publikuj na facebooku wykop to« Karnawałowe menu [04.01.2018, 11:56:35]

Święta, święta i po świętach, przeminęły jakby biczem strzelił. Na dodatek w tym roku nie były białe ale pluchowate i deszczowe. Wielu przez taką aurę przedłużyło sobie wolne dni lekarskim zwolnieniem leżąc w łóżku kaszląc i siąkając. No ale nie ma co narzekać, taki teraz mamy klimat. Po Sylwestrze nastał czas karnawału. Z kuligów na razie nici, więc wzorem wielkopolskich ziemian odwiedzać się nie będziemy śnieżną sanną, ani nawet w Poznaniu nie uczcimy Nowego Roku zjazdem z Teatralki. A przecież pamiętam będąc gzubkiem jak się tam śmigało na bele czym. Dobra była pokrywa zerwana z podwórzowego kibla, zdezolowana, wycofana z użytku miska, większe chłopaki dawały z buta śmig na sam dół. Niejednokrotnie kończyło się to laniem w domu bo ojciec musiał zanosić obuwie do szewca by wymienił zjechane zelówki. Zima dobrze trzymała w Poznaniu przez kilka miesięcy, zdarzało jej się dotrzymać do Wielkanocy gdy ta w kalendarzu miała wcześniejszy termin. W kuchni zaś wraz z Nowym Rokiem ruszało kulinarne szaleństwo.

Na pierwszym planie stawał bigos. Poznańskie kucharki preferowały taki pół na pół, znaczy najpierw gotowało się kiszoną kapustę, sowicie dodając do niej grzybów,

skórki słoninowej i skrojonego boczku, potem dorzucało się taką samą porcję słodkiej, dobrze zszatkowanej. Gdy te dwie się zmieszały następował proces dodawania. Jak to dawniej mówiono „na winie”. Choć i szklaneczki dobrego czerwonego trunku, na ogół półsłodkiego w zacniejszych domach nie żałowano, niemniej jednak tym razem chodziło o to, że oszczędne poznańskie gospodynie ładowały do kapusty wszystko co im się pod rękę nawijało ze świątecznych porządków. Podsmażały więc skrawki pieczeni, kiełbasiane i szynkowe obrzynki. Mięs musiała być różnorodność, czyli wszystko to co w danym domu jadano. Począwszy od wołu, poprzez wieprza, na drobiu skończywszy. Sztuka zaś polegała na tym by pojemny gar z bigosem pracował przez kilka dni. Na noc zaś wystawiany był do sieni, lub w mieście na balkon by dobrze przemarzł. Od rana znowu zaczynał się powoli pyrtolić. Sztuką największą było takiej potrawy nie przypalić. Jakby się tak stało to dla gospodyni byłaby wielka poruta, która by się jej przypominała przez cały rok. Na drugi dzień grzania przewidziane było dodanie powideł śliwkowych z dobrej węgierki, usmażonych bez cukru wczesną jesienią z owoców zebranych wtedy gdy pestka sama wyskakiwała. Niektóre domy preferowały kilka łyżek na garnek domowego przecieru pomidorowego. Jeden i drugi dodatek nie dość, że podbijał smak potrawy to jeszcze nadawał jej ciepły, brązowy kolor. Przemrożenie powodowało, że kapusta miękła zupełnie i rozchodziła się na podniebieniu zostawiając złożony smak, wchłonięty ze wszystkich składników.

Porządne, wielkopolskie gospodynie zostawiały sobie resztę buraczanego zakwasu z Wigilii na ten właśnie czas. Wtedy można było ugotować solidny wywar na boczku z kiełbasą i w talerzu, w przeciwieństwie do postnego pojawiały się solidne oka, co dobrze służyło balującym karnawałowiczom.

Marek Grądzki
zdjęcia: Żona

zaloguj się aby móc komentowaćkomentarze (brak komentarzy)

Tytułem wprowadzenia...

Kultura kulinarna Wielkopolski. Czyli co i jak jadaliśmy, jadamy i czym czasem popijać to można, żeby poruty nie było. Krótko rzecz biorąc jeden z naszych smakowitszych blogów.

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego