publikuj na facebooku wykop to« Wigilijna rybka [26.12.2017, 09:56:35]

Czas Świąt Bożego Narodzenia to zdecydowany wzrost konsumpcji ryb. Gdy nadchodzi ich czas rozpoczyna się specyficzne szaleństwo. Jedni szukają okazji by kupić jak najtaniej. Markety organizują akcje wyprzedaż i kilogram karpia kosztuje poniżej dziesięciu złotych. Oznacza to, że sprzedaje się go poniżej kosztów hodowli. Jak to robią nie wiem, skąd ryba pochodzi też nie wiem. Pewnikiem jest to chwyt marketingowy mający na celu przyciągnięcie klienta, który wciągnięty w półkowe czeluści oprócz ryby kupi jeszcze całe mnóstwo niekoniecznie najbardziej potrzebnych rzeczy. Jak głoszą badacze tematu na nasze stoły karp trafił w czasach ustroju słusznie minionego jako, że rósł szybko i bez kłopotów można go więc było „rzucić” na rynek w dużej ilości i bez większych kłopotów by zaspokoić potrzeby wygłodzonej wojną ludności. Ja tak nie do końca się z tak postawioną tezą zgadzam. W stawach wykopanych przy wielkopolskich klasztorach hodowano go już od XIV wieku. Ot, jak na przykład w benedyktyńskim Lubiniu mnisi się nim lubowali w czas postu.

Mówi się, że jest niezdrowy. Coś w tym jest ale jak w każdej półprawdzie nie do końca. Najważniejsze jest to z jakiego środowiska pochodzi. Jeżeli wzrasta w płytkim, błotnistym stawie i jest karmiony nie najlepszą paszą, do tego w przepełnieniu może się to okazać prawdą. Będzie wtedy tłusty, często będzie chorował a w związku z tym leczony syntetycznymi antybiotykami po zjedzeniu przyniesie nam więcej strat niż korzyści. Ale przecież to samo dotyczy modnego obecnie norweskiego łososia „ uprawianego” w olbrzymich klatkach umieszczonych w fiordach Morza Północnego. Gdy naszą rybkę wyhodujemy we właściwych warunkach, damy jej swobodnie popływać będzie zdrowa i pyszna. Ja gustuję w jeziornym sazanie, który przywędrował do nas w odległych wiekach z głębokiego Zakaukazia. Tradycja też się zmienia. Przywoływana niejednokrotnie na łamach moich gawęd babcia przyrządzała go w trzech postaciach. Po pierwsze saute’ , czyli po natarciu solą i poleżakowaniu w talarkach cebuli rzucony na rozgrzaną patelnię, po drugie panierowany czyli obtoczony w jajku i tartej bułce dwukrotną warstwą smażony na głębokim tłuszczu, po trzecie nieśmiertelny w galarecie, czyli zalany wywarem jarzynowym z rybich głów i odstawiony w za okno do wystudzenia i ściągnięcia. W tym roku odstąpiłem co nieco od tych klasyków. Może dlatego, że dostałem pięknego dwukilowego suma.

Po sprawieniu sfiletowałem rybę starając się pozbyć ości. Następnie przepuściłem go przez maszynkę do mielenia. Na patelni obok zeszkliłem drobno posiekaną cebulkę i dodałem do mięsa. Całość dobrze wyrobiłem dodając soli i pieprzu do smaku oraz tartej bułki by całość związała. Na koniec uturlałem zgrabne kulki, które też obtoczyłem w bułce. Tak przygotowaną rybę wrzuciłem na głęboki olej i usmażyłem na złoto. Wtedy dokładnie odsączyłem z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku i odłożyłem na żarodoporny talerz, podrzuciłem trochę dobrego masła i tak przygotowane kulki czekały na wydanie w lekko rozgrzanym piekarniku, który miał spełnić rolę dawnej duchówki będącej w każdej kuchennej „angielce”.

Ryba cieszyła się bardzo dużym wzięciem w rodzinnym gronie i znikła w mig. W ten świąteczny czas życzę wszystkim czytelnikom moich gawęd samego szczęścia i zgody przy Bożonarodzeniowym stole! Smacznego.

Marek Grądzki
zdjęcia: Żona

zaloguj się aby móc komentowaćkomentarze (brak komentarzy)

Tytułem wprowadzenia...

Kultura kulinarna Wielkopolski. Czyli co i jak jadaliśmy, jadamy i czym czasem popijać to można, żeby poruty nie było. Krótko rzecz biorąc jeden z naszych smakowitszych blogów.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego