facebooktwitteryoutubesoundcloudrsskalendarzjęzyk polskijęzyk angielski

publikuj na facebooku wykop todrukuj« Mam swój wentyl bezpieczeństwa

opublikowane przez: kulturaupodstaw.pl, z dnia 08.03.2018, 13:02

"Day One" to materiał, który nie jest ani koniunkturalny, ani tym bardziej wyrachowany. Nie chcę nim zadowolić wszystkich. Ten album zawiera wyłącznie to, co nazbierało się we mnie przez ostatnie sześć lat, a nazbierało się sporo - mówi Wojciech Grabek, poznański skrzypek i twórca muzyki elektronicznej, który właśnie powraca z nowym albumem.

Sebastian Gabryel: Powracasz po sześciu latach ciszy. Przez ten czas trochę się wydarzyło - również w alternatywnej muzyce elektronicznej, z którą zazwyczaj jesteś utożsamiany. Czy nie masz takiego poczucia, że przespałeś pewien ważny moment? Dlaczego tak długo zwlekałeś z albumem „Day One”?

Wojciech Grabek*: Nie mam poczucia, że coś przespałem. Nie myślę o muzyce linearnie, nie uważam też, żeby w ciągu ostatnich sześciu lat wydarzyło się w niej coś przełomowego. Poza tym, nie traktuję swojej muzyki w kategoriach lokalnych. Myślę, że przy korzystnych wiatrach, równie dobrze mógłbym tworzyć w Polsce, co na Islandii czy Barbados (śmiech). Mam w głowie wyobrażenie o swojej muzyce jako czymś dość uniwersalnym, co może znaleźć swoje miejsce w dowolnym czasie i miejscu na świecie.

Na przykład w Skandynawii...


- No właśnie, zwłaszcza, że jest mi bardzo bliska. I bynajmniej nie wynika to z panującej ostatnio na nią mody. Moja miłość do Skandynawii to wyłącznie rezultat związanych z nią doświadczeń, których w moim życiu było mnóstwo. Zapytałeś, dlaczego tak zwlekałem z tą płytą... Powiem ci szczerze, że po wydaniu dwóch poprzednich albumów, a zwłaszcza po premierze drugiego w Kayax, trochę sparzyłem się na kilku rzeczach, które wtedy były dla mnie istotne. Moje wyobrażenia nie pokryły się z rzeczywistością, która szybko je zweryfikowała. Nominacja do Fryderyka, duża wytwórnia, trasy koncertowe, zaproszenia na festiwale - wszystko to skutecznie połechtało mojego ego. Zaczęło mi się wydawać, że teraz nagle ludzie oszaleją na moim punkcie, że z marszu zrobię jakąś niebotyczną karierę.

Powiedziałeś, że ta płyta jest najbardziej osobistą muzyką, jaką w życiu napisałeś. Jako słuchacze już dawno przyzwyczailiśmy się do tego rodzaju sloganów, dlatego nie uwierzę, dopóki nie powiesz na ten temat czegoś więcej (śmiech).

- To moja pierwsza płyta, której nie nagrałem z chęci zrobienia czegoś dla szerokiej publiczności. „Day One” to materiał, który nie jest ani koniunkturalny, ani tym bardziej wyrachowany. Nie chcę nim zadowolić wszystkich. Ten album zawiera wyłącznie to, co nazbierało się we mnie przez ostatnie sześć lat, a nazbierało się sporo. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach mówienie o „najbardziej osobistym albumie w karierze” może brzmieć już nieco śmiesznie, ale w przypadku tej płyty naprawdę tak jest.

Podobno równie osobiste były inspiracje, dzięki którym ona w ogóle powstała.

- Tak, z okazji czterdziestych urodzin żona zafundowała mi wyjazd na wspomnianą Islandię. Na miejscu wręczyła mi zeszyt nutowy. Widziała, że nie tworząc muzyki, nie robiąc tego, co kocham, męczę się sam ze sobą. Postanowiła dać temu kres, co zresztą świetnie jej się udało.

Dlaczego obraziłeś się na muzykę?

- To nie do końca tak, bo nie tyle na muzykę, ile na siebie.

Ale za co?

- Za swoje wyolbrzymione wyobrażenia na temat samego siebie w polskim show-biznesie i całym tym muzycznym piekiełku.

Podobno „Day One” to „opowieść o początkach nowego - bolesnych, pięknych, czasami trywialnych, a czasem chaotycznych”. Co miałeś na myśli?


- To nawiązanie właśnie do tego stanu, w jakim się znalazłem tworząc nową płytę. Po sześciu latach pękła blokada, ale to wcale nie oznaczało, że w jej miejsce pojawił się jakiś szał twórczy, bo to tak nie działa. Trzeba było zacząć jakby od nowa, od tych wspomnianych „początków”.

Osoby, które miały już okazję posłuchać premierowy materiał, zwracają uwagę na jego bardzo filmowy charakter. Ja osobiście zgadzam się zwłaszcza z opinią, że to chyba „najsmutniejsza muzyka świata” (śmiech). Wydajesz się dość spełnionym człowiekiem, więc skąd cała ta melancholia?


- Z natury jestem bardzo wesoły, więc wychodzi na to, że ona po prostu gdzieś głęboko we mnie tkwi. Nie uwalnia się na co dzień, ale wyzwala w trakcie procesu twórczego. On zawsze był dla mnie pewnego rodzaju wentylem bezpieczeństwa. Nie wychodzę z siekierą na ulicę, nie zaszywam się w łóżku zawinięty w koc, negatywne emocje wyrzucam z siebie w muzyce.

W zapowiedzi albumu zadałeś sobie pytanie, czy chcesz odciąć się nim od swojej muzycznej przeszłości. Nie znalazłeś jednoznacznej odpowiedzi, dlatego moje pytanie jest inne: dlaczego w ogóle miałbyś chcieć to robić? Co Grabkowi nie pasuje w Grabku?

- Ciężko mi odpowiedzieć, bo nie tyle coś mi w nim nie pasuje, ile tym poprzednim zdążyłem się już nieco zmęczyć (śmiech). Oczywiście, wciąż podpisuję się pod swoimi poprzednimi albumami, nie wyrzekam się starszych utworów, jednak z perspektywy czasu widzę, że zmieniłem priorytety. Dziś mam już zupełnie inne podejście do tworzenia, inaczej patrzę na swoją dalszą działalność muzyczną. Tak naprawdę dopiero teraz pojąłem, co tak naprawdę we mnie siedzi.

Naukę gry na skrzypcach rozpocząłeś jako sześciolatek. Po latach postanowiłeś porzucić instrument i poświęcić się skandynawistyce. Żałujesz tej decyzji z perspektywy czasu?

- W ogóle. Do tego, co robię w muzyce moje muzyczne wykształcenie wydaje mi się zupełnie wystarczające. Nota bene, moja mama, która od 53 lat wciąż jest czynną skrzypaczką, podziela moje zdanie. Wiesz, dla mnie dalsze kontynuowanie edukacji muzycznej byłoby zwykłą stratą czasu. Już wtedy wiedziałem, że na pewno nie wejdę na drogę klasycznego muzyka - to wymaga ogromnej cierpliwości i poświęcenia, a ja nie miałem w sobie aż takiego zapału do grania. Chciałem czegoś innego. Poza tym ograniczanie edukacji wyłącznie do jednej konkretnej dziedziny, w tym przypadku muzyki, jednak wyznacza bardzo konkretną ścieżkę kariery. Ja tego nie chciałem.

Wspomniałeś o swojej mamie. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale podobno „Day One” to pierwszy twój album, który zaakceptowała od początku do końca (śmiech). Czy dotąd twoje eksperymenty z muzyką skrzypcową były trudnym tematem w waszych relacjach? (śmiech)

- Powiem ci, że moja mama przez bardzo długi czas nie rozumiała mojej muzyki (śmiech). Zaczęła do niej podchodzić inaczej dopiero za sprawą swojego dobrego przyjaciela, który przez dwadzieścia parę lat grał w jazz-bandzie. On od początku miał wiele sympatii do mojej twórczości, uważał, że moje kompozycje mają bardzo oryginalny charakter. Jego opinia skłoniła moją mamę do dokładniejszego przyjrzenia się sprawie (śmiech). Zaakceptowała moją muzykę, jednak nigdy nie wywoływała u niej zachwytu. Aż do teraz (śmiech).

Panuje opinia, że skrzypce to wymagający instrument - wdzięczny i niewdzięczny zarazem. Co jest najtrudniejsze w nauce gry na nim, z twojej perspektywy?

- Słuch. Instrumenty bez progów, czy bez podanych „z góry” dźwięków, a więc takie, na których najpierw musimy nauczyć się „wyartykułować” czysty dźwięk wymagają świetnego słuchu muzycznego; jego brak może przysporzyć naprawdę wielu trudności. Oczywiście nie umniejszając absolutnie umiejętności, jakie należy posiadać grając na fortepianie czy gitarze, która z jakichś niewyjaśnionych przyczyn jest dla mnie instrumentem nie do opanowania! (śmiech)

„Day One” jest pierwszą płytą w katalogu twojego własnego labelu 090318. Skąd pomysł na jego założenie?


- Myślałem o tym od dawna, jednak do tej pory nie było we mnie wewnętrznego przymusu, żeby rzeczywiście coś w tej materii zrobić. Najpierw było Polskie Radio, później Kayax, więc wychodzi na to, że ten projekt po prostu musiał poczekać na odpowiednią chwilę, która nadeszła wraz z „Day One” - w tym przypadku nie chciałem wchodzić w układy z dużą wytwórnią, czekać na moment, kiedy będzie mogła lub chciała mnie wydać... Ba, wydawać na innych warunkach niż moje! Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Coraz więcej artystów jest tym zmęczonych.

- I naprawdę trudno się temu dziwić. Wydawanie muzyki samodzielnie daje niezależność. Wydawanie jej w dużej wytwórni niewątpliwie ma sens, nawet w przypadku artystów niszowych, natomiast bardzo ciężko jest trafić na wytwórnię, która zrozumie cię w stu procentach. Nigdy nie masz całkowitej pewności, że „oni” wiedzą, o co ci w tym wszystkim chodzi. Cieszę się, że już nie muszę się nad tym zastanawiać (śmiech).

Rozmawiał: Sebastian Gabryel
Zdjęcia: Mariusz Forecki

*Wojciech Grabek - rocznik 1976, z wykształcenia filolog duński, od 2008 roku aktywny na scenie muzycznej. Za debiutancki album „8” nominowany do nagrody Fryderyk 2012 w kategorii Album Roku Muzyka Elektroniczna; zdobywca nagrody Best Recording 2011 magazynu High Fidelity; 9 marca 2018 roku ukaże się trzeci album artysty pt. „Day One”.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

Krupa u podstaw

24
Niedziela
Czerwiec 2018
Danuty
Jana
Janiny
Czerwiec, 2018
PnWtŚrCzPtSN
28293031123
45678910
11121314151617
18192021222324
2526272829301

poprzedni dzisiaj następny

projekt i realizacja Media Designers dla KsyKsy copyrights 2014-2018 Kultura u podstaw, portal finansowany ze środków Samorządu Województwa Wielkopolskiego