydawać. No cóż dawni Wielkopolanie mieli zdecydowanie więcej czasu od nas. Jak to jednak robili żyjąc krócej?



W Wielkopolsce kontynuuje tradycję umiłowania miodu ośrodek apifitoterapii w Witosławiu. W zabytkowym parku pałacowym jest pasieka, z której są pozyskiwane produkty pasieczne - obnóża pyłkowe, propolis - kit pszczeli, miody. Produkty te używane są również do produkcji Miodówki Witosławskiej, która jest wódką 40% o staropolskich tradycjach.



Marek Grądzki

[czytaj więcej i komentuj]

Tytułem wprowadzenia...

Kultura kulinarna Wielkopolski. Czyli co i jak jadaliśmy, jadamy i czym czasem popijać to można, żeby poruty nie było. Krótko rzecz biorąc jeden z naszych smakowitszych blogów.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego