publikuj na facebooku wykop to« Po miodach czas na nalewkę [11.03.2015, 09:40:00]

Omiodziliśmy sobie podniebienia słodkościami. Czas więc na trunki nieco mocniejsze. Ziemiaństwo bardzo chętnie wypełniało swoje spiżarnie nalewkami. Jeno, że pełniły one zupełnie różną od dzisiejszej rolę. Traktowano je bowiem jako kropelki i podawano w razie zdrowotnych przypadłości.



Gdy któreś z domowników cierpiało na przypadłości żołądkowe pojawiała się orzechówka. Prokurowano ją na majowych, włoskich orzechach, które przekrawano na ćwiartki, najpierw przepłukiwano zimną wodą, odlewając codziennie przez tydzień, dopiero potem zasypywano cukrem. Ale nie za dużo. Gdy ten się wchłonął i dał syrop, zalewano spirytusem, odstawiano do ciepłego, przez dobry miesiąc mieszając, aż płyn wszedł w mocny brąz, by zlać przez płócienko do butelek i do zimy odstawić w spiżarni. Miszkulencja ta zaiste zjadliwa była w smaku, bo waliła sporą goryczą po języku, ale gdy brzuch bolał podawana skutkowała bardzo szybko. Tak więc do upicia trudno było ją użyć. Do innego celu służyła malinówka, którą prokurowano w oparciu o liście i owoce. Służyła zwłaszcza słotną jesienią gdy domostwo całe trzęsło się smarcząc i kichając. Podawana była z gorącą herbatą by działać napotnie i wykrztuśnie. Ci, którzy do dziś wolą domowe środki od farmakologicznej chemii bardzo ją sobie chwalą jako niezwykle skuteczną. Najczęściej wykonywaną i podawaną przez panie domu do popołudniowej herbatki z ciasteczkami była wiśniówka.



W Wielkopolsce wykonywano ją z odmiany sokówki odroślowej. Dziś już zapomnianej, ale nadal spotykanej w nowotomyskim i międzychodzkim. Tutaj panowała tradycja obsadzania wiśnią obrzeży polnych dróg. Zrywano świeże owoce, drylując dwie trzecie, resztę zostawiając z pestką, zasypywano cukrem, zdarzało się, że i miodem. Gdy puściła sok, który się sklarował, wymagało to codziennego wstrząsania w słoju, po około dwóch miesiącach zalewano siedemdziesięcioprocentowym spirytusem i znowu mieszano codziennie przez dwa miesiące, by w końcu zlać przez płócienko do drugiego słoja a pozostałość zalać źródlaną wodą, tak by zakryć owoce. Po miesiącu łączono oba płyny i odstawiano w butelkach do spiżarni by całość dojrzała. Za najzacniejszą uważały panie taką, która wytrzymała bez otwierania dwa lata. Alkohol ginął zupełnie, mimo, że trunek miał swoje, dobre czterdzieści procent, pozostawał aromat owoców, piękny kolor i smak niedający się porównać z niczym. Słodycz wiśni i cukru lub miodu łączyła się w jedno dając niepowtarzalne doznania kubeczkom smakowym. Panowie w palarni z cygarami i zmrożoną wódeczką upędzoną z pyrek, panie w salonie z herbatką i wiśnióweczką.



Tak to biegły leniwie niedzielne popołudnia w wielkopolskich, ziemiańskich domach gdy to się odwiedzano w zimowe dnie by poplotkować, powymieniać się gospodarczymi doświadczeniami. I żyli dostatnio, i na wszystko czas mieli. Tak to drzewiej bywało, nie to co dziś…



Marek Grądzki

zaloguj się aby móc komentowaćkomentarze (2)

nie dość, że nie jest zła jest również lecznicza, a poza tym kiedy się ją zrobi z dobrych surowców i przede wszystkim nie nadużyje to nie wywołuje efektów ubocznych zwanych popularnie kacem!

dodany przez Marek Grądzki, dnia 21.03.2015, 20:32:14

dobra nalewka, nie jest zła.

dodany przez kulturalny, dnia 11.03.2015, 22:31:18

Tytułem wprowadzenia...

Kultura kulinarna Wielkopolski. Czyli co i jak jadaliśmy, jadamy i czym czasem popijać to można, żeby poruty nie było. Krótko rzecz biorąc jeden z naszych smakowitszych blogów.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego